Connect with us

Publicystyka filmowa

Siedem razy 007. Ranking Bondów z SEANEM CONNERYM

W filmie SIEDEM RAZY 007 odkrywamy, jak wspaniale Sean Connery kreował agenta 007, a także jakie wyzwania przyniosły jego ostatnie przygody.

Published

on

Siedem razy 007. Ranking Bondów z SEANEM CONNERYM

Nawet najwięksi kiedyś muszą odejść. Właśnie ze smutkiem pożegnaliśmy sir Seana Connery’ego, który tym samym dołączył do sir Rogera Moore’a – tak oto dwaj najwięksi i najbardziej kanoniczni odtwórcy Jamesa Bonda ostatecznie opuścili służbę Jej Królewskiej Mości. Z tej smutnej okazji spójrzmy, jak prezentują się wszystkie odsłony przygód 007 z najsłynniejszym Szkotem na świecie.
Advertisement

007. Diamenty są wieczne (1971)

Ostatnia oficjalna rola Connery’ego jako agenta 007 okazała się w dużym stopniu niewypałem. Jest tu co prawda kilka dobrych, zapadających w pamięć scen i pomysłów, a standardowe elementy serii – jak dziewczyny czy piosenka tytułowa – pozostają na typowo wysokim poziomie. Niestety za dużo grzybów w tym szpiegowskim barszczu i przeważają zupełnie nietrafione koncepty, które żenują i często zamieniają film we własną parodię – a tych Bond doczekał się zdecydowanie za dużo i bez strzelania sobie w stopę.

Można całość traktować oczywiście jako swego rodzaju guilty pleasure, ale jeśli ustawić gdzieś jakościowo Diamenty…, to zdecydowanie na niższej półce bondowskich dokonań. Nawet Connery specjalnie tu nie przekonuje – zmęczony tyleż graniem wciąż tego samego, co postępującym wiekiem, który aż za dobrze odbija się na jego twarzy.

Advertisement

006. Operacja Piorun (1965)

Filmy superbohaterskie, które ZASŁUGIWAŁY na nominację do OSCARA BARDZIEJ niż CZARNA PANTERA

Mocno rozbuchana odsłona, której producenci nie żałowali po olbrzymim sukcesie poprzednich części. Niestety popłynęli na tym, tworząc film całościowo oglądający się nieźle, ale pozbawiony umiaru, tonący pod natłokiem atrakcji i zwyczajnie zbyt długi. Fabuła Thunderball nie ma też zbyt wiele sensu i brakuje jej konkretnego pomysłu – podobnie jak scenom akcji energii i rytmu, co odczuwa się zwłaszcza po tych wszystkich latach od premiery.

Przyciężkie to wszystko, toporne, bez polotu, przesadzone, rozwleczone i miejscami po prostu nudne, a przez to niezbyt angażujące. Connery potrafi do końca utrzymać naszą ciekawość, wciąż będąc Bondem idealnym, ale cała reszta nie dorównuje mu kroku, sprawiając wrażenie, iż tym razem zasłużył on sobie na lepszy film, niż ostatecznie otrzymał.

Advertisement

005. Nigdy nie mów nigdy (1983)

Film spoza oficjalnego cyklu, z którym w dodatku konkurował (w tym samym roku do kin trafiła Ośmiorniczka z Moore’em). Fabularnie jest to remake Operacji Piorun, z Connerym jako wyraźnie tatusiowatym już, emerytowanym w dodatku agentem, który musi sobie robić badania zdrowotne, ale który jeszcze może. Uwodzi więc młodziutką Kim Basinger, walczy jednocześnie z Maxem von Sydowem (również zmarłym w tym roku) oraz Klausem Marią Brandauerem i w wolnych chwilach skacze na koniu z wysokości. Słowem: cały 007. Film powstał pod banderą studia Warner Bros.

i był rezultatem prawnych przepychanek, co doprowadziło do bezprecedensowej sytuacji w historii Bonda. Kontrowersje przysłużyły się dziełu, które okazało się hitem, zarabiając niewiele mniej od oficjalnej części. Po latach nie należy może do najlepszych odsłon MI-6 i trudno przymknąć oko na jego kiczowate elementy pokroju wyjątkowo słabej, jak na Bonda, muzyki. Niemniej to niezła rozrywka (nominowana zresztą do Złotego Globu!), która całkiem udanie wykorzystuje zaawansowany wiek Connery’ego, a on sam wyraźnie bawi się tym autoironicznym występem, grając z dużym luzem i przypominając widzowi, czemu to on był w tej roli najlepszy.

Advertisement

004. Doktor No (1962)

Wesoła i obecnie nieco chaotyczna ramotka, której seans nijak nie zapowiada późniejszego fenomenu serii. To po prostu niespieszna, B-klasowa przygoda szpiegowska z kreskówkowym przeciwnikiem, kuriozalną, jakże inną od przyszłych standardów czołówką, wyjątkowo słabym soundtrackiem i mocno archaicznymi scenami akcji. Nie znajdziemy tu wielu innych charakterystycznych dla cyklu elementów, przez co debiut 007 na dużym ekranie z perspektywy czasu wydać się może niekoniecznie udanym eksperymentem, który obecnie nie miałby szans zaistnieć w podobnej formie.

To jednak nadaje mu znamiona wyjątkowości i pozwala przemycić kilka udanych motywów. Spokojny rytm i kameralność intrygi działają na plus, podobnie jak kryminalne zacięcie i bajeczne plenery Jamajki. W końcu mamy tu też ikoniczne, wciąż robiące wrażenie sceny, na czele z pierwszym pojawieniem się na ekranie Connery’ego, który tym samym zdefiniował istotę słynnego agenta. Mimo niedostatków jest to pozycja obowiązkowa.

Advertisement

003. Żyje się tylko dwa razy (1967)

Piąty film o 007 to wyprawa do Japonii oraz przyjęcie bardziej humorystycznej konwencji, z której Bond słynął przez następne dekady. Zresztą w międzyczasie agent MI-6 doczekał się swej pierwszej pełnoprawnej parodii pod postacią… Casino Royale. Osłabiło to nieco wpływy z kinowych kas, choć nie zahamowało wciąż rosnącej popularności Jamesa, który tutaj staje oko w oko ze swoim nemezis – Blofeldem.

Dzięki tym i innym elementom jest to film, który należy ustawić gdzieś pośrodku bondowskiej stawki. Z jednej strony potrafi on zniesmaczyć pewnymi rozwiązaniami (Connery ucharakteryzowany na Japończyka), z drugiej poraża rozmachem (niesamowite scenografie Kena Adamsa). Formalnie nie zaskakuje, bo język serii już dawno zdołał się wyklarować. Ale bawi i po prostu dobrze się ogląda, nawet pomimo upływu lat i wielu głupotek bijących z ekranu.

Advertisement

002. Pozdrowienia z Rosji (1963)

Bezpośredni sequel Doktora No pod wieloma względami okazał się ciekawszym i bardziej dopracowanym przedsięwzięciem, które nadało Bondowi konkretny styl. Można zatem napisać, że to tutaj dopiero narodził się prawdziwy, tradycyjnie pojmowany agent 007. Jednocześnie, prócz wydatnie budujących mitologię świata elementów pokroju muzyki Johna Barry’ego, udało się utrzymać zbliżony do poprzednika klimat, rytm oraz pewną kameralność opowieści – o większym rozmachu, ale nadal przyziemnej, wciąż pozbawionej wizualnych przegięć i zbędnego gadżeciarstwa.

Iście kryminalna intryga nawet dziś trzyma fason i jest zwyczajnie interesująca oraz świetnie poprowadzona. Znakomici przeciwnicy, ikoniczne postaci, wspaniałe kobiety i kilka scen perełek pozwalają Connery’emu poczuć się jak ryba w wodzie i dosłownie ożywiają Bonda na naszych oczach. Czego chcieć więcej?

Advertisement

001. Goldfinger (1964)

Opus magnum Jamesa Bonda, przynajmniej tego w wykonaniu Connery’ego, zadebiutowało na ekranie niecały rok po premierze poprzedniej części, bijąc wszelkie rekordy popularności i na stałe wpisując się do kanonu. Dziś Goldfinger ciągle uważany jest za jedną z najlepszych odsłon, a przy tym pozostaje chyba tą najbardziej ikoniczną, z której wydatnie korzystały późniejsze przygody 007. Mamy tu wszystko to, czego po brytyjskim szpionie można się spodziewać: wspaniałą piosenkę przewodnią i muzykę, charakternego przeciwnika z szalonym planem oraz budzącym grozę pomagierem; Q i jego gadżety oraz pamiętnego Astona Martina; świetny, trzymający w napięciu finał; specyficzny humor oraz te wszystkie kobiety ze wspaniałą Pussy Galore na czele. Składa się to na znakomitą, stuprocentowo bondowską rozrywkę pełną niezapomnianych momentów – po latach nadal będącą iście przednią szpiegowską zabawą.

000. Twierdza (1996)

Taika Waititi twierdzi, że nie uczestniczyłby w tworzeniu THORA 5. Ma inne zobowiązania

Nie jest to oczywiście oficjalna część cyklu ani nawet jawna kontynuacja przygód Bonda. Niemniej Connery gra tu de facto emerytowanego i gnijącego w obcym więzieniu agenta brytyjskich służb specjalnych, co już samo w sobie jest jawnym mrugnięciem oka do fanów. Gdyby nie prawa autorskie, z pewnością odwołań do dwóch zer i siódemki byłoby więcej, a tak trzeba czytać między wierszami.

Advertisement

Tak czy inaczej to jeden z lepszych występów późnego Connery’ego, który u Baya biegał z bronią w ręku, mając 66 lat na karku. Podszyta autoironią rola jest zagrana z dużym dystansem, a sam film jest po prostu kapitalną rozrywką stojącą na wysokim poziomie i stanowi udany mariaż klasycznego kina akcji z bardziej nowoczesnym, blockbusterowym rozbuchaniem i wizualną przesadą.

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *