search
REKLAMA
Szybka piątka

„ZGNIŁE” filmy, które UWIELBIAMY

Lubiane przez nas filmy, które mają poniżej 60% pozytywnych recenzji zarejestrowanych na portalu Rotten Tomatoes.

REDAKCJA

11 listopada 2021

REKLAMA

W sieci sporo pisało się ostatnio o tym, że Eternals Marvela jako pierwszy film MCU został uznany za „zgniły” na portalu Rotten Tomatoes. Oznacza to, że mniej niż 60% recenzentów z różnych portali oceniło go pozytywnie. W dzisiejszej „Szybkiej piątce” piszemy o filmach, które także nie spotkały się z uznaniem krytyków, a nas zachwyciły. 

W nawiasach procent pozytywnych recenzji zarejestrowanych na Rotten Tomatoes.

Filip Pęziński

1. Eternals (47%) – zacznijmy od, nomen omen, świeżaka, czyli Eternals, pierwszego „zgniłego” filmu Marvel Studios, a w moim odczuciu najlepszej odsłony marki. Chloé Zhao udało się stworzyć monumentalne dzieło gatunku, które z jednej strony stanowi podniosły blockbuster, a z drugiej ciekawą rozprawę o bogu i ludziach. Rewelacyjny przedstawiciel kina superbohaterskiego. Jeden z najlepszych w historii.

2. Batman v Superman: Świt sprawiedliwości (29%)zostańmy na chwilę w konwencji superbohaterskiego, ale przenieśmy się do sąsiedniego uniwersum. Sytuacja z Batman v Superman jest o tyle specyficzna, że w pełni rozumiem negatywne recenzje filmu, bo ten udany stał się dopiero na mocy wersji reżyserskiej, a tej krytycy nie oceniali. Tak czy inaczej film Snydera w swojej ostatecznej formie to rewelacyjnie zrealizowane i ciekawie mierzące się z mitem tytułowych bohaterów widowisko. 

3. Matrix: Rewolucje (35%)trzecia odsłona kultowej serii sióstr Wachowskich to przy tym pierwsza (i miejmy nadzieję, że ostatnia!) „zgniła”. Rzeczywiście względem jedynki i dwójki czuć tu mały spadek formy i pewne niezgrabności scenopisarsko-reżyserskie, ale to bardzo godne, emocjonujące i ekscytujące zwieńczenie losów Neo. A przynajmniej zwieńczenie pewnego etapu w jego życiu…

4. Kto tam? (36%)a skoro już jesteśmy przy postaci Keanu Reevesa, to przejdźmy do jego innej kreacji. Kto tam? Eliego Rotha zostało całkowicie niemal zgnojone, a w moim odczuciu wynikało to z niezrozumienia intencji reżysera i potraktowania jego filmu śmiertelnie poważnie, podczas gdy jest to niesamowicie sprawny pastisz i rzecz po prostu szalenie zabawna ze znakomicie odnajdującym się w tej konwencji Reevesem. No i to de facto dzięki temu filmowi świat odkrył wspaniałą Anę de Armas!

5. Jupiter: Intronizacja (28%) – w ostatnim tytule wróćmy do twórczości sióstr Wachowskich i znów filmu, który podobnie jak Kto tam? został w moim odczuciu błędnie zinterpretowany. Jupiter: Intronizacja to też pastisz, ale space oper. Pastisz niezwykle udany, celny i satysfakcjonujący. A przy tym znakomite widowisko.

Łukasz Budnik

1. Człowiek ze stali (56%) film otwierający DCEU uważam za produkcję lepszą od choćby wielu filmów MCU.  To doskonałe widowisko, emocjonujące, ze świetnym protagonistą, kapitalnie wyglądające i brzmiące (muzyka Zimmera!). Bardzo podoba mi się pomysł na to, by osią fabuły uczynić właściwie inwazję kosmitów na Ziemię, zwłaszcza że generał Zod w wykonaniu Michaela Shannona to znakomity złoczyńca. W pełni kupuję wizję Snydera i do dziś uważam Człowieka ze stali za najlepszy film DCEU.

2. Osada (43%) – uwielbiam Osadę. Cenię tu nie tylko fantastycznie zbudowaną atmosferę, ale przede wszystkim relację między dwójką głównych bohaterów, których uczucie wyrażone jest nie w słowach, lecz gestach, spojrzeniach i dotyku. Podoba mi się, że to nie elementy horroru czy twist są w Osadzie najistotniejsze – jasne, obecność leśnych potworów potęguje nastrój i napięcie, ale Shyamalan najbardziej skupia się na ludziach. Przepiękny soundtrack.

3. Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka (i Na krańcu świata, 53% i 44%) – jestem jednym z tych, którzy drugą i trzecią część oryginalnej trylogii stawiają ponad część pierwszą. Każdorazowo daję się wciągnąć w zakręcone przygody Jacka Sparrowa i jego załogi, a kolejne fantastyczne motywy przyjmuję z otwartymi ramionami. Jestem w stanie zrozumieć, że komuś kolejne zawirowania w scenariuszu czy mnożenie przegiętych, wypełnionych slapstickiem scen może przeszkadzać (zwłaszcza w obliczu prostoty oryginału), ale absolutnie nie należę do tego grona.

4. Źródło (52%)niesamowity film z jednym z najlepszych soundtracków, jakie słyszałem. Do wielokrotnego oglądania i analizowania. Smutny, najeżony symboliką, wspaniale zagrany, cieszący oczy. Wciąż moje ulubione dzieło Aronofsky’ego.

5. Batman Forever (38%) – gdy byłem dzieckiem, to właśnie Batman Forever był „moim” Batmanem i rozpalił we mnie sympatię do tej postaci; z tamtej perspektywy wydawał się najlepszym filmem świata. Dziś oczywiście patrzę na dzieło Schumachera chłodniej, ale mimo wszystko bardzo dobrze się na nim bawię i doceniam kreację świata oraz konsekwencję w jego tworzeniu, a sporo scen czy dialogów znam na pamięć.

Przemysław Mudlaff

1. Cobra (18%) – mam już na karku 36 lat, co oznacza, że pamiętam zapach kaset wideo. Zarówno tych z lokalnej wypożyczalni, jak również tych przegrywanych z nagryzmolonym na froncie i boku kasety tytułem filmu. Oczywiście jako dzieciak najbardziej jarałem się produkcjami, w których występowali tacy herosi ówczesnego kina akcji jak Rutger Hauer, Arnold Schwarzenegger, Jean-Claude Van Damme czy Sylvester Stallone. W tamtych czasach zamiast dobrze poprowadzonej historii, postaci i logicznych scenariuszy interesowała mnie przede wszystkim porządna rozpierducha oraz wsiąknięcie w niepowtarzalny klimat filmu. Takich możliwości dostarczył mi m.in. Cobra George’a Cosmatosa. Opowieść o nieugiętym, nieprzekupnym i niezniszczalnym stróżu prawa, w którego wcielił się legendarny Sly, to kwintesencja kina akcji z tamtych lat. Krytycy mogą sobie więc mówić, co chcą, a Cobra i tak pozostanie w sercach większości fanów VHS-ów.

2. 8 milimetrów (23%) – produkcja Joela Schumachera to niezwykle mroczny, prowokacyjny i przerażający film. Chociaż siła jego oddziaływania została rzekomo złagodzona przez Columbia Pictures oraz samego reżysera, którzy nieco przerobili scenariusz Andrew Kevina Walkera, 8 milimetrów nie straciło na mocy. Dzieło twórcy Upadku skutecznie prowadzi widza po najohydniejszych kręgach piekła, które znajdują się bliżej nas, niżby się to wydawało. Świetne role Nicolasa Cage’a, Joaquina Phoenixa i Jamesa Gandolfiniego, gęsty klimat i bardzo istotny temat czynią z 8 milimetrów jeden z najbardziej niedocenianych thrillerów XX wieku.

3. Silent Hill (32%) – kolejny film, który przywiodła do mojej piątki nostalgia. Tym razem jednak chodzi o wspomnienie gry, w którą łoiłem namiętnie, nastolatkiem będąc. Ach! Ileż to nocy spędziłem przerażony atmosferą tej japońskiej produkcji, a gdy tylko wspomnę muzyczny motyw przewodni Akiry Yamaoki, to znów mam ciary na plecach. Myślę, że podobne emocje Silent Hill wywoływał u Christophe’a Gansa, który w sposób doskonały odwzorował klimat pierwowzoru i stworzył jedną z najlepszych filmowych adaptacji gier.

4. Źródło (52%) – Źródło to naszpikowane religijnymi, historycznymi i fantastycznymi tropami psychodeliczne połączenie kina science fiction i melodramatu układające się w rozłożony na tysiąc lat epicki tryptyk o strachu przed śmiercią. Rozumiem, że najprawdopodobniej najbardziej osobiste dzieło Aronofsky’ego może zniechęcać odbiorcę pretensjonalnością czy nadmiarem symboli, może również kompletnie rozmijać się z oczekiwaniami widza wobec twórcy, którego głównym atutem była dotychczas drapieżność i umiejętność szokowania. Nie pojmuję jednak, jak krytycy nie dostrzegli w Źródle piękna zdjęć (mikrofotografie), efektów specjalnych, ścieżki dźwiękowej oraz gry aktorskiej Jackmana i Weisz. Wszystkie te elementy tworzą przecież hipnotyzującą enigmę, fascynujące doświadczenie emocjonalne, które pragnie się choć w minimalnym stopniu zrozumieć.

5. Neon Demon (59%) – trudno było mi uwierzyć, że Neon Demon to wyłącznie ładnie opakowana, uwspółcześniona wersja mitu o Narcyzie oraz nieskomplikowana satyra na świat mody i show-biznesu. Usiadłem więc do filmu Refna z 2016 roku jeszcze dwa razy (Tak! Da się!). Kolejne seanse uświadomiły mi, że Neon Demon jest również, a może przede wszystkim straszną opowieścią o czarownicach i ich rytuałach. Jest w filmie wiele wskazówek i elementów surrealistycznych, które na to wskazują. Gorąco zachęcam was zatem do obejrzenia neonowego demona w tym świetle. Gwarantuję, że otrzymacie spójną i szaloną historię o pozornie pięknych wiedźmach, zainspirowaną życiorysem ekscentrycznej Elżbiety Batory.

REKLAMA