Felietony

Dlaczego HEJT na GRĘ O TRON jest PRZESADZONY?

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Finał finałów za nami. Gra o tron, jeden z największych seriali XXI wieku, w końcu dobrnął do końca, pozostawiając publikę z mieszanymi uczuciami. Jednych ostatni sezon produkcji HBO rozczarował, drugich… no właśnie, czy w ogóle są ci drudzy?

Bo jak by nie patrzeć, w Internecie dominuje hejt. To modne dziś słowo idealnie określa postawę fanów i krytyków. Nie chodzi już tylko o to, że coś się komuś nie podoba i że ktoś wyraża w komentarzu swoją dezaprobatę. To za mało. Produkcja HBO została w moim mniemaniu zrównana z ziemią. Gdzie się nie obejrzę, gdzie nie spojrzę, ludzie wylewają hektolitry toksyn w kierunku scenarzystów, zarzucając im świętokradztwo. Wiśnią na torcie tej wszechobecnej nienawiści jest osławiona petycja, podpisana przez setki tysięcy osób, z prośbą o nakręcenie nowego sezonu od nowa. No tak, i co jeszcze? Może od teraz obsada i scenariusz wszystkich produkcji cieszących się dużą bazą fanów powinny być uprzednio oddawane do konsultacji? Co to za czasy, w których pozbawieni narzędzi twórczych widzowie wykazują się postawą roszczeniową, dyktują autorom, co i jak mają robić?

Generalnie wszystko sprowadza się do problemu, który można skwitować jednym, prostym stwierdzeniem - za szybko.

Czuję, jakbym był jedyną osobą na Ziemi, która zakończyła seans ostatniego sezonu z uczuciem względnej satysfakcji. Względnej, dlatego że pomimo końcowego zadowolenia zdołałem także uświadomić sobie kilka znaczących wad. Generalnie wszystko sprowadza się do problemu, który można skwitować jednym, prostym stwierdzeniem – „za szybko”. Serial, który przyzwyczaił nas do tego, że wiele wątków potrafi się wlec nieśpiesznie, czasem przez kilka sezonów, tym razem zadziwiająco szybko poradził sobie z przejściem do sedna. I niestety, nie jest to dobra odmiana. Te sześć odcinków okazało się zbyt małą przestrzenią do tego, by zgrabnie, logicznie i z zachowaniem odpowiedniej wagi pożegnać poszczególne postacie i ich historie. Przykładem niech będzie Varys, który w jednym odcinku przejawia chęć odwrócenia się od swej królowej, a w kolejnym traci życie w wyniku oskarżenia o zdradę. Znamienne jest jednak, że to, za co Varys zginął, było umiejętnym dojrzeniem zła i niesprawiedliwości w osobie, wobec której inni pozostawali bezkrytyczni.

Bezkrytyczni nie są jednak fani Gry o tron. Rozumiem ich rozczarowanie. Po wielkiej bitwie w odcinku trzecim dość mocno uderzyłem się w czoło, nie rozumiejąc sensowności ani jej przebiegu, ani tym bardziej finału. Po złowieszczym ludobójstwie dokonanym przez Daenerys także długo nie mogłem odrzucić na bok uczucia ambiwalencji, z jednej strony pozwalającego mi docenić rozmach i energię odcinka, z drugiej budzącego we mnie niesmak tak radykalnym rozwojem wydarzeń – odmieniającym oblicze kluczowej postaci o dobre sto osiemdziesiąt stopni. Ale, no właśnie, jest w tym wszystkim jedno „ale”. Bo mimo wad ja nadal zdołałem czerpać z tych seansów radość. I ma to związek z kilkoma aspektami.

Po pierwsze, ósmy sezon na wyżyny wyniósł to, co wszyscy wiedzieli bodajże od serii szóstej, ale chyba zbyt szybko się do tego przyzwyczaili. Że Gra o tron to przełom realizacyjny w produkcji serialów telewizyjnych. Rozmach, z jakim została stworzona cała warstwa audiowizualna, pozwalająca zaistnieć na małym ekranie fantastycznym smokom, wielkim bitwom i majestatycznym lokacjom, jest niebywały. Mając tak duży budżet, można zdziałać cuda. I przyznam, że przez cały czas trwania przygody z serialem nie miałem wrażenia, by pieniądze poszły w błoto. Gatunek fantasy dzięki temu znowu (po Władcy Pierścieni) wszedł do pierwszej ligi, angażując masy do przeżycia niezwykłej, wielowarstwowej historii. To raz.

A dwa. Cóż, ostatni sezon wywołał we mnie kilkukrotnie wzruszenie, a to zawsze jest dla mnie bardzo cenny wyznacznik jakości tego, z czym obcuję. Wady wadami, ale jeśli oczy mi się szklą na seansie, to znaczy, że coś się udało, że emocje zadziałały. Według mnie nie ma nic ważniejszego. To oczywiście jest związane z tym, jak bardzo udało mi się związać z poszczególnymi postaciami, w tym przede wszystkim z Tyrionem. Jego los, przemiany, postawy, bardzo mnie angażowały, bo to postać bardzo niepozorna, od której de facto bardzo wiele zależało. Moment jego pojednania i zarazem pożegnania z Jamiem jest dla mnie jednym z najmocniejszych, jakich doświadczyłem podczas obcowania z produkcją HBO. Bardzo, ale to bardzo ciekawie został według mnie rozwinięty także wątek „Danki” i Jona. To była bardzo dziwna miłość, wręcz szalona, ale wierzyłem, że grunt, na jakim została posiana, ma szansę wydać dobre owoce. Za sprawą jednak tego, co stało się w odcinku piątym, trudno dziwić się, że Jon posunął się do tego, do czego się posunął. Ale ma to swój specyficzny urok, odpowiednią dozę dramatyzmu.

No i najważniejsze – Bran. Miarą mojej satysfakcji jest także to, że scenarzyści zrobili z nim dokładnie to, co przewidywałem. Nadali finalnie postaci Brana odpowiednią wagę. Wiedziałem, że ten skrzywdzony przez los jegomość szykowany jest od samego początku na coś bardzo ważnego. Jego przeznaczeniem było zatem stać w cieniu po to, by ostatecznie przejąć odpowiedzialność za tych, którzy zakręcili się w tej wojaczce w wyniku dokonywanych wyborów. Bran uosabia także to, co stanowi w Grze o tron jeden z istotniejszych konstruktów fabularnych – przewrotność losu. Oto bowiem okazuje się, że kalectwo, jakie spadło na niego niczym najcięższe brzemię, jest zarazem jego najistotniejszym wyróżnikiem, determinującym jego misję. Jest to tym bardziej zaskakujące, gdy weźmie się pod uwagę, że odpowiedzialnym za kalectwo Brana jest Jamie, osławiony Królobójca, który tym razem, paradoksalnie, przyczynia się do sukcesji młodego Starka.

Gra o tron to popkulturowy twór, rzekłbym nawet, fenomen, któremu jednak daleko do ideału. Da się odczuć, że w momencie, gdy scenarzyści się usamodzielnili, nie mogąc już bazować na książkowym oryginale, wiele się w produkcji zmieniło. Z jednej strony się ożywiła, fundując widzowi więcej scen akcji, z drugiej – spłyciła, nie racząc już widza wysmakowanymi dialogami, nie podchodząc do poszczególnych wycinków historii z odpowiednią pieczołowitością. Czy wypada jednak w związku z tym wylać na twórców wiadro pomyj? Czy nawet jeśli da się odczuć, że ostatni sezon zrobili poniżej swoich możliwości, wypada rzucać w ich stronę zgniłe pomidory? Jestem daleki od tak jednoznacznego stawiania sprawy.

Ostatnio dodane