Publicystyka filmowa
ZAGUBIENI. Więcej niż serial
ZAGUBIENI to emocjonująca podróż w głąb tajemnic dżungli, gdzie ocalałym z katastrofy towarzyszy niepewność i niezliczone pytania.
Czwartek, 3 listopada 2005. Bezcelowe skakanie po kanałach zakończyło się w momencie, gdy trafiłem na scenę ucieczki trojga osób przez skąpaną w deszczu dżunglę. Poziom mojej dezorientacji nie odstawał od niewiedzy samych bohaterów. Drugi odcinek, wyemitowany tego samego wieczora, nakreślił nieco sprawę – grupa ocalałych z katastrofy lotniczej znalazła się na wyspie na Pacyfiku, a goniący ich tajemniczy „potwór” to tylko jedna z anomalii i tajemnic, jakie na niej znajdą. Zostałem kupiony. Rozpoczęła się moja przygoda z Zagubionymi.
W tamtym czasie byłem na tyle niedoświadczonym i młodym widzem, że nie miałem wcześniej okazji śledzić żadnego serialu od początku do końca. Pilot Zagubionych wciągnął mnie gęstą atmosferą i tajemnicą; pal licho, że przegapiłem trzy czwarte pierwszego odcinka, i bez tego zawisłem na krawędzi fotela wpatrzony w rozwijającą się akcję. Od tamtej pory każdy czwartek był małym świętem. Emitowane co tydzień dwa epizody rozpalały wyobraźnię do cna; pomysłów na rozwój fabuły było bez liku, a myśli krążyły wokół potencjalnych odpowiedzi na „jak”, „dlaczego”, „kto” i „kiedy”. Szczególnie że pytania mnożyły się właściwie co odcinek, a odpowiedzi z reguły szczędzono.
Podane to było niezwykle dobrze. Konstrukcja każdego odcinka, oparta na skupieniu się na jednej postaci i ukazywaniu jej wspomnień w formie retrospekcji mających odniesienie do akcji rzeczywistej, pozwalała na fantastyczne rozbudowanie i pogłębienie charakteru danego bohatera, a jednocześnie dodawała smaczku wydarzeniom na wyspie. Te z kolei mocno dawały po głowie kolejnymi odkryciami dokonywanymi przez bohaterów i ukazaniem, jak człowiek zmienia się w tak skrajnej sytuacji.
Niedoświadczony i młody widz był mocno niepocieszony, gdy sezon dobiegł końca, zakończony w dodatku paskudnym w swojej doskonałości cliffhangerem. Po raz pierwszy w życiu odczułem tę pustkę, którą ma się po zakończeniu oglądanego serialu (choć wiedziałem, że w Stanach emitują już drugi sezon), a do serii pytań doszło kolejne – co dalej? Szukając odpowiedzi, odkryłem jedno: o Zagubionych było głośno w internecie. Bardzo.
Wkrótce stałem się częścią machiny zwanej fandomem. Oczywiście zaledwie wycinku, bo Zagubieni pobudzali wyobraźnię widzów na niewyobrażalnie szeroką skalę. Stopień zaangażowania miłośników serialu w to, co działo się na bieżąco w fabule i w obmyślanie tego, co dalej, był fenomenem nie mniejszym niż serial per se.
Teorie tworzono na każdy temat. Analizowano pojedyncze klatki, kojarzono ze sobą choćby najdrobniejsze fakty tylko po to, aby przynajmniej w jednym procencie dopasować do siebie elementy całej układanki. Ciąg liczb będący jedną z najciekawszych tajemnic był wykorzystywany w loteriach przez miliony ludzi. Fabuła samego serialu rozwijała się z sezonu na sezon w kilku kierunkach. Przybywało postaci, stosunkowo prosta na początku historia stawała się bardziej zawiła z każdym odcinkiem, a zębate koła napędzające machinę rozpędzały się regularnie co tydzień.
Również w Polsce szał był ogromny – prężnie działało rozbudowane forum, na którym można było podzielić się wrażeniami po odcinkach, teoriami i oczekiwaniami, ale gdzie również bawiono się we wszelakie zestawienia, rankingi oraz sondy. Tworzono działy przeznaczone typowo do publikowania swoich fanfików, a tych było całkiem sporo. Równie popularny był blog, którego autor recenzował na bieżąco najświeższe odcinki i dzielił się newsami i spoilerami zza oceanu. Zagubieni wyszli daleko poza ramy „zwykłego” serialu – dla wielu stali się przeżyciem.
Twórcy dbali o to, by dolewać oliwy do ognia, i sami postanowili wyciągnąć swoje dzieło zza szklanego ekranu. Wydawano książki, karcianki, gadżety i figurki. Powstała tak zwana gra alternatywnej rzeczywistości, prowadzona przez emitującą Zagubionych stację ABC. Podzielona na pięć faz, pozwoliła zagłębić się widzom w mitologię serialu, odkrywając serię smaczków i ciekawostek poprzez śledzenie i analizowanie kilku stron internetowych. Akcja trwała cztery miesiące i umilała oczekiwanie na trzeci sezon serialu, a uzyskane dzięki niej informacje na temat przewijającej się przez kilka sezonów inicjatywy DHARMA uznano za kanoniczne. Układanka powiększała się. Balonik rósł.
Scenarzyści z każdym sezonem sukcesywnie sprawiali, że widzowie byli zagubieni nie mniej niż bohaterowie serialu. Popędzając akcję do przodu i kierując fabułę coraz to mocniej w kierunku science fiction, zaczęli wydziwiać cuda wszelakie, całkowicie bawiąc się tym, co stworzyli, i serwując rzeczy, o których by się nawet nie pomyślało, oglądając pierwszy odcinek. Kwestia zagadek i tajemnic stała się przysłowiową hydrą, bo na miejsce jednej rozwiązanej wskakiwały trzy kolejne. Fakt ten został zresztą przytoczony w jednym z ostatnich odcinków, gdy z ust pewnej bohaterki padło hasło „Każda odpowiedź rodzi kolejne pytanie”.
Ironiczne jest to o tyle, że im dalej końca, tym mniej się wyjaśniało, a zacytowane wyżej zdanie brzmi w obliczu tego jak usprawiedliwianie się twórców. Przy okazji ostatnich sezonów Internet pękał już w szwach od opracowań czy podcastów wszelkiej maści; zagorzali fani pisali całe eseje, w których logicznie wykładali, co według nich powinno i najpewniej wydarzy się w kolejnych odcinkach. Garściami czerpać mogli ze wszystkiego, co scenarzyści wcisnęli już do fabuły, łącznie z elementami mitologii egipskiej. Dedukowano o przeszłości i przyszłości bohaterów, cofano się do najstarszych odcinków, aby znaleźć jakiekolwiek powiązanie z bieżącymi, szukano nawet fizycznych podobieństw między postaciami, aby zweryfikować, czy mogą mieć powiązanie. Obsesyjnie. Zbyt obsesyjnie, jak się okazało.
Obi-Wan Kenobi powiedział po zniszczeniu Alderaanu, że poczuł zaburzenie Mocy tak silne, jakby miliony głosów krzyknęły w przerażeniu, a potem umilkły. Podobnie stało się z najbardziej zagorzałymi fanami Zagubionych pod koniec serialu. Piątym sezonem twórcy zrobili sobie fantastyczny fundament pod to, na co czekali miłośnicy serii – wyłożenie kart na stół, zaspokojenie trwającej kilka lat ciekawości będącej stałym towarzyszem widzów. Pragnięto rozwiązań. Ostatni, szósty sezon stał się dla wielu igłą, która brutalnie zniszczyła cały ten balon oczekiwań. Wracamy tutaj do kwestii przytoczonej już wyżej – odpowiedzi, na które czekało tak dużo osób, w większości nigdy nie nadeszły. Zagubieni zostali głównie widzowie; wszystkie podcasty, teorie i opracowania stały się tylko kolejnymi fanfikami niemającymi pokrycia w rzeczywistości.
„Bohaterowie”, mówili twórcy. To oni byli najważniejsi w tej historii. Oczywiście, relacje między postaciami, ich portret psychologiczny i motywacje to element niezwykle w całym serialu istotny, wszak nie bez powodu tak mocno skupiano się na przestrzeni serialu na pojedynczych jednostkach. Czy to jednak one stały się powodem dla którego tak wiele osób poświęciło długie godziny oglądania i czynności związanych z serialem? Śmiem wątpić.
Abstrahując od tego, że wątki skupione na postaciach niejednokrotnie spuszczały na widzów emocjonalne bomby, to pociągające w Zagubionych było dla ogółu coś innego – ta wieczna nutka tajemnicy, multum możliwości, jakie dawała wyspa, nawiązania do religii, mitologii i różnych dogmatów. To pobudzało. Rozpalało myśli i wyobraźnię i było czymś innym. Są oczywiście inne seriale, których fandomy są tak samo liczne i wierne, jeśli nie bardziej – ot, choćby Star Trek, Doktor Who czy Sherlock – ale nie kojarzę innego, który by w takim stopniu wyciągnął do widza rękę i zakorzenił się w tylu głowach.
Wyemitowany w maju 2010 roku odcinek zatytułowany po prostu The End zwieńczył kilkuletnią przygodę i wzbudził niemałe kontrowersje. Dla tych, którzy do całości podchodzili letnio, a postacie rzeczywiście były jej najważniejszym elementem, finał mógł być satysfakcjonujący i wzruszający. Jednak ci, którzy poświęcili analizom długie godziny, poczuli się oszukani i pewnie woleliby, żeby prawdziwe okazało się zakończenie zaproponowane przez Ricky’ego Gervaisa – „ten gruby zjadł wszystkich”.
Wina serialu i fałszywych tropów oraz nadziei serwowanych przez twórców czy zbytniego zaangażowania widzów? Pewnie po trochu z każdego. Zgorzkniali fani złorzeczyli na scenarzystów, skreślając cały serial i nazywając lata poświęcone na oglądanie go za zmarnowane. To skrajna reakcja, lecz z drugiej strony nieuczciwie brzmieli również twórcy, którzy tym zawiedzionym widzom zarzucali niezrozumienie całości. Ja stoję pomiędzy – finał nie spełnił moich oczekiwań, ale też nie żałuję czasu poświęconego na cotygodniowe oglądanie, bo przygoda z Zagubionymi wniosła do mojego życia sporo drobnych rzeczy – wcześniej nie wiedziałem na przykład, jak przyciągającym medium jest serial, co znaczą takie słowa jak spoiler i cliffhanger, ani jak działa internetowa etyka na forach i ile frajdy można czerpać z dyskusji z podobnie oddanymi czemuś ludźmi (i przy okazji – ilu poznać), a to tylko niektóre z nich.
Zagubieni byli wydarzeniem. Choć koniec końców skłócili widzów ze sobą i z twórcami, to swój ślad w historii telewizji zostawili. Opinię polecam wydać samemu – być może również pokochasz, czytelniku, ten serial. Uważaj jednak, bo miłość ta może być trudna.
korekta: Kornelia Farynowska
