Connect with us

Publicystyka filmowa

Zaskakująco PRAWDZIWE NAZWISKA gwiazd

PRAWdziwe NAZWISKA gwiazd filmowych to często zaskoczenie! Odkryj, jak nieznane personalia kryją się za ich sławą.

Published

on

Zaskakująco PRAWDZIWE NAZWISKA gwiazd

Powiadają, że nie szata zdobi człowieka. Ale nazwisko jak najbardziej. Dobre dane osobowe to nierzadko pierwszy krok ku sławie, o czym przekonało się wiele gwiazd filmowych, z reguły noszących w rzeczywistości o wiele mniej magnetyzujące personalia niż te znane nam z kinowych plakatów. Nasza zagraniczna agentka Jelena Lidia Wasiljewna Mironowa – znana szerzej pod pseudonimem: Helen Mirren – właśnie dostarczyła nam przykłady, które teraz dajemy wam do wglądu.

Advertisement

Fred Astaire

Król parkietu był dzieckiem emigrantów z Prus i Austrii. Nie powinny zatem dziwić jego rodowe dane – Frederick Austerlitz. I trzeba przyznać, że utworzył sobie z nich całkiem zgrabny anagram. Z drugiej jednak strony jest coś niepokojącego w tym nazwisku – i bynajmniej nie chodzi o widmo słynnej bitwy. W zestawieniu z tańcem, kolorowymi strojami oraz pląsającą u jego boku Virginią McMath (czyli Ginger Rogers) brzmi bardziej jak zapowiedź jakiegoś absurdalnego koszmaru od Davida Lyncha. No cóż, panie Fred, może w młodości trzeba było zakumplować się z Borisem Karloff… Przepraszam, Williamem Henrym Prattem?

Joan Crawford

Jedna z legend dużego ekranu miała w sobie krew Hugenotów. Brzmi dumnie, więc na początku kariery bynajmniej nie wstydziła się swojego rodowego nazwiska (Bóg raczy wiedzieć dlaczego). Dopiero szef MGM, Louis B. Mayer, poszedł po rozum do głowy – czy też raczej wyczuł nosem gówniany interes – i zorganizował swej gwieździe nowe dane osobowe w wyniku.

Advertisement

.. konkursu. Późniejsza „Joasia” ugięła się, choć szczerze nienawidziła członu „Crawford”. O tym, że był to jednak jedyny słuszny wybór przekona się każdy, kto obejrzy któryś z jej wczesnych filmów i zobaczy w tam… Lucille LeSueur. Tak, to już brzmi dupnie.

Kirk Douglas

Rodzice wielkiego Kirka byli żydowskimi emigrantami z Cesarstwa Rosyjskiego (a obecnych terenów Białorusi). Przyszły gwiazdor urodził się więc jako Issur Daniłowicz (samo imię, wywodzące się bezpośrednio z Pisma Świętego, oznacza „księcia bożego” i po ponad stu latach życia Issura trudno odmówić mu trafności w tym przypadku). Dorastał już jednak pod łatwiejszymi do wymówienia personaliami Isadore „Izzy” Demski. Aż w końcu, za namową swojego kumpla, Karla Maldena (naprawdę Mladen Sekulovich), osiadł na właściwych laurach, które ostatecznie zmieniły oblicze kina.

Advertisement

I przy okazji również losy jego syna, Michaela. Mała zmiana, a cieszy. Swoją drogą jako pierwszy zapłaciłbym dolara, żeby obejrzeć wspólnie Demskiego i Mironową na tropie, w jakiejś superprodukcji made in ZSRR (względnie CCCP) – nawet i czysto propagandowej.

Cary Grant

Tutaj nie ma wielkiej tajemnicy. Każdy, kto choć trochę interesuje się starym Hollywood wie, że Grant przyszedł na świat jako Archibald Leach. Sam zainteresowany nigdy nie wstydził się zresztą tego faktu, wielokrotnie żartując z niego, a nawet w paru filmach czyniąc ze swoich danych inside joke.

Advertisement

Jak wielu przed nim i wielu po nim, Grantem stał się dopiero na samym początku aktorskiej kariery – w wieku lat 27 – co było warunkiem producentów, którzy chcieli na plakaty czegoś bardziej amerykańskiego w brzmieniu. Cóż, biorąc pod uwagę, że „Gary Cooper” było już zajęte, to bardziej się nie dało. Brawo!

Rita Hayworth

„Bogini Miłości” była efektem gorącego uczucia dwójki tancerzy – pochodzącego z Hiszpanii Eduarda Cansina i mającej w sobie brytyjsko-irlandzką krew Volgi (!!!) Hayworth, po której panieńskie nazwisko mała Margarita Carmen Cansino ostatecznie sięgnęła w drodze ku sławie. Zaczynała jednak w Hollywood jako (seño)Rita Cansino, co wraz z latynoską urodą nadawało jej w opinii producentów zbyt egzotyczną otoczkę i mocno ograniczało wybór ról.

Advertisement

Ku konsternacji ojca zmieniła więc swoje personalia na bardziej przyjazne amerykańskiej widowni. Wraz z nimi zmieniła także kolor włosów i poddała się drobnym korekcjom plastycznym twarzy. No cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo osiągnąć status gwiazdy.

Rock Hudson

Z reguły to imigranci bądź ich potomkowie zmuszeni są do nadawania sobie artystycznych pseudonimów, gdyż ich prawdziwe nazwiska są najzwyczajniej w świecie problematyczne do wymówienia. Czasem jednak tyczy się to również Amerykanów z krwi i kości, a takim był niewątpliwie „The Rock” swoich czasów. Liczący prawie dwa metry wzrostu urodził się w Illinois jako męski byt idealny.

Advertisement

No… prawie. Jego dane na świadectwie – Leroy Harold Scherer, Jr. – kapci z nóg już bowiem nie zrywały. Szczególnie, gdy mówimy nie o sezonowym raperze, lecz o gwieździe dużego ekranu. Lecz na długo przed tym, wskutek rozwodu rodziców, Leroy stał się jeszcze… Royem Fitzgeraldem (bez związku z TYMI Fitzgeraldami). Hudsona wynalazł mu dopiero jego pierwszy agent, który połączył w jedno nazwę Skały Gibraltarskiej i rzeki Hudson (pytaniem za sto punktów pozostaje: jak?). I choć sprawdziło się jak ta lala, Junior szczerze go nie cierpiał. Bywa i tak.

Cheryl Ladd

Jeden z telewizyjnych Aniołków Charliego – to właśnie ona przyszła na zastępstwo niesfornej Farrah Fawcett – to dziecko kelnerki i maszynisty kolejowego. Na upartego da się to wyczytać z jej oryginalnego nazwiska – Cheryl Stoppelmoor – choć trudno oprzeć się wrażeniu, iż kryje się tu gdzieś jakiś ponury żart. Stawiając pierwsze kroki w branży młoda Cheryl nie czuła się specjalnie uprzedzona względem niego, ale asekuracyjnie przyjęła pseudonim Cherie Moor. Lecz zanim jej kariera na dobre się rozwinęła, poślubiła kolegę po fachu, Davida Ladda i nawet po rozwodzie tak już jej zostało. Mądrze.

Advertisement

Demi Moore

Gdyby jakimś cudem ktoś wymyślił działający wehikuł czasu i wpadł na pomysł cofnięcia się do lat 60. poprzedniego stulecia, znalezienia słodkiej „dziecinki Moore” i wbicia jej do głowy, aby nigdy, przenigdy nie gmerała w swoich ustawieniach, to dwie dekady później z plakatów takich hiciorów jak Ognie św. Elma, Siódmy znak, czy w końcu Uwierz w ducha, być może radośnie patrzyłaby na nas… Demetria Guynes (auć!). Zresztą bardzo prawdopodobne, że i bez sięgania po fantastyczne technologie by do tego doszło, gdyby nie fakt, iż w swej siedemnastej wiośnie Demetria podjęła szaloną decyzję poślubienia muzyka Freddy’ego Moore’a. Wystarczy rzut okiem na ich archiwalne fotki i widać, że związek ten przyszłości nie miał żadnej (skończył się po czterech latach), ale nie ulega wątpliwości, że pomógł Demi zostać jedną z największych gwiazd Hollywood – co w przypadku Guynes nie byłoby już takie oczywiste.

Vin Diesel

Łysy mięśniak urodził się w Kalifornii jako Mark Sinclair (a według niektórych źródeł jako Mark Sinclair Vincent – ma zresztą brata bliźniaka, Paula Vincenta). Samo w sobie jest to nawet nieźle brzmiącą alternatywą dla gwiazdy kina akcji. Niemniej tylko alternatywą, do czego Mark najwyraźniej też doszedł, jeszcze w buntowniczych czasach młodości nadając sobie muskularny przydomek Vin Diesel.

Advertisement

Trudno nawet doszukiwać się genezy tego pseudonimu, ale patrząc na długotrwały sukces serii Szybcy i wściekli, zdecydowanie musi kryć się on w oparach benzyny i ryku koni mechanicznych. I trzeba przyznać, że jest równie smukły i mocny, co promowane tam przez Diesela super auta.

John Wayne

I na koniec perełka, która idealnie obrazuje magię kina. Ikona najbardziej amerykańskiego ze wszystkich gatunków, nie miała szczęścia do swojego rodowego imienia i nazwiska – jak to często bywa praktykowane, nadanych mu w spadku po przodkach. Marion Michael Morrison, jak wpisane miał w dowodzie, z pewnością nie zostałby gwiazdą westernu. Zresztą być może właśnie dlatego nie przyjęto go wcześniej do marynarki. Szczęśliwie już w dzieciństwie otrzymał przezwisko „Mały książę”, które mimo iż powinno pogrążać go jeszcze bardziej, stało się jego znakiem rozpoznawczym w branży.

Advertisement

Co ciekawe „The Duke” tylko raz widniał w napisach filmu jako właśnie Duke Morrison (a było to w komedii muzycznej Words and Music z 1929 roku). Potem próbowano z niego zrobić Anthony’ego Wayne’a, ale pomysł ten – ku chwale ojczyzny – nie przeszedł. I tak narodził się John Wayne, z którym już nikt nigdy nie próbował zadzierać w temacie. Amen.

Bonus:

A na deser rodzinka Estevezów – począwszy od lewej przed wami: Ramon Antonio Gerard (Martin Sheen), Carlos Irwin (Charlie Sheen) i Emilio Estevez (jedyny bez alternatywy). Aż nie chce się wierzyć, że nie powstał jeszcze ani jeden film robiący użytek z tego hiszpańskiego dobra. Vamos!

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *