Seriale TV

DOM Z PAPIERU – sezon 4. Między heist movie a telenowelą

Jeśli kochanie serial, to pokochacie ten sezon, jeśli nie - to nie marnujcie czasu.

Autor: Gracja Grzegorczyk
opublikowano

Dom z papieru powraca, a z nim ekipa z poprzedniego sezonu. Wybuchów jest więcej, dramatów jest jeszcze więcej, absurd zaś przekracza wszelkie możliwe poziomy. Ale to bez znaczenia, gdyż sezon czwarty ogląda się z wypiekami na twarzy od początku do samego końca. Twórcy po raz kolejny zdają się mówić: nie przywiązujcie się do nikogo, bo nie wiadomo, kto i kiedy zginie.

Uwaga na spoilery!

Sezon trzeci kończył się dramatycznym zwrotem akcji: Nairobi zostaje postrzelona, Lizbona zostaje pojmana przez policję, a Profesor traci panowanie nad całą sytuacją. I od tego zwrotu zaczyna się też sezon czwarty. Kiedy jednak wydaje nam się, że grupa złodziei jest na straconej pozycji, jak zawsze udaje im się wyjść cało z opresji.

Trzeba pamiętać, że ten sezon nie wprowadza żadnego novum. To dalej ten sam napad co w pierwszych dwóch sezonach, tylko w innej scenerii, z tymi samymi problemami w ekipie włamywaczy, w której pojawia się agresja, zazdrość i miłość, Profesor bawi się z policjantami w kotka i myszkę. Tyle że zamiast pięknej negocjatorki z problemami osobistymi mamy inspektor Sierrę, która nie cofnie się absolutnie przed niczym, by dorwać naszych bohaterów. Tortury, porwania dzieci czy zlecenia zabójstwa to dla niej chleb powszedni. Czy jednak wyjdzie zwycięsko z tego pojedynku? Wszystko wskazuje na to, że tak. Jednak by się o tym przekonać, musimy zaczekać na nowy sezon.

Jeśli chodzi o poprzedni sezon, to narzekałam, że pojawiły się nowe postacie, jednak ich osobowość nie została w żaden sposób rozwinięta i nie wiemy o nich praktycznie nic. Twórcy wysłuchali moich próśb i dali mi najlepszą historię miłosną, jaka kiedykolwiek mogła pojawić się w serialu. Od samego początku Berlin był moim absolutnym ulubieńcem, a patrzenie na flashbacki z Włoch, gdzie narodził się pomysł skoku, stanowią mocną stronę czwartego sezonu. Mamy do czynienia z braterską miłością, złamanym sercem i przyjaźnią wystawioną na ciężką próbę. Gdyby nie śmierć Berlina, napad prawdopodobnie nigdy nie doszedłby do skutku, a Palermo prawdopodobnie nigdy nie uleczyłby swojego złamanego serca.

Trzeba dodać, że osobom, którym podobały się poprzednie sezony, również w tym przypadku nie powinno przeszkadzać nagromadzenie absurdów, jednak dla innych będzie to wyłącznie strata czasu. A niestety poza dobrą zabawą obecny sezon nie oferuje zbyt wiele.

To, co najbardziej irytuje, to fakt, że grupie, która trzymała się razem i która wspólnie przeszła naprawdę wiele, nagle ni stąd, ni zowąd puszczają nerwy i co pięć minut wszyscy mierzą do siebie z broni. W pewnym momencie staje się to niezwykle irytujące. Podobnie jak przywrócenie postaci Arturo, który chyba nie był od początku niczyim ulubieńcem, a w tym sezonie jest postacią tak antypatyczną, że nie wiem, po co się tu w ogóle pojawia.

Lekko irytuje też bezradność Profesora, który przecież wcześniej za każdym razem wszystko miał pod kontrolą. Tu coraz częściej popełnia dziecinne błędy i sama nie wiem, czy w tym wydaniu mu do twarzy. Oczywiście sposób, w jaki rozgrywa wszystkie pionki na szachownicy, jest niezwykle angażujący, a kolejne pomysły są godne podziwu. Jednak przez większość sezonu miałam wrażenie, że nie zawsze wie, co robi. Idealnie pokazuje to chociażby zwrot akcji, w którym mózg całej operacji znalazł się krok od śmierci.

Ale wiadomo, że bohater jest tak dobry, jak jego przeciwnik. Inspektor Alicia Sierra to prawdziwy pitbull, który nie cofnie się przed niczym. Jej potyczki słowne z Profesorem ogląda się na brzegu fotela, zastanawiając się, jakiej podłości tym razem dopuści się inspektor, by osiągnąć cel, jakim jest zamknięcie wszystkich uczestników napadu. Nawet poszukiwana przez swoich dawnych kolegów za rzekomą zdradę, nie spuszcza oka z naszych bohaterów i po nitce do kłębka udaje jej się rozpracować całą sytuację.

Powiem szczerze, że po tym, jaką zawrotną karierę zrobiła piosenka Bella ciao, miałam nadzieję, że twórcy nie zrobią mi po raz drugi krzywdy. Okazuje się jednak, że tym razem skutecznie obrzydzono mi Canta ti amo, wykonywane w tym sezonie przez Berlina. Piosenka ma już 2 mln wyświetleń na YouTubie i już stała się kolejnym pochodzącym z tego serialu muzycznym przebojem, który mnie niesamowicie irytuje.

Porównując ostatnie sezony z genialnym pierwszym, widać, że dzięki większym pieniądzom, które otrzymali twórcy, akcja mogła zostać ulokowana w kilku miejscach naraz. Takie rozdrobnienie nie działa jednak na korzyść serialu. Wcześniej skupialiśmy się bowiem wyłącznie na tym, co działo się za murami Mennicy, a teraz fabuła jest poszatkowana i otrzymujemy zbyt dużo wątków. Produkcja gdzieś po drodze zgubiła to, co sprawiało, że był to serial prawie idealny – skoncentrowanie na postaciach i historii. Niestety momentami miałam wrażenie, że oglądam hiszpańską telenowelę.

Mimo wad to dalej świetna rozrywka. Ale jedynie pod warunkiem, że nie będziemy zbytnio analizowali tego, co dzieje się na ekranie. A dzieje się zdecydowanie więcej niż do tej pory. Zwroty akcji mnożą się niczym grzyby po deszczu, są dramaty, wybuchy, a ja i tak ciągle nie mogę zapomnieć, że nie powinnam się przywiązywać zbytnio do postaci, bo zawsze wtedy giną. Czy obiektywnie jest to dobry sezon? Nie. Czy dobrze się bawiłam, oglądając go? Jak najbardziej. Czy zdecyduje się na piąty sezon? Na pewno nie od razu.

Ostatnio dodane