Publicystyka filmowa
SKYWALKER. ODRODZENIE mogło nie być KATASTROFĄ. O przeciekach z LucasFilm i całej reszcie
SKYWALKER. ODRODZENIE to opowieść o rozczarowaniach w galaktyce, która mogła być lepsza. Prześledźmy tajemnice i przecieki z LucasFilm!
Minął już ponad miesiąc od premiery dziewiątej części Gwiezdnych wojen. Części ostatniej i zamykającej – jak ładnie zostało to nazwane – Sagę Skywalkerów. Chociaż oczywiście film ma swoich obrońców (szanujmy się, to Gwiezdne wojny, zawsze się tacy znajdą!), to jednak światowa krytyka oceniła go dość jednoznacznie negatywnie, wpływy z kinowych kas mogłyby wypaść nieco lepiej, a duża część fanów (do których sam się niewątpliwie zaliczam) jest filmem mocno rozczarowana.
Skąd tak kiepski odbiór filmu? I czy dało się go uniknąć? Cofnijmy zegarki o… siedem lat.
Disney przejmuje Gwiezdne wojny
31 października 2012 roku jak grom z jasnego nieba gruchnęła wiadomość o tym, że George Lucas sprzedał LucasFilm. Szczęśliwym kupcem okazał się rozrywkowy gigant sygnowany nazwiskiem zmarłego dekady wcześniej Walta Disneya (fun fact: wcale nie jest zamrożony). Szybko dowiedzieliśmy się, że Disney planuje stworzenie trylogii sequeli filmów Lucasa oraz kilka nieco mniejszych (fun fact: wcale nie były mniejsze) filmów skupiających się na pobocznych wątkach i postaciach znanych z głównej serii.
Na pierwszy ogień poszło oczywiście debiutujące pod koniec 2015 roku Przebudzenie Mocy, czyli siódma część słynnej sagi. Widowisko wyreżyserowane przez J.J. Abramsa co prawda nie zadowoliło wszystkich odbiorców, ale zebrało dobre opinie krytyków i stało się absolutnym box office’owym hitem. Już rok później w kinach oglądać mogliśmy pierwszy film cyklu Gwiezdne wojny – historie, czyli Łotr 1, opowieść o grupie rebeliantów próbujących zdobyć plany pierwszej Gwiazdy Śmierci. Z przecieków dowiedzieliśmy się, że LucasFilm zarządziło ogromne dokrętki, które zmieniły ostateczny kształt filmu, ale nie odbiło się to na komercyjnym sukcesie produkcji. Również w tym przypadku opinie widzów i krytyków były pozytywne.
Kłopoty w raju
Pracę nad kolejną odsłoną cyklu rozpoczął Rian Johnson (koniecznie zapamiętajcie to nazwisko!), który miał napisać i wyreżyserować ósmą część kosmicznej sagi. Twórca miał też zająć się też scenariuszem do dziewiątej odsłony serii. Ta informacja została jednak z czasem przez niego samego zdementowana, a ostatecznie scenariuszem zajęli się wybrany już wcześniej reżyser części dziewiątej Colin Trevorrow (koniecznie zapamiętajcie ten fakt!) i jego wieloletni współpracownik, Derek Connolly. W sierpniu 2017 roku dowiedzieliśmy się jednak, że pracę na tekstem przejął Jack Thorne, brytyjski scenarzysta filmowy, serialowy i teatralny, który miał nanieść poprawki na przygotowany już skrypt Trevorrowa. A miesiąc później, że na skutek „różnic wizji” Trevorrow został zwolniony i jego miejsce – niczym rycerz na białym koniu – zająć ma J.J. Abrams, reżyser Przebudzenia Mocy. Abrams – wraz z Chrisem Terrio – wziął się też za przygotowanie nowego scenariusza.
Trzy miesiące później premierę miał kluczowy dla całej historii film – Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi, ósma część Sagi Skywalkerów. Film zebrał bardzo dobre recenzje krytyków i okazał się kolejnym wielkim hitem studia. Co jednak niezwykle istotne, podzielił fanów w sposób, w który nikt się chyba nie spodziewał. Duża część widzów absolutnie znienawidziła rozwiązania fabularne zaproponowane przez Johnsona, jego samego uczyniła swoim wrogiem numer jeden oraz wręcz zażądała usunięcia filmu z kosmicznego kanonu i nakręcenia go od nowa.
Oczywiście to ostatnie nie miało prawa się wydarzyć, ale – jeśli wierzyć przeciekom – na samych szczytach Disneya zawrzało. Abrams i Terrio zostali wezwani na dywanik prezesa korporacji, gdzie przedstawiono im nowe wytyczne. Scenariusz miał być przepisany tak, aby zadowolić fanów rozczarowanych poprzednim filmem. Po drodze premierę miał film Han Solo. Gwiezdne wojny – historie, który okazał się produkcyjną katastrofą (mówimy tu o zmianie reżysera w trakcie zdjęć, ogromnych poprawkach scenariusza i kręceniu niemal połowy filmu od nowa), a także sporą finansową wpadką i nagle zakończył projekt spin-offów serii. Z pewnością nie zmniejszyło to presji narzuconej na twórców dziewiątej części.
Główny scenarzysta filmu przyznał, że życzył sobie podzielenia finału sagi na dwa filmy, aby nieco okiełznać ten fabularny chaos, a montażyści, że w związku z ciągle przedłużającym się okresem zdjęć pracowali nad filmem praktycznie do dnia premiery. Mówi się też, że nakręcono kilka zakończeń, które oceniała testowa publiczność.
Uwaga! Dalsza część tekstu zawiera znaczące spoilery z filmu Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie
Gotowy (?) produkt
Chaos. To jedno słowo stanowi przy okazji najbardziej konkretne podsumowanie tego, jak wyglądało ostatecznie Skywalker. Odrodzenie. Jak na dłoni widać tu całkowity brak spójnej wizji, a całość rysuje się jako desperacka próba zadowolenia fanów, „wyprostowania” wszystkich decyzji Riana Johnsona, powtórzenia sukcesu Przebudzenia Mocy i usilnego połączenia wątków całej sagi w satysfakcjonujący finał.
Dostaliśmy zatem naprawdę źle napisany, absurdalnie pędzący blockbuster, gdzie wątki nie mają za grosz logiki (pradawny sztylet Sithów przyłożony do oka w przypadkowym miejscu wskazuje miejsce ukrycia urządzenia na utopionym na przypadkowej planecie wraku Gwiazdy Śmierci!), a postaci rozwijane są wbrew poprzednim filmom. Bo jak nazwać sytuację, w której Rey nagle staje się wnuczką Palpatine’a, Luke nieumiejętnie zaczyna przepraszać za wszystko, co zrobił w poprzedniej części, Kylo Ren w jednej minucie skleja swój „hełm Vadera”, a w drugiej nawraca się i poświęca, by uratować główną bohaterkę? Jak traktować jakiekolwiek zagrożenie poważnie, gdy każdego można uzdrowić Mocą, martwi przestają być martwi (Palpatine), a duchy (Luke) cechują się fizycznością nie mniejszą niż żywi?
Problemów jest więcej. Od dość nieeleganckiego wciśnięcia ledwo trzymającego się na nogach Lando Calrissiana przez pozbawione klasy cyfrowe cameo zmarłej Carrie Fisher aż po absolutnie niesmaczne, podyktowane chęcią podlizania się toksycznym fanom ograniczenia roli Kelly Marie Tran (Rose) do nieco ponad jednej minuty.
Wyciek pierwotnego scenariusza
Kilka dni temu internet obiegły z jednej strony szkice koncepcyjne pokazujące pomysły z wczesnych etapów pracy nad filmem, a z drugiej przecieki o pierwotnym, pisanym jeszcze przed premierą Ostatniego Jedi scenariuszu autorstwa Colina Trevorrowa i Dereka Connolly’ego. Chociaż nie mamy stuprocentowej pewności, że scenariusz jest prawdziwy, to jeśli rzeczywiście tak jest, mogliśmy dostać coś bardzo satysfakcjonującego: prosty i spójny z poprzednimi filmami finał trylogii.
W Star Wars: Duel of the Fates – jak nazywać się miał film według scenariusza – punktem wyjścia miało być przejęcie przez Najwyższy Porządek większości układów planetarnych w Galaktyce, stłamszenie Ruchu Oporu i odcięcie im możliwości jakiejkolwiek komunikacji poprzez blokowanie wszystkich sygnałów (co miało być zapewne powodem braku kontaktu z sojusznikami w finale Ostatniego Jedi). Galaktyką rządzić miał z Coruscant – przy militarnym wsparciu Naczelnego Wodza Kylo Rena – Kanclerz Hux. Ten pierwszy wpaść miał na trop pradawnego mistrza Palpatine’a i starać się go odnaleźć, by dokończyć swój trening.
W tym samym czasie Rey (posługująca się podwójnym, nawiązującym do jej broni z Przebudzenia Mocy mieczem świetlnym!) miała odkryć, że pod dawną świątynią Jedi na Coruscant znajduje się starożytny nadajnik, potrafiący jednocześnie wysłać wiadomość do ponad 50 systemów gwiezdnych. Jej towarzysze mieli przejąć z kolei gwiezdnego niszczyciela, który miał pomóc w ostatecznej walce z Najwyższym Porządkiem. Całość jak po sznurku, z udziałem wszystkich głównych bohaterów znanych z poprzednich filmów (w tym Rose!), prowadzi do finału, w którym połączone siły Rebelii mierzą się z Najwyższym Porządkiem, Rey toczy walkę z Kylo Renem, a ostatecznie w galaktyce znów zapanowuje pokój.
Imperator wracający w niewyjaśniony sposób do żywych? Hux zdradzający Najwyższy Porządek? Rey jako wnuczka Palpatine’a i przyjmująca ostatecznie nazwisko Skywalker? Nawracający się i całujący z główną bohaterką Kylo Ren? Uzdrawianie Mocą? Na żadną z tych bzdur w tym scenariuszu nie było miejsca. Pozostała tylko dość pretekstowa, skupiona na przygodzie i pełna udanego (jak twierdzi recenzent tekstu) humoru historia.
Przyznam, że jako oddany fan serii i osoba, której dotychczasowe filmy Disneya bardzo przypadły do gustu, jestem załamany. Nawet jeśli ten scenariusz nie jest prawdziwy i stanowi jedynie wymysł jakiegoś fana, to wciąż wydaje się o tyle lepszy od tego, co dostaliśmy w gotowym filmie, że w bezpieczny sposób doprowadza tę historię do końca. Bez fajerwerków, bez odkrywania koła od nowa. Ale też bez wstydu.
Krajobraz po burzy
Co dalej z Gwiezdnymi wojnami? W pewnym sensie nic. Rozpoczęta przez George’a Lucasa w 1977 roku saga na dobre (i złe) dobiegła końca. Kolejne serialowe i filmowe projekty związane z tym światem będą powstawać z pewnością tak długo, jak zgadzać się będą cyferki w arkuszach Disneya, ale podejrzewam, że coraz rzadziej będą one eksploatowały postaci i wątki znane z Sagi Skywalkerów.
Kolejne filmy odchodzić mają od struktury trylogii i stawiać na nowych bohaterów. Pozostaje mieć nadzieję, że pewne wnioski zostały wyciągnięte i produkcje te okażą się bardziej przemyślane, robione w mniejszym w pośpiechu i ze spójną wizją. Ostatnie siedem lat pokazało, że z jednej strony ten świat ma jeszcze wiele do zaoferowania, ale też z drugiej, że sama marka nie wystarczy, jeśli nie będą stać za nią odpowiedzialne decyzje.
Szkoda, że tak boleśnie przekonaliśmy się o tym w finale tej kultowej serii.
