Publicystyka filmowa
RÓD SMOKA jest SUPER. Recenzja i podsumowanie całego sezonu
„Ród smoka” nie musi być drugą „Grą o tron” – jest to opowieść ciekawa sama w sobie, nawet w oderwaniu od „głównej” historii Martina.
Ubrany w kostium fantasy spektakl o sukcesji i władzy dobiegł już końca. Na drugi sezon Rodu smoka przyjdzie nam czekać aż do 2024 roku, ale świeżo po obejrzeniu finałowego odcinka jestem przekonana o tym, że w ciągu dwóch lat nie zapomnę o tym serialu i z chęcią do niego wrócę.
Zdaję sobie sprawę, że w swojej sympatii do tej produkcji mogę być lekko uprzedzona. Piszę ten tekst z perspektywy osoby, która w uniwersum Pieśni Lodu i Ognia weszła dość głęboko. Przeczytałam wszystkie książki: sagę, opowiadania o Dunku i Jaju, encyklopedię Świat lodu i ognia oraz kronikę historyczną Ogień i krew, na której oparto Ród smoka. Wciągnęłam się w fanowskie teorie: uwielbiam kanał Prestona Jacobsa, The Order of the Green Hand czy Davida Lightbringera i kocham z nimi odkrywać coraz głębsze warstwy tekstu Martina.
Nie czekam już na Wichry zimy, bo nie wierzę w ich powstanie, ale śledzę tworzone przez wspomnianego Prestona Jacobsa fan fiction, w którym z pomocą ochotników pisze swoje własne zakończenie sagi na wypadek, gdybyśmy się takowego nie doczekali (zainteresowanych odsyłam na jego kanał, gdzie co jakiś czas publikuje kolejne rozdziały w wersji audio: i są one bardzo dobre, czuć w nich rękę kogoś, kto na wylot zna styl autora oraz jego opowieść). The point is: kocham świat Gry o tron, spędziłam w nim sporo czasu, dlatego moja perspektywa siłą rzeczy nie jest perspektywą niedzielnego widza serialu i jestem być może mniej od niego obiektywna w ocenie dzieła.
Z drugiej strony – z tych samych względów moje oczekiwania względem Rodu smoka były większe. Wymagania fana zawsze są o poprzeczkę wyżej od wymagań kogoś, kto szuka po prostu fajnego serialu na wieczór. A jednak Ród smoka mnie kupił i wybaczam mu wszystkie niedociągnięcia: drobne, ale jednak. Moje przemyślenia po obejrzeniu pierwszego sezonu uporządkowałam sobie w formie listy plusów i minusów. Poniżej moja opinia o serialu. A jaka jest wasza? Piszcie w komentarzach!
Do pokochania: Ramin Djawadi
Świetnie się złożyło, że za muzykę do Rodu smoka odpowiada ten sam kompozytor, który stworzył soundtrack do Gry o tron. To ważny czynnik decydujący o spójności obu produkcji. Djawadi w wielu momentach Rodu smoka wykorzystał zresztą motywy muzyczne z Gry o tron (np. King’s Arrival). To siła jego melodii przyczyniła się do efektu, jaki wywołały te najbardziej pamiętne ze scen: wejście schorowanego Viserysa do sali tronowej, pierwszy lot Aemonda na Vhagar, pojawienie się Alicent w zielonej sukni na weselu pasierbicy, koronacja Rhaenyry… Djawadi zazwyczaj tworzy proste i krótkie kompozycje, bez skomplikowanej linii melodycznej, ale za to bardzo charakterystyczne i dobrze wpasowujące się w klimat ilustrowanych przez nie zdarzeń.
Do poprawy: Intro
Co to w ogóle jest?! Nieczytelna, rażąca sztucznością wizualizacja z płynącymi po jakiś kamieniach strumykami krwi nawet się nie umywa do kultowej już mapki z Gry o tron. Nie przewijałam intro tylko ze względu na motyw przewodni z GOT, który niesie ze sobą potężną dawkę nostalgii (ciekawe, czy na modłę Star Wars wszystkie produkcje osadzone w świecie Lodu i Ognia również będą się zaczynały od tej samej melodii? Ja jestem za).
Do pokochania: Aemond „One Eye” Targaryen
Obok Viserysa i Alicent najciekawiej zmieniona względem książki postać. W Ogniu i krwi Aemond był socjopatycznym sadystą i sztampowym rozpuszczonym książątkiem. W Rodzie smoka to dużo bardziej niejednoznaczny bohater. Niezauważany przez rodziców chłopiec dorastający w cieniu brata, który naśmiewał się z niego przez całe dzieciństwo. Mały fighter, który odważył się dosiąść największego smoka na świecie i nawet nie zapłakał, gdy stracił oko. Inteligentny, silny, waleczny, choć z pewnymi tendencjami w stronę okrucieństwa i dużą dozą pychy. Aemond wyrasta na czarny charakter, ale taki, którego jesteśmy w stanie zrozumieć, a nawet go lubić.
Nie udałoby się to, gdyby nie świetnie zcastingowany do tej roli Ewan Mitchell. Młody aktor ma tak wyrazistą urodę, tak niezwykły sposób wypowiadania kwestii, tak intensywne spojrzenie, że nawet bez pirackiej opaski na oku wzbudza respekt samą swoją prezencją. Kradnie każdą scenę, w której się pojawia, nawet kiedy konfrontuje się z samym Mattem Smithem. Podoba mi się też zmiana względem książkowego oryginału, jaką otrzymaliśmy w finałowym odcinku: u Martina Aemond zabija Lucerysa z premedytacją i zimną krwią, w serialu – niechcący, w rezultacie szczeniackiego prężenia muskułów, dziecinnego droczenia się z kuzynem, które wymknęło się spod kontroli.
Ta zmiana dodaje pewnej tragiczności postaci Aemonda – widzimy na jego twarzy, jak przerażony jest tym, co zrobił – uzmysławia także widzowi, jak niebezpieczne są smoki, zwłaszcza w rękach nieodpowiedzialnych jeźdźców, którzy traktują te potężne i dumne bestie jak zabawki. Viserys miał rację, mówiąc, że smok nigdy w pełni nie poddaje się swojemu człowiekowi i zawsze pozostaje trochę nieobliczalny. Z niecierpliwością wyczekuję, jak twórcy rozwiną wątek Aemonda. Tym, którzy nie czytali książek, zdradzę tylko, że na tę postać czeka jeszcze wiele bardzo interesujących wydarzeń.
Do poprawy: CGI i częściowo smoki
Sam design smoków jest super. Animacja ich lotu i poszczególne efekty cyfrowe – już nie zawsze. Wspólny rajd Daemona i jego drugiej żony, Laeny, albo „wejście smoka” Rhaenys podczas koronacji Aegona w Smoczej Jamie – to przykłady scen, które niestety raziły sztucznością. Z drugiej strony: pościg potężnej Vhagar za biedną, przerażoną Arrax z ostatniego odcinka budzi apetyt na więcej podobnych, przepięknie sfilmowanych i poruszających scen. Widać, że twórcy wiedzą, jak zaprojektować podniebne bestie, ale potrzebują lepszych specjalistów lub/i środków finansowych do uskutecznienia swoich pomysłów.
Nie bez przyczyny tak często sceny ze smokami osadzano w nocnej, zamazującej szczegóły scenerii… W kolejnych sezonach zacznie się już regularna wojna i zobaczymy dużo więcej walk smoków: liczę więc na to, że i CGI zostanie odpowiednio doszlifowane.
Do pokochania: Viserys
Mój król. Najwspanialsza postać całego serialu. Za sprawą Viserysa w Rodzie smoka z całą mocą wybrzmiały tematy, które popkultura najczęściej traktuje czysto instrumentalnie, pobieżnie, w celu uzyskania łatwych wzruszeń. Starość, odchodzenie, choroba, śmierć, samotność dostały w serialu czas i uwagę, by głęboko nas przejąć. Cały odcinek ósmy Rodu smoka, z powolnym marszem umierającego króla w stronę tronu, to jeden wielki triumf Paddy’ego Considine’a. Mężczyzna, który nie chciał i nie powinien być królem, a który niósł brzemię korony jak brzemię trądu aż do końca. Viserys był kiepskim władcą, ale jego historia wiele powiedziała mi o władzy.
Do poprawy: Criston Cole
Tak zaprzepaścić potencjał na tak pełną dramatyzmu postać! Wykorzystany przez ukochaną księżniczkę w celu zaspokojenia żądzy, łamiący śluby czystości dla ulotnej przyjemności – wątek Cristona miał zadatki na opowieść o romantycznym kochanku, wzgardzonym i tragicznym, rozdartym między uczuciami a obowiązkiem, który w jedną noc stracił wszystko, co stanowiło podstawy jego samooceny, czyli honor i godność królewskiego gwardzisty. Naprawdę łatwo byłoby nam zrozumieć, dlaczego zaczął nienawidzić Rhaenyrę. Problem w tym, że rozwój tej postaci zatrzymał się w okolicach piątego odcinka. Po „zerwaniu” z księżniczką Criston z idealistycznego rycerza przeistacza się w tępego brutala, napędzanego ślepą żądzą zemsty.
Również jego znaczenie fabularne staje się marginalne. Scenarzyści znacznie zredukowali jego rolę w mianowaniu Aegona królem względem książki. U Martina Cole był siłą napędową frakcji Zielonych, zyskał nawet przydomek Twórca Królów. W serialu jego przydomkiem powinien być raczej Król Simpów, bo jego jedyną motywacją życiową zdaje się fiksacja na punkcie kobiety, której aktualnie służy (najpierw Rhaenyrze, a potem Alicent).
Do pokochania: Milly Alcock i Emma D’Arcy
Obie odtwórczynie roli Rhaenyry wykonały kawał świetnej roboty. Muszę jednak przyznać, że początkowo, po zamianie aktorek w odcinku szóstym, należałam do tych osób, które oceniały rolę D’Arcy jako słabszą od Alcock. Przyzwyczaiłam się do zadziornej, zbuntowanej nastolatki w wykonaniu Milly. Z czasem jednak starsza wersja księżniczki zaczynała coraz bardziej mi się podobać, by w całości kupić mnie w odcinku finałowym, gdzie Emma D’Arcy naprawdę narodziła się w moich oczach jako królowa, pełna siły i godności. Obie aktorki portretują Rhaenyrę na innych etapach życiowych – najpierw poznajemy młodszą, energiczną i zuchwałą, a potem starszą: matkę kilku dzieci, dojrzalszą, poważniejszą, bardziej świadomą trudności swojego położenia.
To zrozumiałe, że ta starsza Rhaenyra nie będzie tak sympatyczna i wesoła jak w swoich nastoletnich latach. Jest to ciekawie zbudowana postać. Jednocześnie pełna wewnętrznego ognia i z gorącą, smoczą krwią buzującą w żyłach, z drugiej – pełna szlachetności i dystyngowania. Z jednej strony wepchnięta w stereotypowo męską rolę i dobrze sobie w niej radząca, z drugiej – stuprocentowo kobieca, zmysłowa, poszukująca przyjemności ciała, matczyna, doskonale wychowująca swoich synów, rodzinna. Tak właśnie pisze się silne postaci kobiece. Bo przecież na pewno nie tak, jak zrobili to scenarzyści Pierścieni władzy, tworząc Galadrielę…
Do lekkiej poprawy i będzie idealnie: Daemon Targaryen
Matt Smith to Daemon idealny, taki, jakiego wyobrażałam sobie przy lekturze. Specyficzna uroda, charyzmatyczna aura, pewnego rodzaju dekadencja. Szkoda tylko, że scenarzyści nieco miotają się w prowadzeniu tej postaci. Daemon jest intrygujący i ma świetne momenty, ale w ogólnym rozrachunku nie zawsze rozumiem jego motywacje. Jakie są właściwie źródła konfliktu z bratem, co napędza jego ambicję, czego tak naprawdę pragnie od życia? Tajemnica i niejednoznaczność czasem czynią Daemona zaciekawiającym, ale w wielu scenach efekt jest dziwaczny i konfundujący, np. kiedy porzuca Rhaenyrę samą w burdelu.
Twórcy wyraźnie boją się też pokazywać go od bardziej ludzkiej strony (wycięto scenę, kiedy pociesza córki po śmierci matki), za to chętnie dopisują wątki przedstawiającego go jako jednoznacznie złą osobę, jakby chcieli celowo zniechęcić do niego widza (w książce Daemon nie zabił swojej pierwszej żony – w serialu za to zamordował ją z tak zimną krwią, że trudno nie patrzeć na niego z obrzydzeniem po tym wydarzeniu). „Książę Łotrzyk” ze wszystkich postaci jest bodaj najtrudniejszy do scharakteryzowania, być może dlatego, że Daemon to w moim odczuciu trochę taki smok w ludzkiej postaci: nieobliczalny, porywczy, enigmatyczny, przerażający.
Słucha tylko wybranych, nie poddaje się w pełni niczyjej kontroli, jest stworzony do walki i siania zniszczenia, a w pokoju i bezruchu marnieje. Krew smoka w Daemonie jest silna, życzę mu, by sympatia scenarzystów do jego postaci była większa w kolejnych sezonach.
Do pokochania: Ród Velaryonów
Podobają mi się: dumny lord Corlys, Wąż Morski, Lord Przypływów, wielki podróżnik i jego dystyngowana żona, księżniczka Rhaenys, smocza jeźdźczyni, Królowa, Której Nie Było. Ród Velaryonów szybko awansował do grona moich ulubionych rodów Westeros. Równie starożytny jak Targaryenowie, dysponujący najpotężniejszą flotą w królestwie, a do tego posiadający jeden z fajniejszych motywów muzycznych (trochę kojarzący się z kulturą śródziemnomorską i antyczną Grecją, co pasuje do „marynistycznej” natury rodu). Nawet najwięksi rasiści nie mogą też twierdzić, że kolor skóry Velaryonów został na siłę zmieniony względem książki, bo przecież pełni ważną funkcję fabularną – po dzieciach Rhaenyry widać wyraźnie, że nie zostały spłodzone przez jej męża, dlatego powszechność plotek na jej temat ma sens.
Do poprawy: Tanie szokowanie
Najlepsze – czytaj: początkowe – sezony Gry o tron cechowały się dużym przywiązaniem do przyczyno-skutkowości i wyciągania konsekwencji z zachowań bohaterów. Serial był bardzo dobry tak długo, jak trzymał się surowego realizmu w typie low fantasy. Ród smoka jest utrzymany w podobnym duchu, ale miał kilka momentów, w których poczułam, że logika narracji została zaburzona na poczet efektowności. Przykład? Zamordowanie kochanka Leanora na jego weselu z Rhaenyrą.
Criston Cole nie poniósł za swoją zbrodnię żadnych konsekwencji, nie odebrano mu także zaszczytu reprezentowania Gwardii Królewskiej, a przecież bez wyraźnego powodu zabił na oczach wszystkich szlachetnie urodzonego mężczyznę! Domyślamy się, że za rycerzem wstawiła się królowa Alicent, ale ta kwestia nie zostaje nigdy wyjaśniona. Inny przykład? Wielka ucieczka Rhaenys podczas koronacji Aegona. Kiedy ona zdążyła ubrać się w zbroję? W jaki sposób, sama, wykradła smoka będącego pod strażą? Dlaczego bez skrupułów rozdeptała biedaków, ale kiedy miała okazję w jednej chwili zapobiec wybuchowi wojny – nagle tknęło ją sumienie i nie spaliła Zielonych? Zgoda, scena była epicka (pomijając słabe CGI, o którym pisałam wyżej), ale w gruncie rzeczy pozbawiona logiki.
Również cała akcja unieszkodliwienia Karmiciela Krabów prezentowała się bardzo naiwnie z czysto militarnego punktu widzenia i budziła skojarzenia raczej z kinem superbohaterskim niż z dobrą sekwencją wojenną. Mam nadzieję, że takich widowiskowych, ale bzdurnych scen będziemy otrzymywać jak najmniej.
Do pokochania: Królowa Alicent
Najbardziej zniuansowana psychologicznie postać w całym serialu. Uwielbiam to, jak scenarzyści rozwinęli wątek Alicent, która w książkach Martina była dużo bardziej jednowymiarową postacią, wpisującą się w utarty schemat złej macochy. W Rodzie smoka Alicent jest niewolnicą roli narzuconej jej przez ojca i społeczeństwo, która mimo wszystko stara się wpływać na los swój i dzieci. Grzeczna, posłuszna dziewczynka wyrasta na tłumiącą swoje uczucia i emocje kobietę. Jako nastolatka dawała upust lękowi i złości, kalecząc skórki od paznokci, jako dorosła miewa ataki histerii i rozpaczy, kiedy maska ułożonej osoby zaczyna pękać.
Niby jest ważną figurą w państwie, ale po śmierci męża boleśnie uświadamia sobie, że w świecie rządzonym przez mężczyzn nikt nigdy nie będzie się z nią tak naprawdę liczył i może jedynie pośrednio wpływać na swojego króla-syna oraz namiestnika-ojca. Trochę zazdrości Rhaenyrze jej dzikiej natury, trochę jest zła o to, że przyjaciółka z dzieciństwa ma odwagę sięgać po rzeczy, które Alicent zostały odebrane już w młodości, w chwili wydania za starego króla (swobodę, przyjemność fizyczną). W ostatnim odcinku próbowała przemówić do serca Rhaenyry i zapobiec wojnie, co skutecznie udaremnił jej syn Aemond chwilę później. Znów pochwały należą się obu aktorkom wcielającym się w Alicent: Emilii Carey i Olivii Cooke.
Do poprawy: Larys Strong, lord Szpotawa Stopa
Larys Strong jako następca lorda Varysa i Littlefingera jest dla mnie nieco zbyt groteskowy, przejaskrawiony: nie pasuje do opowieści utrzymanej w klimacie brutalnego realizmu. Typ już na pierwszy rzut oka wydaje się podejrzany, a jego dojście do wysokiej pozycji jest mało przekonujące. Kiedy Larys wymordował całą swoją rodzinę i przedstawił to Alicent jako dar oraz dowód lojalności, to na miejscu królowej od razu doszłabym do wniosku, że to człowiek szalony i potencjalnie niebezpieczny, działający z subtelnością słonia w składzie porcelany. Już po tej pierwszej akcji Alicent powinna zlecić potajemnie zabicie Larysa, zamiast obdarzać go specjalnymi względami.
I jakiego konkretnie haka na królową ma lord Szpotawa Stopa, że musi mu ona pokazywać swoje nagie kończyny dolne, by w ogóle dostać od niego informacje?! To ona jest w pozycji władzy i to on powinien dawać jej przysługi w celu przypodobania się, nie na odwrót.
Do pokochania: Kostiumy i charakteryzacja
Ród smoka zachwyca całą swoją warstwą realizacyjną i zdjęciami (z pominięciem niedociągnięć CGI, o których pisałam wyżej). Szczególną uwagę chciałabym jednak zwrócić na wygląd postaci. Kostiumy wyglądają przepięknie, dużo mówią także o noszących je osobach (np. o przynależności do danego rodu, statusie, sympatiach politycznych). Czuć potęgę i bogactwo rodu Targaryenów. Charakteryzatorzy również odwalili kawał dobrej roboty, upodabniając młodsze i starsze wersje głównych bohaterek do siebie czy kreując kolejne stadia choroby na obliczu Viserysa. To takie detale decydują o realizmie przedstawionego świata.
Kostiumografowie z Pierścieni Władzy powinni obejrzeć serial konkurencji i porobić notatki: może w drugim sezonie nie ubiorą swoich bohaterów w ciuchy, które wyglądają jak poliestrowe, karnawałowe przebrania wygrzebane z magazynów Amazonu.
Do poprawy: Otto Hightower
To jeszcze nie jest godny następca Tywina Lannistera. Na razie Otto Hightower to dla mnie postać nieco zagadkowa, ale i papierowa. Co właściwie napędza jego knowania i ambicje? Skąd tak silna determinacja do posadzenia swoich potomków na tronie? Czy to jego inicjatywa, czy jest tylko pionkiem w grze swojego rodu, a może i Cytadeli? Mało wiemy o Ottonie jako o człowieku i ojcu. Nie dostaliśmy głębszego wglądu w jego psychikę. Rhys Ifans nadał jednak swojej postaci na tyle dużo powściągliwej charyzmy, że jego obecność na ekranie nie nużyła i rozbudziła ciekawość na więcej w kolejnych sezonach.
Do pokochania: Wątki i postaci z drugiego i trzeciego planu
Twórcy mają duży talent do zarysowywania charakteru danej postaci w zaledwie kilku krótkich scenach. Wielokrotnie chciałoby się, żeby pokazali nam więcej z życia tych bohaterów, którzy pojawili się tylko na chwilę, by szybko umrzeć albo przemykać gdzieś na trzecim planie. Chciałabym zobaczyć np. rozwój romansu Harwina Stronga i Rhaenyry, bo ich kilka wspólnych scen wystarczyło, by oddać ich wzajemną czułość i przywiązanie, a także zaprezentować kochanka księżniczki jako oddanego ojca i opiekuna swojej ukrytej rodziny. Każde pojawienie się Helaeny-Kasandry było intrygujące i budziło niepokój. Laena w swoim krótkim epizodzie również zdążyła wzbudzić sympatię, a na końcu współczucie ze względu na swoją straszną śmierć. W skrócie: nie tylko pierwszy, ale też drugi i trzeci plan Rodu smoka zaludniają pełnokrwiste postacie.
Do poprawy: Dziury i dziurki fabularne
Ten punkt łączy się z zarzutem o tanie szokowanie. Twórcy nie bazują na tak bogatym materiale powieściowym, jaki stanowiła Pieśń Lodu i Ognia dla Gry o tron, dlatego wiele wątków muszą rozpisywać sami. Nie jest to w rezultacie serial tak silnie przywiązany do detalu i realizmu, jak pierwsze sezony GOT, co niekoniecznie stanowi wadę, po prostu zaznacza pewną różnicę między obiema produkcjami. W rezultacie jednak otrzymaliśmy kilka wątków, które po głębszym zastanowieniu się nad nimi… nie kleją się w sensowną całość. Na przykład wątek sfingowanej śmierci i ucieczki Laenora. Jakim cudem rodzona matka nie rozpoznała, że tylko częściowo nadpalone ciało zabitego mężczyzny nie należy do jej syna? Obaj mieli inny odcień skóry, inną budowę ciała, zapewne i własne znaki charakterystyczne. Zamordowanie niewinnego człowieka, by pomóc mężowi, nie robi też z Rhaenyry szczególnie szlachetnej osoby… Na szczęście takich zgrzytów w całości było niedużo.
Do pokochania: Styl szekspirowskiej tragedii
Sukcesja w świecie fantasy – takie skojarzenia z Rodem smoka miało wielu komentujących. Mnie oprócz tego serial skojarzył się z teatrem, z dylematami godnymi antycznych bohaterów lub rozterkami szekspirowskich postaci. W tym miejscu warto pochwalić showrunnerów, którzy znacznie zniuansowali książkowy pierwowzór. W Ogniu i krwi opis wydarzeń był oszczędny i często sugerujący stronniczość narratora, bo to książka stylizowana na kronikę historyczną o dziejach rodu Targaryenów. Scenarzyści dobrze wykorzystali ten szkielet. Bazując na nim, dodali swoim postaciom głębi. W zasadzie każdy z bohaterów ma swoje racje, wady i zalety, nie ma stron jednoznacznie złych i dobrych. Ród smoka jest też w swojej tonacji dużo poważniejszy od Gry o tron, w której wątki komediowe wprowadzał chociażby Tyrion.
Do poprawienia: Tempo narracji
Pewną trudność w odbiorze pierwszego sezonu stanowiły przeskoki czasowe. Krytyczny był ten, który nastąpił między piątym a szóstym odcinkiem – podmiana głównych aktorek w połączeniu z przeskokiem aż o dziesięć lat sprawiły, że w połowie serialu otrzymaliśmy de facto restart całej opowieści. Być może dobrą decyzją byłoby wydłużenie całego sezonu do kilkunastu odcinków, zgodnie z pierwotnymi założeniami showrunnerów – wtedy wiele wątków miałoby szansę lepiej wybrzmieć, a z niektórymi postaciami moglibyśmy dłużej pobyć. Ja kupiłam tę konwencję, ale rozumiem widzów, którzy mogli się poczuć wytrąceni z fabuły takim skakaniem po wydarzeniach.
Na szczęście w kolejnych sezonach takich przeskoków najpewniej nie dostaniemy już wcale. Obejrzeliśmy rozpiętą na kilkadziesiąt lat akcji genezę wojny, a od teraz będziemy już obserwować jej przebieg. Wydarzenia w kolejnych sezonach będą postępować dużo szybciej.
Do pokochania: Wątki kobiece
Martin jak mało który mężczyzna potrafi opowiadać o kobietach, a Ród smoka jeszcze wymowniej niż Gra o tron portretuje kobiece doświadczenie osadzone w realiach historycznych. Porody, poronienia i macierzyństwo stanowią tutaj istotne wydarzenia fabularne, jest to fantasy skupione na uczuciach i relacjach mocniej niż na wojnach i awanturach (jeszcze). Czuć wyraźnie, że w ekipie scenopisarskiej i reżyserskiej dużą grupę stanowiły twórczynie. Ród smoka pokazuje, jak tworzyć dobrą produkcję kostiumową z kobietami w rolach głównych. Rhaenyra to nie bezwzględny Superman z cyckami w typie Wonder Woman, a Alicent to nie wiecznie nieszczęśliwa ofiara patriarchatu – obie są wyrazistymi indywidualnościami, a ich płeć jest istotnym elementem ich doświadczenia, ważną składową ich osobowości, a nie tylko uatrakcyjniającym je atrybutem. Żadna nie wpada w schematy i stereotypy przedstawiania kobiet w popkulturze. Zresztą i pozostałe bohaterki są wyraziste i ciekawe: dumna Rhaenys, marzycielska Helaena, tajemnicza Biały Robak…
A jak wam podobał się Ród smoka? Piszcie w komentarzach!
