Seriale TV

Redakcja ocenia finałowy sezon Gry o tron

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Za nami finał Gry o tron – bez dwóch zdań jednego z największych seriali XXI wieku. Ostatni odcinek, podobnie zresztą jak cały ósmy sezon, wywołał w widowni mieszane odczucia. Nie przeszkodziło to jednak pobić kolejnego rekordu oglądalności dla HBO. Redaktorzy film.org.pl dzielą się z wami swoimi przemyśleniami na temat produkcji, tego, jak się skończyła oraz czy będą odczuwać po niej pustkę.

Jakub Piwoński

Przyznam szczerze, że po obejrzeniu finałowego odcinka ostatniego sezonu Gry o tron nie bardzo rozumiem, skąd cały ten wymierzony w produkcję hejt rozlany w internecie. Owszem, podzielam opinię krytyków wytykających scenarzystom błędy. Uważam również, że pewne kwestie nie zostały rozwiązane najlepiej. Według mnie na przykład ewidentnie zabrakło jeszcze kilku odcinków do tego, by wszystkie wątki pokończyć zgodnie z logiką i z zachowaniem odpowiedniej wagi i powagi. Niektóre postacie, w tym Varys, zasługiwały też na lepsze, godniejsze potraktowanie. Ale, no właśnie ALE, to jednak wciąż jest ta sama inteligentnie opowiedziana historia o nieuchronności losu, ślepym fatum, władzy i uległości, miłości i nienawiści, osadzona w fascynującym, bogatym świecie fantasy. Nierówny to był sezon, ale jego finał został na tyle zgrabnie poprowadzony, że jestem w stanie wybaczyć twórcom głupoty odcinków poprzednich. Co najmniej kilkakrotnie się podczas ostatniego sezonu wzruszyłem, co dla mnie jest ważnym wyznacznikiem jakości przygody, którą poznaję. Cóż, będzie mi Gry o tron bardzo brakować, wsiąkłem w ten świat mocno, polubiłem bohaterów. Ale może dzięki tej tęsknocie kiedyś w końcu zabiorę się do lektury książek Martina. Wierzę też, że planowane prequele pozwolą spojrzeć na tę historię z innej perspektywy.


Tomasz Raczkowski

Daleki jestem od wylewania pomyj na twórców Gry o tron i obrażania się, że historia nie potoczyła się tak, jak chciałem czy oczekiwałem. Jednak daleki jestem także po zakończeniu serialu od zadowolenia. Dwuletnie oczekiwanie na finałowy sezon zaostrzyło apetyt, nawet pomimo tego, że siódmy sezon przyniósł lekką zadyszkę przed ostatnią prostą wielkiej sagi. Po ósmym sezonie Gry o tron mam jednak wrażenie, że twórcy pędzili na złamanie karku, by jak najszybciej zakończyć historię, i to odbiło się na jakości finału. Moje główne zarzuty to: za szybko, zbyt niedbale. Zamknięcie historii starcia protagonistów z aż dwoma niezależnymi przeciwnikami w sześciu zamiast dziesięciu odcinkach sprawia wrażenie okropnej ciasnoty narracyjnej, nawet pomimo dłuższego metrażu epizodów. W efekcie zakończenie pędzi na łeb na szyję i nawet dobrze umocowane w całej opowieści wątki i puenty wydają się wymuszone lub napisane na kolanie. Koronnym przykładem niech będzie tu postać Nocnego Króla i jego armii nieumarłych – od samego początku kreowane na główne, najpotężniejsze zagrożenie serialu siły lodowej zagłady zostały pokonane w jednej (skądinąd absurdalnej z taktycznego punktu widzenia), trwającej ledwie jedną noc bitwie ze sztampowym i słabo podbudowanym zwrotem akcji. Chciałbym zobaczyć nawet dokładnie tę samą fabułę, ale rozciągniętą na dwa rzetelne sezony, w których rozwiązanie głównych wątków zostanie należycie rozprowadzone. W tym, co otrzymaliśmy, zbyt dużo jest sugerujących znudzenie scenarzystów cięć, niechlujnych skrótów i dającego przesyt kumulowania istotnych wydarzeń w kilkunastu minutach, dodatkowo ze zbyt topornymi „fabularnymi zbrojami” wielu postaci. Dla równowagi – doceniam poziom realizacji: wbrew powszechnym hejtom bardzo podobała mi się wszechogarniająca ciemność bitwy o Winterfell, ogólnie cała oprawa audiowizualna była bardzo dobra. Cieszyły mnie też różne smaczki i ciekawe nawiązania do wcześniejszych sezonów. Ostatecznie stwierdzam, że nie jest to zły sezon. Problem w tym, że jest to sezon najsłabszy z dotychczasowych, uśmiercający serial w najszybszy możliwy sposób, co pozbawia odbiorców szansy na korzystanie z jego dotychczasowych atutów – konsekwentnej, precyzyjnej narracji i możliwości zanurzenia się w klimacie historii.


Michalina Peruga

Scenarzyści ósmego sezonu Gry o tron zachowali się wobec swojego dziecka tak jak Daenerys i Drogon puszczający z dymem Królewską Przystań – zniszczyli wszystko, co się dało. Całkowicie zaprzepaszczono budowany przez wiele sezonów rozwój postaci i pogrzebano skomplikowane zawiłości fabuły, za które tak pokochaliśmy ten serial. Zmarnowano także dwa pierwsze odcinki na powolny rozwój akcji i budowanie napięcia, aby potem w jednym odcinku rozwiązać najważniejszy wątek, którym twórcy Gry o tron straszyli nas przez ostatnie kilka sezonów – Białych Wędrowców. Nie dowiedzieliśmy się niczego o śmiercionośnych, lodowych zombie, a także o celach i motywacjach ich przywódcy – Nocnego Króla. Brak również wyjaśnień dotyczących jego tajemniczego związku z Branem, który był najbardziej bezużyteczną postacią tego sezonu. Jego umiejętności jako warga zostały zupełnie zignorowane przez scenarzystów, podobnie jak zdolności zmiany twarzy przez Aryę. Jaime, w akcie totalnego zaprzeczenia rozwojowi postaci trwającemu siedem sezonów, nagle porzuca Brienne i wraca do Cersei. Daenerys zupełnie zapomina o Żelaznej Flocie i daje sobie zabić smoka. W kolejnym odcinku okazuje się jednak, że można za pomocą jednego smoka spalić całą flotę, wojsko, stolicę i jej mieszkańców, a przy okazji w półtora odcinka z całkiem normalnej Daenerys stać się Szaloną Królową. Tak to jest, gdy w sześciu odcinkach upycha się historię, którą z powodzeniem można by rozwijać jeszcze przez kolejny sezon.

Sansa Stark to jedyna dobra rzecz, jaka przytrafiła się ósmemu sezonowi (no może z wyjątkiem jednego niefortunnego dialogu). Mądra, rozsądna, silna – będzie doskonałą władczynią Północy. Ponieważ jedynym zadaniem Sansy w tym sezonie było bronić Północy i nie dać się zabić, trudno było tutaj scenarzystom coś zepsuć, a posadzenie Sansy na tronie było logicznym posunięciem i smakowitą wisienką na torcie. Jednak nawet Sansa nie jest w stanie dla mnie uratować tego sezonu.

Ostatnio dodane