Connect with us

Publicystyka filmowa

SZYBKA PIĄTKA #127. Jak oni to zrobili?! Sceny, które zachwyciły nas realizacją

SZYBKA PIĄTKA to przyglądanie się scenom, które zachwycają realizacją. Odkryj filmowe cuda, które wzbudzają pytanie: „Jak oni to zrobili?”

Published

on

SZYBKA PIĄTKA #127. Jak oni to zrobili?! Sceny, które zachwyciły nas realizacją

Wielkie widowiska, ale nie tylko! Są momenty podczas seansu, przy których na ustach ciśnie się aż „jak oni to zrobili?!”. O takich scenach piszemy w dzisiejszej szybkiej piątce.

Maciej Niedźwiedzki

  1. Titanic – tonięcie – niezwykle ambitne inscenizatorskie, producenckie i inżynierskie przedsięwzięcie.

    Nie mniejsze niż budowa prawdziwego transatlantyku. James Cameron i tak odtworzył kadłub Titanica w zbliżonej skali, tylko po to, by później spektakularnie go zatopić. Imponuje mi, jak wiele elementów zostało tu dopiętych na ostatni guzik. Przy każdej kreatywnej decyzji cała filmowa ekipa chciała osiągnąć maksymalny efekt, nie idąc ani razu na skróty. Titanic to kino w najczystszej postaci.

  2. Szeregowiec Ryanlądowanie w Normandii – ponad 20 lat na karku i wciąż robi takie samo wrażenie. Niesamowita choreograficzna robota na wielu planach. Detal i total, narracyjna przejrzystość spleciona z grozą wojennego chaosu, wydobycie dramatu/strachu jednostek i determinacji całej kompanii.

    Spektakularne, większe niż życie, artystyczne osiągnięcie. A przecież jak każde musiało się zacząć od pustej kartki papieru.

  3. Mad Max: Na drodze gniewu – cały film – pirotechnika, ważące tony auta, kaskaderskie popisy, prędkość, skomplikowana choreografia, minimalizowanie korzystania z efektów komputerowych. Mad George: Na drodze arcydzieła.
  4. Incepcja – wirujący korytarz – Christopher Nolan nie ma lekkiego pióra, ale aktualnie nie wskażę lepszego od niego inscenizatora. W jego przypadku określenie „wizjoner” jest jak najbardziej na miejscu.

    Uwielbiam to, że Nolan nigdy nie idzie na łatwiznę. Sekwencja z wirującym korytarzem wydaje się esencją jego twórczości. Praktyczne efekty, operatorska i aktorska ekwilibrystyka, wyborna synchronizacja (symbioza) dźwięku, ruchu i montażu. Perła współczesnego kina.

  5. Grawitacja – otwarcie – Alfonso Cuarón i Emmanuel Lubezki nie cackają się. Wygląda to tak, jakby rzucali techniczne i realizatorskie wyzwanie całej historii kina. Płynąca kamera, ograniczenie montażowych cięć, utrzymanie ostrości i zaprojektowanie oświetlenia. Nie mieści mi się w głowie, jak czasochłonnym, cholernie trudnym do wykonania i ogarnięcia rozumem przedsięwzięciem była ta produkcja.

    Za każdą minutą tego filmu przebija się przeświadczenie twórców, że kino jest największą ze sztuk.

Odys Korczyński

  1. Obcy: Przymierzescena z fletem – już zapewne legendarna, szczególnie dla miłośników pierwszego Obcego, a tym samym hejterów jego kontynuacji wyjaśniającej genezę ksenomorfa. O dziwo, oglądając ją w kinie, nie pomyślałem o jakiejkolwiek męsko-męskiej erotyce, ale niemal od razu ujął mnie ładunek emocjonalny przekazany przez dwóch Fassbenderów. Spodziewałem się nawet, że Walter nagle wbije Davidowi flet w szyję, co zresztą później i tak się stało. Multiplikacje bohaterów zawsze wprawiają mnie w zachwyt, tym bardziej gdy są tak naturalnie wykonane i przede wszystkim zgrane.
  2. Incepcjascena z zaginaniem Paryża – w ogóle produkcja Christophera Nolana pełna jest dyskretnych i zarazem kunsztownych efektów specjalnych. Ten akurat jest jednym z bardziej widowiskowych i dosłownie „zaginających” wyobraźnię, zwłaszcza kiedy ogląda się go na dużym ekranie. Można dostać zawrotów głowy. Taki realizm osiągnięto dzięki wsparciu symulacji komputerowych efektami optycznymi i scenografią.
  3. Avatarszarża konnicy Na’vi – szczerze, to trudno było wybrać jedną taką scenę. Film Jamesa Camerona zawiera ich setki. Właściwie to świat wykreowany graficznie i pod tym względem dopracowany w każdym szczególe. Jego piękno widać szczególnie w technologii 3D, ale i bez niej można się zachwycać odtworzeniem niemal pierwotnego dla nas życia ludu na Pandorze.

    Mimo że do złudzenia przypomina on Indian, to zachwycam się za każdym razem trochę patetyczną, szaloną, lecz olśniewającą szarżą wojowników na zwierzętach przypominających konie, gdy próbują desperacko bronić swojego domu przed najazdem krwiożerczego człowieka.

  4. Bez baterii nie działasceny z kosmitami – dyskrecja i wzruszenie. Tak bym opisał ten już całkiem zapomniany film Matthew Robbinsa, opowiadający o starych ludziach, którzy pod koniec swojego życia napotykają kosmitów, a raczej osobliwą rasę miniaturowych maszyn. Cieszę się, że pojawili się oni właśnie w takiej formie, ponieważ budzą skojarzenia z maskotkami, a przy tym wyglądają kolorowo, szczegółowo i nawet na tle Transformersów nowocześnie.
  5. Wcielenia Andy’ego Serkisa – wybrać sceny nie potrafię, ale chodzi mi o sam model działania aktorskiego. Taka jego forma jest sama w sobie doskonałym efektem specjalnym.

Piotr Sawicki

  1. Ben-Hur (1925) – bitwa morska – obie klasyczne wersji Ben Hura to superwidowiska obliczone na efekt „łał”, gdzie rozmach poszczególnych scen ma budzić w widzu zachwyt i niedowierzanie.

    Produkcja obu obfitowała w trudności, które przeszły do legendy kina. Osobiście wyżej cenię żywiołową wersję niemą w reżyserii Freda Niblo aniżeli pomnikowe dokonanie Wylera z 1959 roku, które, oglądane dzisiaj, wydaje mi się w wielu partiach filmem przyciężkim i „obrazkowym”. Ben Hur z roku 1925 to nie tylko najdroższy film niemy, ale też jeden z najbardziej bezkompromisowych, wręcz karkołomnych w realizacji. Ofiary śmiertelnych wypadków podczas zdjęć to, według oficjalnych wyliczeń, jeden kaskader i pięć koni, acz według niepotwierdzonych pogłosek zgonów na planie było o wiele więcej.

    Wszystko za sprawą sekwencji bitwy morskiej. Nie dość, że kręcona była rzeczywiście na morzu (Śródziemnym), to podczas jej realizacji doszło do pożaru, w którym spłonęły aż trzy „grające” w filmie naturalnej wielkości okręty. Obrazy pożogi, wraz z całą towarzyszącą jej paniką, jaka zapanowała pośród statystów, oczywiście znalazły się w filmie, a widok dziesiątków przerażonych ludzi skaczących na oślep w morską toń podbija realizm sekwencji, pozwalając wczuć się w atmosferę grozy panującą tego dnia na planie. To właśnie było przyczyną wielu czarnych legend, jakie narosły wokół niemego Ben Hura.

    Advertisement

    Są tacy, którzy do dziś kwestionują oficjalne raporty i spekulują, ilu to statystów naprawdę zginęło w ogniu, a ilu utonęło.

  2. Siedmiu samurajów – bitwa w deszczu – to jedna z tych sekwencji, które chyba zawsze będę oglądał z niedowierzaniem choć znam w niej na pamięć każdy centymetr taśmy. Najlepsza filmowa bitwa, przy każdym seansie wbijająca w fotel dynamiką, naturalizmem i montażową precyzją. Nadludzki wysiłek walczących, agonalne spazmy konających i dobijanych, docierają do widza tym wymowniej, że bitewne zmagania samurajów i chłopów z atakującymi wieś bandytami rozgrywają się w strugach rzęsistego deszczu i błocie.

    Choć w dzieciństwie często próbowałem sobie wyobrazić proces realizacji tej sceny, nie przypuszczałem, w jak ciężkich warunkach powstawała. Dopiero po latach dowiedziałem się, że była kręcona w lutym, przy temperaturze bliskiej zeru, a plan filmowy przed przybyciem ekipy pokrywały grube na kilkadziesiąt centymetrów warstwy śniegu. Przy tej zimowej pogodzie aktorzy i statyści musieli biegać w lekkim odzieniu i sandałach, polewani hektolitrami „deszczu” ze specjalnych pomp. Ponieważ konie na planie były zastępowane innymi, by je do siebie upodobnić, malowano im na pyskach znamiona białą farbą, te zaś były notorycznie zmywane przez „deszcz”.

    Nigdy wcześniej ani później nie było mi tak zimno – podsumował później Toshiro Mifune grający jedną z głównych ról.

  3. Tron we krwi – śmierć Washizu – znów Kurosawa i znów Toshiro Mifune poddany przez mistrza mękom na planie. W finale filmu Washizu japoński Makbet zostaje zabity przez własnych łuczników. Żołnierze dosłownie zasypują go gradem strzał, a ekran wypełnia długa agonia przerażonego człowieka nadziewanego chmarami tych świszczących pocisków. Strzały gęsto wbijają się w zbroję nieszczęśnika, zanim jedna z nich śmiertelnie dosięgnie szyi.

    W jaki sposób osiągnięto taki realizm? Bardzo prosto: Kurosawa kazał łucznikom szyć do Mifune prawdziwymi strzałami. Aktor ledwo to przeżył. W wywiadach zapewniał, że przerażenie jego bohatera w tej scenie bynajmniej nie było udawane.

  4. Niewidzialny człowiek – do dziś zachodzę w głowę, jak w filmie z 1933 roku udało się uzyskać taki poziom efektów specjalnych. I choćbym poznał kulisy z nie wiem jak szczegółowych opracowań tudzież dokumentów o realizacji, nigdy nie uwierzę, że to, co widzę na ekranie, nie dzieje się naprawdę.
  5. The Beyond – eksplodująca głowa dziewczynki – jeden z najbardziej szokujących efektów specjalnych w wykonaniu wirtuoza w tej dziedzinie, Gianetto de Rossiego.

    Chodzi o scenę, w której bohater grany przez Davida Werbecka strzela z rewolweru do opętanej małej Jill. Ugodzona kulą głowa dziewczynki eksploduje, a w miejscu czoła pojawia się ogromna dziura. By nakręcić to ujęcie, wykorzystano niezwykle realistyczny odlew głowy aktorki, Marii Pii Marsali, umieszczając w nim ładunek wybuchowy. Efekt wygląda jednak na tyle realistycznie i zostaje wprowadzony tak niespodziewanie, że nie sposób nie podskoczyć w tym momencie w fotelu.

Jacek Lubiński

  1. Stare, nieme kino (np. Metropolis) – oj, sporo jest takich sekwencji czy nawet prostych ujęć w starych filmach, gdzie człowiek widzi i myśli, że przecież oni to kino dopiero co wymyślili, wszystko czarno-białe, zamknięte w ciasnych kadrach i bez dźwięku, a tu już takie cuda na ekranie, że trudno uwierzyć.

    Część z nich, jak wzięte przeze mnie w nawias dzieło Fritza Langa, bazuje na prostych sztuczkach, ale rozwala system inscenizacyjnym przepychem i wielkością przedsięwzięcia, jakie nawet dziś byłoby trudne do ogarnięcia. Inne zadziwiają skromnymi, ale efektownymi sztuczkami, które niekiedy do dziś pozostają słodką tajemnicą ich twórców.

  2. 1917 – świeżynek. Od początku do końca porażający inscenizacyjną perfekcją, gdzie wszystko musiało zostać wyliczone do ułamków sekund, żeby się udało zamarkować to jedno długie ujęcie, czyli, jakby nie patrzeć, jedną długą scenę.

    I te ukryte cięcia – czy są tu, czy może tam, ile ich jest, jak to zmontowano tak zgrabnie i tak dalej. Tyle pytań, tak mało odpowiedzi, tak dużo wrażeń.

  3. Kingsajz – polski, ale jakże amerykański film, PRL i w ogóle krasnoludki. Już sam ten fakt się nie dodaje w zwojach mózgowych współczesnego internauty. A tymczasem te wszystkie mydła, rolki papieru, czajniki, muchy i banknoty prawdziwe, nie na kompie, naprawdę zrobione. A do tego ten bonus w postaci spacerku po nagiej Kasi Figurze.

    Gdzie jest teraz takie kino w Polsce, ja się pytam?

  4. Ben-Hur (1959) – pościg rydwanów to jeden z tych przykładów, które nawet po latach zwyczajnie imponują środkami wyłożonymi na produkcję, detalami świata przedstawionego, dbałością o wizualną perfekcję i – przede wszystkim – złożeniem tego wszystkiego do kupy tak, żeby można było tylko zbierać szczękę z podłogi. Mimo późniejszej rewolucji technicznej i coraz większego zaawansowania kina to rzecz dzisiaj nie do powtórzenia. Zresztą próbowano – z marnym skutkiem.
  5. Twój Vincent – po całości film dosłownie jak malowany. Wiedza o tym, jak to powstało, ile osób i jak długo nad tym pracowało, jedynie pogłębia podziw dla gotowego dzieła, które po prostu imponuje formą.

Gracja Grzegorczyk

  1. Lśnienie winda – po dzień dzisiejszy wiele osób zastanawia się, czy to geniusz Kubricka, czy też magia kina sprawiły, że Lśnienie ma tak wiele pamiętnych scen.

    Na mnie największe wrażenie zrobiła scena, w której hektolitry krwi wylewają się z szybu windy. Wydawać by się że mogło, że to proste ujęcie, ale jakże jest sugestywne.

  2. Gladiator – bitwa w lesie – choć cały film Ridleya Scotta wypełniony jest epickimi scenami, to właśnie bitwa w lesie przeszła już do historii. Rozmach, trup ścielący się gęsto, praca kamery, która zdaje się nigdy nie opuszczać bohaterów – to wszystko składa się na scenę, która bez wątpienia zachwyca nie tylko poziomem realizacyjnym, ale i ilością osób w nią zaangażowanych.

    Ani wcześniej, ani później czegoś takiego nie widziałam.

  3.  Alexander Nevsky – bitwa na jeziorze Pejpus – scena, w której lód załamuje się pod krzyżakami, nie tylko pokazuje geniusz Eisensteina. Jak się okazuje, pod koniec lat 30. możliwe było zrealizowanie tak spektakularnego ujęcia. Mamy więc ogromną liczbę osób i klasyczny rozlew krwi na ekranie. Ba, scena ta była wielokrotnie kopiowana w innych produkcjach, chociażby w Królu Arturze z 2004 roku.
  4. Sceny w horrorach – za każdym razem, gdy widzę kolejne, coraz to wymyślniejsze sposoby na uśmiercanie w horrorach kolejnych turystów, studentów, przypadkowych przechodniów itd.

    , zadaję sobie jedno pytanie: jak oni to zrobili i jak dużo syropu imitującego krew musieli przygotować do danej sceny?

  5. Armia ciemności – Sam Raimi wielokrotnie pokazywał, że jest mistrzem łączenia efektów praktycznych i komputerowych. Tak jest też w scenie, kiedy to siły ciemności próbują szturmować zamek, a przewodzi im zły Bruce Campbell. Warto dodać, że zamek był prawdziwy.

film.org.pl - strona dla pasjonatów kina tworzona z miłości do filmu. Recenzje, artykuły, zestawienia, rankingi, felietony, biografie, newsy. Kino klasy Z, lata osiemdziesiąte, VHS, efekty specjalne, klasyki i seriale.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *