Seriale TV

Redakcja ocenia finałowy sezon Gry o tron

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Rafał Oświeciński

„Takiego zawodu nie przeżyłem nigdy”, „szmira”, „najgorszy sezon w historii seriali”, „twórcy sprowadzili wszystko do roli żartu”, „błagamy o remake”, „gwałt na inteligencji fanów” – niektóre opinie w polskich mediach to pomieszanie przedziwnej histerii z ponadprzeciętną krytyką, jakby każdy starał się dać upust niezwykłemu rozczarowaniu wizją inną niż własna oraz – gwoli sprawiedliwości – wizją nieprzeskakującą wysoko zawieszonej poprzeczki wielkich oczekiwań (podsycanych także przez samych twórców).

Odnoszę wrażenie, że ta panika i krytykanctwo niekiedy odbierały rozum, jakby pierwsze wrażenia i skojarzenia były najważniejszymi wyznacznikami sprawiedliwej oceny. Szybkość jednoznacznych deklaracji i zalanie mediów społecznościowych (w mojej bańce) wszelkiej maści recenzjami po każdym odcinku to jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń, które miałem jako osoba po prostu lubiąca filmy czy seriale. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – bo w większości rozminęły się z tym, co widziałem, o czym rozmawiałem, czasem wręcz ocierając się o mentalną kolizję; z jej powodu miałem poczucie obcowania z serialem innym niż ten, który oglądałem. Może dlatego, że przez kilka tygodni unikałem, jak tylko mogłem, poznawania jakichkolwiek opinii na temat ósmego sezonu, a dopiero po finale odpaliłem społecznościowy żywioł? Nie było to łatwe, ale nie było też niemożliwe – o ile z Fejsa korzysta się skwapliwie, nie czyta się powierzchownych analiz na różnych portalach, a o serialu rozmawia się z osobami, które również oglądają go w podobny sposób (choć niekoniecznie sądzą oczywiście to samo o Grze o tron).

Nie twierdzę, że słaba ocena tego sezonu wynika wyłącznie z paranoicznego malkontenctwa w społecznościowej bańce, choć wydaje mi się, że wiele mediów mocno się nakręciło na narzekanie, na skupianie się na tym, co złe i słabe, bez dania sobie oddechu na opis elementów pozytywnych, których było jednak sporo (o czym pisze Jakub Piwoński w swoim felietonie, polecam), włącznie ze stroną wizualną, wielokrotnie zapierającą dech w piersiach. Nie zauważyłem aż tak drastycznych zmian charakterologicznych głównych postaci (lub nieprawdopodobieństwa psychologicznego), szczególnie że ich ewolucja była rozpoznawalna w poprzednich sezonach. Przyspieszenie czasoprzestrzenne było w Grze od zawsze, więc to nie nowina. Oczywiście zakończenie serialu mogło być lepsze; w głowie można rozpisać to inaczej, przedłużając finałowy sezon do 15 odcinków i dając każdemu z bohaterów odpowiednią ilość czasu, ale to rodzaj bezsensownego gdybania. Ósmy sezon jest po prostu w porządku – rozwija i domyka to, co trzeba, i w sposób, który mnie satysfakcjonuje (nie zamykając pewnie drzwi na zawsze). Istnienie wad – tych faktycznych i tych domniemanych – nie burzy w żaden sposób wizerunku tego serialu, który stał się (włącznie z finałowym sezonem) jednym z najważniejszych, największych i najlepszych osiągnięć telewizyjnych i fenomenów popkulturowych nie tylko XXI wieku.


Filip Pęziński

gra-o-tron

Nigdy nie byłem przesadnym fanem Gry o tron, bo wyraźnie było widać, że twórcy, kiedy przestali się posiłkować prozą George’a R.R. Martina, nie radzą sobie z tym światem i bohaterami. Udało im się jednak przyciągnąć moją uwagę aż do końca serialu – oglądałem go trochę z sentymentu, trochę z obowiązku. Po finałowym sezonie nie oczekiwałem zatem niczego spektakularnego, a mimo to kompletnie mnie rozczarował. Zacznę od plusów i odważnie powiem, że podobał mi się niesławny odcinek z bitwą o Winterfell. Tam, gdzie inni widzieli scenariuszowe luki i słabą realizację, ja widziałem napięcie i emocje. Coś, czego zabrakło w absolutnie każdym innym odcinku tegorocznej odsłony serialu. Cała reszta okazała się nudnie przegadana, wypełniona okropnymi dialogami, obrzydliwymi wręcz uproszczeniami, absurdalnie głupimi decyzjami bohaterów. Kiedy w ostatnim odcinku twórcy pospiesznie układali na planszy najważniejszych bohaterów serii, czułem nie tyle rozczarowanie, co zwyczajnie zażenowanie. Okazało się, że ten, kiedyś świeży, zaskakujący i łamiący utarte schematy serial, dostał zakończenie idące po linii najmniejszego oporu – zdecydowana większość bohaterów wylądowała niemal w tym samym miejscu, w którym była na początku serialu; natomiast w przypadku tych, którym zgotowano nieco bardziej oryginalny los, widać było, że scenarzyści po prostu nieudolnie silili się na zaskoczenie. Wyszło bardzo tanio, mimo realizacyjnej klasy. A finału przygotowanego dla postaci Królowej Smoków nie wybaczę twórcom jeszcze długo.

Szkoda, że tak emocjonujący, zaskakujący i znakomicie napisany serial, który kiedyś wyznaczał nowe standardy telewizji, kończy się na tak niskim poziomie. Przypominają mi się okropne finały Dextera, Californication czy House of Cards. Od HBO oczekiwałem więcej, ale być może na wyrost – w końcu Zakazane imperium skończyło się równie niesmacznie.


Karol Barzowski

Gra o tron to dla mnie serial wybitny, taki, o którym będę pamiętał za rok, pięć lat i dziesięć. W historii telewizji hitem hitów byli Przyjaciele, a potem właśnie ta produkcja fantasy. Rozbudowane, ale absolutnie nienużące wątki, świetnie napisani bohaterowie (zarówno z jasnej, jak i ciemnej strony mocy), warstwa techniczna nieustępująca tej z filmów kinowych czy wreszcie wyjątkowy świat przedstawiony – to wszystko złożyło się na serialową ucztę najwyższej klasy. Patetyczne słowa? Być może, ale w końcu chodzi o Grę o tron!

Tak, oczekiwałem, że serial, który przez siedem sezonów regularnie wbijał mnie w fotel, swoim zakończeniem również wywoła u mnie silne reakcje, sprawi, że otworzę szeroko oczy i zacznę od razu tęsknić za moimi ulubionymi bohaterami. Finał był natomiast letni, przewidywalny, z bardzo słabo stopniowanym napięciem, zrealizowany jakby od niechcenia. Najlepiej z całego ostatniego sezonu zapamiętałem odcinek drugi, bo miałem wrażenie, że był godnym pożegnaniem z większością postaci. To czekanie na burzę okraszone piosenką w wykonaniu Florence and the Machine wydawało mi się idealnym wstępem do emocjonalnej masakry, jaką twórcy mieli zaserwować w odcinku kolejnym. A tej właściwie nie było. Po bitwie z nieumarłymi Gra o tron zaczęła mnie wręcz nudzić, a zakończenie nie przyniosło żadnej poprawy. O ile żartobliwą scenę z zebraniem Małej Rady kupuję (jak dobrze w końcu rozmawiać o higienie i burdelach, a nie wojnie! Wreszcie nadeszły inne czasy), o tyle lekkie, humorystyczne podejście do kwestii ustalania, kto ma zasiąść na tronie, spaliło finał. Na to czekaliśmy tyle lat? Ten serial zasługiwał na coś lepszego, również jeśli chodzi o same ostatnie sceny – zakończenie zdecydowanie przeciągnięto, nie wybrzmiało tak, jak powinno, trochę w stylu trzeciej odsłony Władcy Pierścieni. Był czas, aby lepiej pozamykać wszystkie wątki, zarówno jeśli chodzi o rozwiązania fabularne, jak i sposób ich pokazywania. To oczywiście wciąż mój ukochany serial, ale bardzo żałuję, że w głowie pozostanie mi właśnie takie wspomnienie o nim – przeważa poczucie niewykorzystanego potencjału. Nie chciałem, by twórcy przeskakiwali samych siebie, ale żeby utrzymali choćby poziom (i tak gorszego od poprzednich) sezonu siódmego. Ostatnie dwa odcinki były dla mnie jednak jednymi z najsłabszych w historii show. Szkoda…

Ostatnio dodane