Seriale TV

DRAKULA. Recenzja miniserialu od twórców „Sherlocka”

Serial, którego nikt nie chciał, a którego potrzebowaliśmy.

Autor: Gracja Grzegorczyk
opublikowano

Duet scenopisarski Moffat – Gattis ostatnimi czasy przyzwyczaił mnie jedynie do wielkich rozczarowań. Fatalny scenariusz zabił moją ulubioną serię o przygodach detektywa z Baker Street, czyli Sherlocka. Nie byłam więc zbytnio przekonana do ich najnowszego pomysłu, jakim jest serial Drakula. Pod grubą warstwą sceptycyzmu tkwiła jednak iskierka nadziei, że będzie to coś świeżego i krwawego. Wszelkie obawy okazały się niesłuszne. Nowa produkcja BBC udowadnia na każdym kroku, że mit hrabiego Drakuli jest wiecznie żywy, podobnie jak on sam.

Aktorstwo to mistrzostwo świata.

Postać ta po raz pierwszy pojawiła się w roku 1897 w książce pod tym samym tytułem, napisanej przez Brama Stokera, jednak prawdziwy boom na Drakulę przyszedł dopiero w drugiej połowie XX wieku. Pierwsze filmowe próby adaptacji książki Stokera podjęto już w roku 1922, kiedy to F.W. Murnau nakręcił kultowy film Nosferatu – Symfonia grozy. Reżyser nie nabył jednak praw do postaci, dlatego zamiast Drakuli opowiedziano historię hrabiego Orloka. Niektóre źródła podają, że Rosjanie dwa lata wcześniej nakręcili swoją wersję książki, która bywa uznawana za pierwszą z adaptacji. Do dzisiaj nie zachowała się jednak żadna kopia, zaś informacje na temat produkcji są niejasne.

Dziś większość widzów zna dwa wcielenia hrabiego Drakuli. Mowa tu o filmie z 1931 roku z genialnym wręcz Belą Lugosim w tytułowej roli oraz produkcjach studia Hammer – z których pierwsza miała premierę w 1958 roku – gdzie postać tę odegrał Christopher Lee, zaś profesorem Van Helsingiem został nie kto inny jak Peter Cushing. Lee grał hrabiego aż do roku 1973. W 1992 roku za adaptację dzieła Brama Stokera zabrał się sam Francis Ford Coppola, obsadzając w tytułowej roli Gary’ego Oldmana.

Później pojawiały się jeszcze kolejne filmy – jedne gorsze, inne troszkę lepsze. Wydawało się, że temat jest już zupełnie ograny, dlatego od samego początku nie wierzyłam w powodzenie nowego przedsięwzięcia BBC. Już jako mała dziewczynka uwielbiałam tę historię, a jej ekranizacje oglądałam praktycznie na okrągło. Nie byłam też pewna, czy współcześni widzowie faktycznie potrzebują kolejnej adaptacji, tym razem w formie miniserialu. Pierwszy odcinek rozwiał jednak moje wszelkie wątpliwości i zakochałam się w serialu właściwie od pierwszego wejrzenia.

Dostajemy tu bowiem świetnie napisany scenariusz i fantastycznie napisane postacie. Twórcy szanują materiał źródłowy, jednak nie boją się zamieszczać nowych wątków i kształtować tych dobrze znanych na swoją modłę. To zupełnie nowe i świeże podejście do klasycznej już powieści, które z jednej strony pozostaje wierne oryginałowi, a z drugiej jest dopasowane do współczesnego opowiadania historii na ekranie.

Aktor wcielający się w hrabiego Drakulę został obsadzony idealnie, co dowodzi, że twórcy mają nosa do castingu. Claes Bang to idealny wampir, jednocześnie czarujący, zadziorny i przerażający. Nie wiem, jak on to robi, ale kradnie każdą scenę i widz zupełnie nie ma go dosyć. To Drakula, którego nie sposób nie pokochać. Prawdziwą jazdę bez trzymanki oferują sceny, w których partneruje mu Dolly Wells (nie zdradzę, w jakiej roli). Ich potyczki słowne, interakcje i dyskusje są niesamowite. Ten pojedynek dwóch osobowości ogląda się rewelacyjnie.

Zachwyceni będą też fani gore, bo czymże byłaby historia o Drakuli bez kilku autentycznie krwawych elementów? Realizacja niektórych z nich jest tak dobra, że zaspokoi najbardziej wybredne gusta miłośników horrorów. Oglądanie, jak w animacji poklatkowej złożeni w kostkę nieumarli próbują się wydostać ze skrzyni, przyprawia o gęsią skórkę, podobnie jak fantastyczna scena narodzin hrabiego, do odegrania której zatrudniono chłopca gumę. Efekt jest niesamowity i przerażający jednocześnie, a to nie koniec tego typu scen. Można śmiało powiedzieć, że kreatywność osób pracujących przy produkcji BBC czasami wręcz przechodzi ludzkie pojęcie.

A to wszystko łączy się z mrocznym poczuciem humoru. Wydawać by się mogło, iż elementy komediowe pasują tu jak przysłowiowa pięść do nosa, jednak Drakula rzuca tak mrocznymi, pokręconymi i jednocześnie celnymi ripostami, że nie sposób się nie zaśmiać. To idealnie połączenie elementu zaskoczenia z sadyzmem, bo przecież nikt nie spodziewa się, że kilkusetletni wampir będzie rzucał sarkastycznymi uwagami. Tymczasem cięty humor okazuje się idealnie pasować do jego nowej osobowości.

Propozycja od BBC to produkt, na którym widzowie będą bawili się wyśmienicie. Zupełnie nowe podejście do historii pozwala na rozkoszowanie się jej absurdalnością oraz popisywaniem się przez scenarzystów umiejętnością tworzenia niebanalnej fabuły. Elementy komiczne oraz dramatyczne łączą się w idealną całość. Widać też, że Moffat i Gattis wrócili do źródeł i nie starają się być mądrzejsi niż widzowie. To ten sam styl scenopisarstwa i podejścia do widza, który widać w dwóch pierwszych sezonach Sherlocka. Odbiorca nie jest traktowany jako typowy głupek łykający każdą niedorzeczność. Twórcy prowadzą z nim inteligentną grę, pokazując, że traktują go na równi z sobą, co w efekcie daje naprawdę fantastyczny serial. Można mieć wątpliwości wobec kontrowersyjnego zakończenia – ostatnie pięć minut również i mnie wprawiło w osłupienie, ostatecznie uważam jednak, że finałowe rozwiązanie wychodzi serialowi na dobre i w pewien sposób potwierdza, jak dobrze jest napisany.

Miniserial o Drakuli to bez wątpienia list miłosny twórców do gotyckich opowieści, krwawych horrorów i poprzednich wcieleń hrabiego, które głęboko „osiadły” w popkulturze. To także powrót twórców do ich korzeni, przez co całość jest dla mnie absolutnym arcydziełem, dopieszczonym pod każdym względem. Ewentualne mankamenty okazały się na tyle niezauważalne, iż mogę spokojnie dać Moffatowi i Gattisowi kredyt zaufania na kolejne sezony. Mam tylko cichą nadzieję, że nie będę musiała czekać na następną odsłonę opowieści o Drakuli dwa lata, gdyż tak długi czas rozłąki mi nie służy.

Ostatnio dodane