Zestawienie

UPADŁY KRÓL SPARTY. 5 najgorszych filmów Gerarda Butlera

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Przebieg kariery Gerarda Butlera jest intrygujący, szczególnie w ostatnich latach. Od pewnego czasu produkcje, w których dawny król Leonidas bierze udział, zazwyczaj finansowo wychodzą na zero, sporadycznie coś zarabiają, a kilka razy przyniosły duże straty. Krytycy od lat brutalnie obchodzą się z tymi filmami, a i wobec samego Butlera nie przejawiają szczególnie ciepłych uczuć. Sam aktor nie wydaje się zainteresowany rozwojem swojej kariery i wychodzeniem poza strefę komfortu. Podczas ostatnich sześciu lat jedyna dramatyczna rola, której podjął się Butler, pochodzi z banalnej powiastki na temat znaczenia rodziny i destrukcyjności wyścigu szczurów. Pozostałe tytuły, w których mogliśmy zobaczyć aktora, zazwyczaj spełniają kilka kryteriów – przeciętny budżet i nierealistyczne ambicje skutkujące nadmiarem słabego CGI, dialogi czerstwe niczym tygodniowy chleb, niezbyt pamiętne sceny akcji i liczne gwałty na logice. Trzeba jednak przyznać, że szarżujący aktorsko i rzucający tandetne żarty Gerard Butler całkiem nieźle pasuje do tego obrazka. Może więc nie powinniśmy oczekiwać po nim dobrych występów w porządnych filmach, tylko zaakceptować go jako gwiazdę współczesnego kina klasy B? Tę sprawę pozostawiam jednak do przedyskutowania, a sam przejdę do najgorszych gniotów, w których mieliśmy okazję zobaczyć (anty)bohatera tego tekstu

Geostorm

Gerard Butler jako jeden z największych geniuszy wszech czasów i zarazem projektant ultranowoczesnego satelity kontrolującego klęski żywiołowe? No pewnie. Naturalnie, nasz błyskotliwy bohater jest niepoprawny i przemądrzały, ale ma rację, kiedy to ważne. Tradycyjnie, popełnił błąd, który kosztował go utratę swojej pozycji, ale w obliczu wielkiej zagłady to właśnie on jest ostatnią nadzieją ludzkości. Pewnie nie zaskoczy was też wciśnięty na siłę wątek rodzinny w postaci niewiarygodnie sztampowej i nieprzekonującej waśni między dwójką braci! Gerard Butler może się również pochwalić udziałem w kolejnym filmie wypchanym naprawdę tanimi i brzydkimi efektami specjalnymi. Kompletnie nie rozumiem podejścia demonstrowanego przy tych produkcjach. To trochę tak, jakby zobowiązać się do wyprawienia przyjęcia na 50 osób z budżetem 200 złotych – NIE DA SIĘ! Gdyby jeszcze ten film nie traktował się tak poważnie… Zdecydowanie nie warto zaprzątać sobie głowy tym nieporozumieniem, chyba że pochodzicie z Chin – tam widzowie zgodnie olali wybitnego Blade Runnera 2049, żeby wybrać się na Geostorm. Brawo, Chiny, naprawdę brawo.

Linia czasu

Twórczość Michaela Crichtona zasługuje na znacznie lepsze adaptacje. W przypadku tej na pierwszy rzut oka trudno zrozumieć, co mogło pójść nie tak. Kompetentna obsada w rękach kompetentnego reżysera przenoszącego na ekran scenariusz na podstawie niezłej książki uznanego autora – kto zawinił? Z pewnością sporo winy należy przypisać scenarzystom (rzut oka na ich kariery pomaga zrozumieć przyczyny problemów), którzy na podstawie interesującego materiału źródłowego sklecili niezwykle naiwną historyjkę. Brak niespodzianek (w filmie o podróżach w czasie!), ogólna miałkość fabuły i bardzo przeciętna scenografia (wszystko wygląda naprawdę tanio pomimo sporego budżetu) kompletnie pogrążyły ten tytuł. Dziś Linia czasu znajdzie swoich wyznawców, ale coś podobnego można powiedzieć o większości filmów.

Movie 43

Movie 43 to prawdziwe kuriozum. Zlepek kilkunastu żenująco głupich i boleśnie nieśmiesznych skeczy z udziałem najlepszych i/albo najpopularniejszych współczesnych aktorów? Trzeba przyznać, że to wzbudza ciekawość. Niestety, wystarczy obejrzeć dwie sceny, żeby zrozumieć, że każda kolejna minuta spędzona z tym dziełem mogłaby być poświęcona na dosłownie cokolwiek innego. Skecz z udziałem Gerarda Butlera jest wybitnie idiotyczny i drętwy – opowiada on o dwójce jełopów, którzy postanowili porwać leprechauna (w tej roli Gerard Butler) i zmusić go do podarowania im garnka ze złotem. Szkoda tylko, że Butler nie robi tu nic poza wykrzykiwaniem gróźb związanych w jakiś sposób z jego penisem. W pewnym momencie na miejsce akcji przybywa rozgniewany brat leprechauna (również Butler), który po kolejnych ch*jowych groźbach rzuca się na dwójkę jełopów tylko po to, by zostać zastrzelonym. Głupie, nieśmieszne, bez pomysłu, nie warto o tym pisać ani słowa więcej.

Trener bardzo osobisty

Trzy filmy w jednym rzadko kiedy tworzą udane dzieło. Trener bardzo osobisty niestety kompletnie nie wie, czym chce być. Motywującą opowieścią o upadłej gwieździe sportu, która znajduje odkupienie w trenowaniu szkolnej drużyny? Komedią romantyczną o zagubionym facecie niemogącym opędzić się od zapatrzonych w niego kobiet? Czy może melodramatem o próbie naprawy zrujnowanego życia rodzinnego? Być może kompetentny scenarzysta i reżyser potrafiliby połączyć te motywy w jedną spójną całość, ale w tym przypadku efekt końcowy przypomina trzy osoby krzyczące jednocześnie do czwartej (w tej roli widz). Brakuje tu jakiejkolwiek spójności, udanego humoru czy czegokolwiek godnego zapamiętania. Całość wylatuje z pamięci jeszcze w dniu seansu – może to jednak i lepiej?

Bogowie Egiptu


Bogowie Egiptu to chała, o której można napisać cały elaborat. Banalna (nawet jak na przeładowany efektami specjalnymi blockbuster) i do bólu przewidywalna fabuła pozbawiona choćby jednej interesującej postaci to wbrew pozorom jeden z mniejszych problemów tego potworka. Prawdziwie potworna jest cała warstwa wizualna – od plastikowych rekwizytów, przez kiczowate stroje, aż po obrzydliwie sztuczne krajobrazy i postaci stworzone dzięki CGI. Do dziś pamiętam swoje zdumienie faktem, że ten film wyglądałby fatalnie nawet 10 lat przed swoją premierą! Nie sposób pojąć, na co wydano pokaźne 140 milionów dolarów budżetu, ale z pewnością nie były to dobrze zagospodarowane pieniądze. Jestem natomiast ciekaw, ile za swoją pracę dostał duet scenarzystów, bo za ten twór to oni powinni rozdawać dolary wszystkim poszkodowanym. Napisane przez nich dialogi wywołują takie zawstydzenie, że naprawdę współczuję aktorom, którzy mieli za zadanie przenieść je na wielki ekran. Jednym z nich był właśnie Gerard Butler i muszę przyznać, że jeszcze nie widziałem tak absurdalnie przeszarżowanego antagonisty w poważnym (?) filmie. Praktycznie każdą jego kwestię można skwitować parsknięciem/ wybuchem śmiechu (różnie bywa) i aż trudno uwierzyć, że oglądamy aktora, który ma na swoim koncie kilka dobrych występów. To okropna rola w okropnym filmie, ale skłamałbym, twierdząc, że nie dostarczyło mi to odrobiny rozrywki (w inny sposób, niż planowali twórcy).

Już w ten piątek premiera kolejnego akcyjniaka o średnim budżecie, ale wielkich ambicjach w kwestii nadużywania CGI! Czy Ocean ognia przełamie kiepską passę Gerarda Butlera? Podobno nie, ale pozostaje mi przekonać się o tym samemu – recenzja już w najbliższą sobotę!

Ostatnio dodane