Publicystyka filmowa
ONI RZĄDZĄ UMYSŁAMI WIDZÓW. Najważniejsi twórcy seriali.
Odkryj tajemnice twórców, którzy stworzyli kultowe seriale. „ONI RZĄDZĄ UMYSŁAMI WIDZÓW” przybliża ich niezwykłe osiągnięcia.
Wszyscy kojarzymy takie osobistości jak Charlie Sheen, Bryan Cranston, James Gandolfini, David Duchovny albo Steve Buscemi. Ale czy wiemy kim jest David Chase? Steven Moffat? Mówi nam coś nazwisko Lorre albo Schur? Pewnie dla większości z osób oglądających seriale – nie, bo zazwyczaj patrzymy na tych co występują przed kamerą i są w blasku reflektorów. Skupiamy się na intrygującej fabule, wrażeniach, które produkcje telewizyjne generują, magnetyzmie, który ściąga regularnie przez ekran, często przez wiele lat. Ale pomysłodawcy seriali, choć widoczni w czołówkach każdego odcinka pod tekstem „Created by”, skupiają na sobie uwagę tylko wytrawnych wielbicieli telewizyjnych produkcji. Dla całej reszty są – najczęściej – anonimowi.
Warto więc przybliżyć sylwetki ojców wielkich telewizyjnych hitów. Oczywiście niektórzy z nich zaznaczyli swą obecność w kinie, są powszechnie kojarzeni, znani, jednak źródło ich twórczości wypływa z telewizji właśnie, gdzie ich pomysły – często rewolucyjne, wywracające do góry nogami oczekiwania widzów – przybrały konkretną formę i treść.
Oto nasz subiektywny wybór 17 nazwisk. Najważniejszych, najwięcej znaczących i których każda kolejna produkcja jest (i będzie) wydarzeniem.
Którego z nich cenicie najbardziej? A może na liście nie ma jakiegoś ważnego nazwiska? Wpisujcie w komentarzach!
1. J.J. Abrams
A właściwie Jeffrey Jacob Abrams to jedno z najgorętszych nazwisk wśród scenarzystów i reżyserów. Twórca najnowszych dwóch części „Star Treka”, a od niedawna wiadomo, że to właśnie on ma być reżyserem nowych Gwiezdnych Wojen. Ale zanim stał się znaną marką w Hollywood najpierw zabłysnął kilkoma świetnymi produkcjami telewizyjnymi.
Czy serialomaniacy wyobrażają sobie życie bez „Zagubionych”? Ja też nie. Można się czepiać, że ten serial „skończył się” na trzecim sezonie, a zakończenie było nijakie ale prawda jest taka, że „Zagubieni” to już klasyk. Wciągająca fabuła, która pochłania widza. Do dziś pamiętam jak przez całe dnie nie wychodziłem z łóżka i tylko włączałem następne odcinki z przygodami rozbitków na tajemniczej wyspie. W swojej karierze Abrams stworzył aż pięć seriali. Pierwszy z nich ujrzał światło dzienne w 1998 r. „Felicity” było opowieścią o dziewczynie, która wyjeżdża wraz z chłopakiem do Nowego Jorku i tam stara się odnieść sukces.
Wraz z Abramsem serial tworzył Matt Reeves („Projekt Monster”). Pierwszy samodzielny projektem Abramsa były „Agentki o stu twarzach”. To w nim pokazał pełnię swojego talentu: umiejętność budowania odpowiedniego napięcia, niespodziewanych zwrotów akcji i dobrze rozpisanych postaci. Serial przetrwał pięć sezonów i zdobył mnóstwo nagród, w tym Złotego Globa dla najlepszej aktorki (Jennifer Garner) w 2002 r. Jeszcze w czasie gdy emitowane były „Agentki…” na kanale ABC pojawiło się najsłynniejsze dzieło młode scenarzysty – „Zagubieni”. 170 nominacji do każdej możliwej statuetki mówi samo za siebie.
Dla wielu fanów jeszcze lepszym serialem od „Lost” był „Fringe: Na granicy światów”. Często porównywany z kultowym „Z archiwum X” miał w sobie wszystko to, czego oczekują widzowie od dobrego thrillera science-fiction. Abrams wraz z Alexem Kurtzmanem i Robertem Orcim stworzyli pełną grozy, spójną mitologicznie i inteligentnie rozpisaną opowieść. Jedyną porażką J.J. Abramsa zdaje się być serial „Undercovers”, który został anulowany po jednym sezonie ze względu na niskie wyniki oglądalności i słabe oceny widzów. Obecnie możemy oglądać trzy produkcje, przy których J.J. Abrams pracuje w roli producenta: „Person of Interest”, „Revolution” i „Almost Human”.
W marcu pojawi się kolejny serial SF, czyli „Believe”, którego jest producentem wykonawczym (a pomysłodawcą sam Alfonso Cuaron). A i tak wszyscy czekają na VII gwiezdnowojenny epizod. Kina w 2015 roku będą należały do J.J. Abramsa. [Marcin Cedro]
2. Alan Ball
O tym panu wystarczyłoby napisać, że stworzył „Sześć stóp pod ziemią” i „Czystą krew”. Dwa znakomite seriale, docenione mnóstwem statuetek, z milionami widzów przed telewizorami. Ten pierwszy na światowym portalu IMDb ma notę 8,9, a drugi 8,2. Ale czy może to dziwić, skoro Ball potwierdził swą klasę na dużym ekranie taką perełką, jak „American Beauty”? W telewizji zaczął jednak dużo wcześniej, współpracując przy kilku sitcomach. „Grace w opałach”, „Cybill”, „Oh grow up”, to typowe komedie, które zapomina się zaraz po ich zakończeniu. Seriale komediowe to chyba nie jest gatunek, w którym Ball czuje się dobrze.
Jego pierwszy autorski projekt, „Sześć stóp po ziemią”, miał w sobie dozę humoru ale więcej w nim było ciężkiego dramatu, nie zawsze łatwego w odbiorze. Na liście 101 najlepszych seriali w historii telewizji, produkcja Balla znalazła się na znakomitym 18. miejscu, choć bardziej adekwatne jest trzecie miejsce w naszym plebiscycie.
Ciągle można podziwiać drugi bardzo dobry twór tego reżysera pt. „Czysta krew”. Scenariusz do niego napisał na podstawie powieści Charlaine Harris „The southern vampires mysteries”. Zupełnie nowe podejście do tematyki wampirów sprawdziło się w telewizyjnych realiach. Wcześniej nikt sobie nie wyobrażał, że wampir może kandydować w wyborach albo kupować dla siebie krew w zwykłym sklepie. To tylko jeden z elementów tego świetnego serialu HBO. Jak już wiadomo, że serial skończy się w 2014 na siódmym sezonie. Na razie nie wiadomo co kolejnego szykuje Ball na małym ekranie. Zaangażował się jako producent w „Banshee”, a na 2014 zaplanowana jest premiera filmu spod jego pióra, „What’s the matter with Margie”. [MC]
Recenzja SIX FEET UNDER
3. Charlie Brooker
Strzeżcie się Charliego Brookera, najbystrzejszego obserwatora codzienności za oknem. Wielu z Was może kojarzyć przede wszystkim „Black Mirror”, dla mnie osobiście najlepszy serial ostatnich lat – błyskotliwy, znakomicie wykonany i pozostawiający w stanie intelektualnego uniesienia długo po zakończeniu każdego z sześciu godzinnych odcinków (które składają się na dwa równe sezony, w tym roku przygotowywany jest trzeci). W nim właśnie efektowność formy i sztafaż SF spotkały się z nieprzeciętną treścią, która, miast oceniać rzeczywistość, raczej diagnozuje stan dzisiejszego świata rozwijającego się w rytm najnowszych technologii.
Sam koncept „Black Mirror” nie jest niczym nowym – to tylko stuningowana wersja klasycznej „Strefy mroku”, choć pozbawiona elementów fantastycznych, a raczej skupiona na tu i teraz, tylko lekko wykraczająca w przyszłość (prawdopodobnie większość widzów widzi w przedstawionym świecie całkiem realną wizję, która może ziścić się za moment). Charlie Brooker to jednak nie tylko autor tego jednego serialu, ale też twórca „Dead set”, świetnie ocenianego 5-odcinkowego mini-serialu o zombie… w domu Wielkiego Brata. Masakra na planie telewizyjnego show wypełniona jest ironicznym komentarzem wymierzonym ostrzem w telewizyjne marzenia uczestników i widzów tego typu programów – jucha się leje, a świat się śmieje. Uważajcie więc na Brookera. On lubi się z nas śmiać. Jego diagnozy są trafne, ale leków musimy poszukać sobie sami. Taki to nietypowy znachor. [Rafał Oświeciński]
4. Chris Carter
Jeden z klasyków serialowej karuzeli. Lata 90. wywindowały go na sam telewizyjny szczyt – oczywiście dzięki spektakularnemu sukcesowi „Z archiwum X”, czyli czołowej produkcji telewizyjnej końca XX wieku. Powiedzieć o „X-files”, że to serial kultowy, to niewiele powiedzieć. Przede wszystkim Carter stworzył ikoniczne postaci – powściągliwej i sceptycznej agentki Scully oraz żyjącego w swoim świecie, tropiącego spiski agenta Muldera. Wrzucił ich w tajemniczy świat intryg, niedopowiedzeń i polityki skąpany w sztafażu SF; świat, który rozwija się w każdym sezonie, otwiera zamknięte dotychczas drzwi, buduje koherentną mitologię.
Niewiele było (i jest) tego typu produkcji, dlatego status dzieła Cartera jest absolutnie niepodważalny – w naszym rankingu najlepszych seriali zajął 2. miejsce, tuż za „Twin Peaks”. Ale Carter odpowiada również za „Millenium”, wyjątkowy thriller niesłusznie anulowany po 3. sezonie. Pecha mieli także „The Lone Gunmen”, spin-off „Z archiwum X” z geekami, Samotnymi Strzelcami, których przygody mogliśmy niestety obserwować tylko przez jeden sezon. Chris Carter w XXI wieku ustąpił miejsca twórcom szczególnie z HBO, niemniej po całkiem udanych kinowych wersjach „X-files”, wraca w 2014 roku do telewizji.
A właściwie, miejmy nadzieję, że wróci, bowiem postapokaliptyczny thriller „The After” ma zostać oceniony przez widzów VOD Amazonu (który jest producentem) i jeśli okaże się dobry, to latem tego roku możemy spodziewać się pełnej serii. Czy sprosta oczekiwaniom? Carter ma dopiero 56 lat i zdecydowanie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. [RO]
5. David Chase
Twórca najlepszego serialu w historii, który zmienił nasze spojrzenie na mały ekran, a z HBO stworzył giganta na rynku produkcji fabularnych. Amerykański scenarzysta mógłby spokojnie znaleźć się w zestawieniu „gwiazda jednego przeboju”. Mowa oczywiście o „Rodzinie Soprano”. Genialna opowieść o mafii z New Jersey, która zachwyciła cały świat. To również pełnokrwisty dramat ze świetną grą aktorską, ze szczególnym wyróżnieniem Jamesa Gandolfiniego, który wciela się w głowę rodziny Soprano. I to wszystko zasługa Davida Chase’a, w którego głowie zrodził się pomysł na spisanie całej opowieści.
Wcześniej był współscenarzystą przy takich serialach jak „Przystanek Alaska” czy „I’ll fly away” oraz stworzył 10-odcinkowy serial „Almost Grown” pod koniec lat 80. „Rodzina Soprano” to de facto jedyne jego dzieło, które podbiło serca krytyków i widzów. Jego drugi serial dla HBO, który zakończył swój żywot na pilocie, nosił nazwę „A Ribbon of Dreams” i opowiadał o historii Hollywood i filmu bardziej od strony produkcyjnej. Projekt jednak upadł. W 2012 roku Chase zadebiutował w kinie filmem „Not Fade Away”, o którym mało kto słyszał (choć z Gandolfinim w obsadzie). Obecnie Chase pracuje nad filmem „Little Black Dress”, do którego sam napisał scenariusz.
Będzie to dramatyczna opowieść o kobiecie, która wróciła z wojny w Afganistanie z problemami psychicznymi, niepozwalającymi jej się zaadoptować do normalnego życia. Pomimo tego, że oprócz „Rodziny Soprano” Chase nie stworzy nic wiekopomnego, to i tak należy mu się wielki szacunek. [MC]
6. Julian Fellowes
64-latek zadebiutował z grubej rury scenariuszem do „Gosford Park” Roberta Altmana, za który zdobył całkowicie zasłużonego Oscara. Ale dopiero prawie dekadę później stworzył dzieło, z którym na zawsze już będzie kojarzony. „Downton Abbey” to zjawisko. Niby nic nowego, bo mieliśmy w końcu w latach 70. podobną historię („Upstairs, downstairs”), a i literatura anglosaska wypełniona jest dramatycznymi losami arystokratycznych rodów przedwojennej Anglii (na myśl pierwsza przychodzi „Saga rodu Forsyte’ów”). Jednak serial, którego twórcą jest Julian Fellowes, szybko zdobył uznanie zarówno krytyków, którzy nie szczędzili mu pochwał od pierwszego sezonu, ale i publiczności.
Co ważne, nie tylko tej angielskiej, co jest prostym skojarzeniem, a również jankeskiej oraz światowej spragnionej sentymentalnych powrotów do obyczajowości sprzed 100 lat. Tradycja, konwenanse, mody – to wszystko obserwujemy w „Downton Abbey”; widzimy starcia starego i nowego, klasy wyższej i niższej. Na pierwszy rzut oka dominujące wątki melodramatyczne mogą spodobać się głównie płci pięknej wzdychającej do wielkich, salonowych romansów, jednak mężczyźni też znajdą wiele dobrego, choćby w sposobie obrazowania tego, czym jest męstwo właśnie, honor, dziedzictwo i odpowiedzialność. Julian Fellowes igra z historycznymi powinnościami kobiet i mężczyzn niezwykle zgrabnie, przywołując ówczesne wartości, język, ubiór, które podlegały nie raz drastycznym zmianom.
Fascynujące! Skrupulatność, wrażenie autentyczności nie powinny dziwić, wszak Fellowes pochodzi właśnie z podobnego typu zamku, jego rodzina kultywowała podobne wartości, a on sam siebie określa jako spadkobiercę pamięci. [RO]
CZYTAJ DALEJ (Gilligan, Lorre, Milch, Moffat, Murphy, Schur)
7. Vince Gilligan
Ze wszystkich nazwisk to właśnie Gilligan ostatnio jest na szczycie telewizyjnej hierarchii. Ale zanim nadszedł czas „Breaking Bad”, a już niedługo „Better Call Saul”, Vince miał okazję pracować przy wielu ciekawych projektach. Wystarczy wspomnieć takie seriale jak „Z archiwum X”, gdzie odpowiadał za scenariusz do przeszło 30 odcinków, albo jego spin-off „Samotni strzelcy”, stworzony wespół z Chrisem Carterem. Dużo gorzej wiedzie mu się na dużym ekranie. Jego filmy nie są powszechnie uznawane nawet za dobre. O „Hancocku” najchętniej niektórzy by w ogóle o nim zapomnieli (niestety producenci tego nie chcą i niedługo będzie druga część).
Dużą niewiadomą wydaje się „Better call Saul”, który ma opowiadać o prawniku Waltera White’a. Jako bohater drugoplanowy spisywał się genialnie ale czy będzie w stanie sam wykreować wiarygodną historię? Na plus działa duży zastrzyk zaufania ze strony stacji AMC i samych widzów. Równie ciekawie zapowiada się drugi projekt Gilligana, współtworzony z Davidem Shorem, twórcą „House MD. 10 lat temu przyszedł do stacji CBS i pokazał im skrypt „Battle Creek” ale wtedy uznano, że serial nie ma szans przebicie. Teraz – wiadomo dlaczego – włodarze wytwórni zmienili zdanie i serial jesienią trafi na ekrany. O czym dokładnie jest? To historia dwóch skrajnie różnych detektywów, którzy – pomimo niechęci do siebie nawzajem – chcą oczyścić Battle Creek z przestępczości. [MC]
8. Chuck Lorre
Król sitcomów. Człowiek, którego seriale co tydzień zbierają dziesiątki milionów widzów i bawią do łez. To on stworzył takie postaci jak Alan Charper albo Sheldon Cooper. „Dwóch i pół” oraz „Teoria wielkiego podrywu” to jego najsłynniejsze dzieła, które w sumie zdobyły 32 wyróżnienia. Jednak swoją karierę Lorre rozpoczął od pisania odcinków… „Łebskiego Harry’ego”. Pewnie młodsi czytelnicy nie będą kojarzyć tej kreskówki, ale w czasach gdy jeszcze istniało FOX Kids i nie było powszechnego internetu, ta bajeczka była niezły hitem. Ostatnio nawet była puszczana na jednym z polskich kanałów.
Zostając w świecie najmłodszych Chuck Lorre skomponował soundtrack do „Wojowniczych żółwi ninja”. Jego marka była już wtedy na tyle znana, że pozwoliło mu to dostać angaż w bardzo popularnym w tamtym czasie sitcomie, „Roseanne”, w którym jedną z głównych ról zagrał John Goodman. Lorre szlifował swój warsztat w serialach komediowych aż w końcu musiał przyjść czas i na jego autorski projekt – „Grace w opałach”. Choć serial przetrwał pięć to wśród widzów nie wzbudzał wielkich emocji. To samo tyczy się jego drugiego sitcomu, „Cybill”, który opowiada o perypetiach młodej aktorki.
Bez większego echa obie produkcje nie przetrwały próby czasu i popadły w zapomnienie. Inaczej trochę wygląda sprawa z „Dharmą i Gregiem” – sitcom o relacjach zakochanej pary zauroczył widzów i stał się pierwszą wizytówką Lorre’go.
Jednak dopiero „Dwóch i pół” dało mu silną pozycję w telewizji. Już sama obsada wzbudzała podziw, a fabuła o dwóch zupełnie różnych braciach i słodkim dzieciaku biła rekordy popularności. Przygoda na planie z Charlim Sheenem wiadomo jak się skończyła ale serial przetrwał bez niego. Niestety w trochę słabszej formie ale wciąż zbiera ok. 12 mln widzów. To i tak nic w porównaniu z tym, co wyprawia banda kujonów i jedna seksowna blondyna w „Big Bang Theory”. Oglądalność na poziomie 20 mln miała tylko słynna szóstka przyjaciół z Nowego Jorku. W ostatnich latach na ekrany trawiły kolejne dwa sitcomy, w których Lorre maczał palce.
Jednym z nich jest „Mike and Molly” – przy nim akurat tylko w roli producenta wykonawczego i od czasu do czasu jako scenarzysta. Drugi natomiast zadebiutował w 2013 roku. „Mamuśki” to projekt, który współtworzył z Eddie’m Gorodetskim i Gemmą Baker. [MC]
9. David Milch
12 sezonów przetrwał na antenie jego pierwszy serial, „Nowojorscy gliniarze”. Dzięki niemu Milch wszedł do grona scenarzystów, na których projekty czeka się z niecierpliwością i to zawsze musi być coś niezwykłego. Tak było ostatnio z „Luck”, gdzie przekonał samego Dustina Hoffmana do zagrania głównej roli – historia tego serialu potoczyłaby się może inaczej, gdyby nie trudy kręcenie i umierające konie na planie, co wywołało reakcje obrońców zwierząt. Ale to był jeden z czynników, które wpłynęły na anulowanie ambitnego projektu HBO. Gdy spojrzymy wstecz, Milch zawsze podejmował się trudnych zadań, które niekiedy przewyższały możliwości telewizji, co skutkowało wielkim pechem jeśli chodzi o kończenie projektów.
Po „NYPD Blue” zajął się ambitnym dramatem o kalifornijskich surferach („John from Cincinnati„), który – pomimo dobrych ocen – przetrwał jeden sezon. W ostatnich latach jego najsłynniejszym dziełem jest „Deadwood”, przerwane tym razem po trzech sezonach. Wiele osób myślało, że western to już zapomniany gatunek w telewizji, a Milch pokazał, że da się uchwycić klimat Dzikiego Zachodu, łącznie z jego brudem i brutalnością, połączyć go z wytrawnym dramatem i inteligentnymi dialogami – powstała jedna z najodważniejszych produkcji w historii telewizji, z ikonicznymi postaciami (Al Swearengen!).
Rozmach, z jakim był kręcony, spowodował, że koszty produkcji przewyższyły możliwości nawet takiej stacji jak HBO. Po nieudanej przygodzie z „Luck” nie poddaje się i już w 2014 ma wyjść „The Money”, w którym główne role obejmują znakomity angielski aktor Brendan Gleeson, Andrea Riseborough (widzieliśmy ją w „Niepamięci”) oraz dawno nie widziany Ray Liotta. Miejmy nadzieję, że na pojedynczym sezonie się nie skończy i David Milch będzie miał szansę rozwinąć skrzydła i zakończyć to, co zaczął. [MC]
10. Steven Moffat
Określenie Moffata jako najważniejszego obecnie twórcę brytyjskiego nie będzie przesadą. Po pierwsze to on dał światu najnowszą wersję przygód Sherlocka Holmesa – intrygująca, niebanalna, nowoczesna wizja tego, kim może być genialny detektyw i kto oraz w jaki sposób może na niego dybać. W związku z „Sherlockiem” Moffat odkrył dla świata Benedicta Cumberbatcha, jednego z najbardziej intrygujących aktorów ostatnich 2-3 lat. Powinniśmy mu być za to wdzięczni wszyscy. Po drugie, Moffat odpowiada za odświeżenie innej kultowej postaci – Doktora Who będącego na ekranie od lat już 50.
Od 2004 roku, kiedy podjęto decyzję o wznowieniu przygód Doktora, Steven Moffat stworzył kilkanaście kluczowych epizodów oraz (od 2009) zarządza już całym projektem BBC jako executive producer oraz szef scenarzystów. Nie pytajcie mnie, dlaczego „Doktor Who” jest tak kultowy, bo nie jestem tego w stanie odkryć od lat, niemniej polecam artykuł o najważniejszych odcinkach tego serialu, gdzie miejsce Moffata jest bardzo widoczne. Wcześniej Moffat dał telewizji brytyjskiej kilka znaczących seriali, których sława opiera się na wartościach autobiograficznych – „Joking Apart”, „Chulk” i „Coupling” to nieklasyczne seriale komediowe, które stacja BBC przywołuje jako swoje najważniejsze produkcje lat 90. i początku XXI wieku. [RO]
10 odcinków DOKTORA WHO, które musisz zobaczyć
11. Ryan Murphy
Najbardziej rozśpiewany scenarzysta ze wszystkich. Wszystko za sprawą jego najpopularniejszego serialu, czyli „Glee”, w swoim czasie niemalże kultowego (co dobrze obrazował jeden z odcinków „The Office„). Dla mnie osobiście dwa pierwsze sezony były naprawdę fajne, potem produkcja mocno straciła na świeżości. Jednak to ciągle bardzo wysoko notowany serial dla młodzieży mający już 5 sezonów i wciąż dość wysoką oglądalność. O wiele ciekawszy wydaje się drugi samodzielny projekt Murphy’ego, „American Horror Story”. Rzadko widuje się horror w telewizji, bo jest on trudny do zrealizowania w oryginalny sposób.
Murphy bardzo dobrze połączył ten gatunek z ciekawym dramatem, który wciąga widzów od pierwszego odcinka. W tym momencie warto wrócić do najważniejszego chyba serialu Murphy’ego, „Bez skazy”, którego emisja została zakończona w 2010 roku. To w nim Murphy pokazał, że potrafi budować odpowiednie napięcie, skleić inteligentne dialogi i rozrysować ciekawych bohaterów na niebanalnym tle (chirurgia plastyczna). Dlatego nie dziwi mnie obecna popularność „American Horror Story”, który – to jest novum w świecie telewizji – zmienia się prawie nie do poznania w każdym kolejnym sezonie, dzięki czemu produkcja zachowuje dużą świeżość.
W zeszłym roku Murphy zaprezentował nową produkcję, „The New Normal” o dwóch gejach szukających surogatki, jednak NBC zrezygnowało z serialu po jednym sezonie. Interesujący wydaje się kolejny jego projekt, tyle że filmowy. W „Dirty Sticks”, którego jest reżyserem, scenarzystą i producentem, zobaczymy m.in. Maryl Streep i Brada Pitta. Jego fabuła będzie się skupiać wokół żony prezydenta Nixona, która postanawia bronić męża przed zarzutami w sprawie afery Watergate. [MC]
12. Michael Schur
Miłośnicy amerykańskiej wersji „The Office” mogą kojarzyć Schura, lecz pewnie nie wiedzą, że on… to on. Pamiętacie dziwacznego kuzyna Dwighta, Mose Schrute’a, który nigdy nie opuścił farmy buraków? To właśnie Michael Schur, rodząca się gwiazda nowego rodzaju komedii telewizyjnej, bazującej na inteligentnym humorze, dużej dawce ironii, absurdu i igrania ze stereotypami – wszystko w formie mockumentary (czyli udawanego dokumentu). Swój talent szlifował przez kilka sezonów na planie Saturday Night Live, gdzie napisał dziesiątki skeczów. W „The Office” odpowiadał za scenariusz kilkunastu odcinków tego kultowego serialu, po czym – razem z Gregiem Danielsem, znajomym z SNL – stworzył autorski projekt, który miał być swoistym spin-offem „Biura”, ale powstało coś zupełnie nowego, ale w podobnym klimacie.
„Parks and recreation” nie wzbudził od razu wielkiego zachwytu (podobnie było z perypetiami załogi Dunder Mifflin), ale szybko rozwinął się w błyskotliwą komedię. Ostatni projekt Schura to spektakularny sukces – „Brooklyn Nine-Nine” to pozytywnie zakręcona historia prosto z nowojorskiego posterunku Policji, umiejętnie ogrywająca głupotę, inteligentnie napisana i wyśmienicie zagrana. Złoty Glob dla najlepszej komedii – po połowie pierwszego sezonu! – jest wystarczającą rekomendacją. [RO]
CZYTAJ DALEJ (Simon, Sorkin, Weiner, Whedon, Winter)
13. David Simon
Jeśli ktoś uwielbia dobre dramaty to seriale Simona są mu dobrze znane. W jego CV nie ma się praktycznie do czego przyczepić. Jako młody twórca zaczynał przy takich produkcjach jak „Wydział zabójstwo Baltimore” czy „Corner”. Zaczął przesiąkać światem gliniarzy, uczył się budowania historii i rozrysowania bohaterów. To wszystko zaprocentował przy jego pierwszym autorskim dramacie, „The Wire”, w Polsce znanym jako „Prawo ulicy. To serial, który w każdym porządnym rankingu musi być obecny na czołowych miejscach i który wyznaczył standardy dla realistycznych dramatów sensacyjnych z gliniarzami na pierwszym planie.
Można by na tym zakończyć, bo, podobnie jak w przypadku „Rodziny Soprano” Davida Chase’a, ten serial jest marką samą dla siebie. David Simon spokojnie mógłby spocząć na laurach i nikt nie miałby do niego o to pretensji. Dobrze jednak, ze tego nie zrobił. W 2008 roku był współtwórcą dramatu wojennego stacji HBO, „Generation Kill: Czas wojny”, w którym scenariusz został oparty na książce Evana Wrighta. Skupia się ona na oddziale marines, który w 2003 roku wyrusza do Iraku przed atakiem wojsk amerykańskich. Zainteresowanie bieżącymi wydarzeniami u Simona widać gołą ręką. Problemy z przestępczością, wojna, a w ostatnim jego serialu – dramat ludzki.
„Treme” pokazuje jak Nowy Orlean powstaje z popiołów po huraganie Kathrina. To kolejny duży sukces Simona, szkoda tylko, że nie cieszący się taką popularnością, na jaką zasługuje. [MC]
14. Aaron Sorkin
Pomimo, że teraz panuje szał na innego Aarona, to on nim również warto wspomnieć. Choć na początku i on marzył o występach przed kamerą: skończył szkołę teatralną i starał się o angaż w wielu produkcjach. Niestety, w tym biznesie o wiele częściej spotyka się ludzi, którym się nie udało niż tych, którzy odnieśli rzeczywisty sukces. Sorkin nie poddał się i za wszelką cenę chciał uczestniczyć w życiu filmowym. Zaczął więc pisać scenariusze. Jeśli spojrzymy, że jego pierwsze dzieło to „Ludzie honoru”, to możemy spokojnie uznać, że ma do tego wielki talent. Dla telewizji napisał cztery skrypty i żadnego z nich nie można uznać za porażkę, wszystkie stoją na bardzo wysokim poziomie i wszystkie zdobyły uznanie widzów i krytyków.
Sorkin wyrobił sobie charakterystyczny styl: dynamiczne dialogi, aktorzy często rozmawiają w ruchu, rozwinięte postaci drugoplanowe i stawianie na wartości, które stoją u podstaw działania różnych środowisk zawodowych, którym się Sorkin przygląda. W „Redakcji sportowej” pokazał duży potencjał: zachował klimat dziennikarstwa i odpowiedniej tematyki przy równoczesnym rozwijaniu relacji między bohaterami.
Największe uznanie Sorki zdobył za swój kolejny serial. „Prezydencki poker” to świetny dramat osadzony w realiach politycznych. „House of cards”, obecnie wynoszone na piedestał, może czyścić buty produkcji Sorkina. W latach emisji tego serialu pozostawał nieco w cieniu „Rodziny Soprano, ale, podobnie jak mafijna saga, serial mógł liczyć na coroczne nagrody. W tym samym roku, gdy zakończył się „Prezydencki poker”, do telewizji trafił kolejny projekt Sorkina – „Studio 60”. Jego fabuła skupia się wokół komediowego show, którego producenci starają się przywrócić go na odpowiedni tor po wpadce na antenie jednego z prowadzących.
Mistrzowski Matthew Perry, wiele ciekawych wątków i pokazanie sposobu pracy w typowym studio telewizyjnym – do dziś wielu krytyków uważa, że jest to najbardziej niedoceniony serial ostatniej dekady. Tylko jeden sezon i wielki zawód, ponieważ potencjał był ogromny. Sorkin zdystansował się nieco do telewizji i zajął pisanie scenariuszy filmowych. Zresztą, z dużym powodzeniem. „The Social Network”, „Wojna Charliego Wilsona” i „Moneyball” to filmy bardzo dobre, o czym świadczą nominacje do Oscarów za najlepsze scenariusze oryginalne. W 2012 roku powrócił jednak do TV. Postanowił tym razem pouczyć dziennikarzy, jak powinna wyglądać praca w redakcji informacyjnej w dużej stacji.
„Newsroom” z HBO jest znany szerszej publiczności więc warto tylko dodać, że za rok kończy się jego produkcja i nie wiadomo, nad czym będzie później pracował Sorkin. Z pewnością najbardziej oczekiwanym projektem jest filmowa biografia Steve’a Jobsa, tym razem oparta na książce Waltera Isaacsona, ale o tym filmie na razie niewiele wiadomo, oprócz właśnie pracy, którą ma wykonać Aaron Sorkin. [MC]
15. Matthew Weiner
Swoją karierę zaczynał w dobrze znanym Polakom serialu „Jak pan może, panie doktorze?”, choć o wiele lepiej pasuje jego oryginalny tytuł czyli „Becker”. Weiner może nie był tam głównym scenarzystą, bo napisał skrypty do zaledwie dziewięciu odcinków, ale to właśnie tam stawiał swoje pierwsze kroki. Na pewno przełomowym momentem w jego życiu zawodowym było dołączenie do grona scenarzystów „Rodziny Soprano”. Współpracował przy dwunastu epizodach i doświadczenie, które zdobył, pozwoliło mu na stworzenie jego własnego serialu – „Mad men”. Trzeba przyznać, ze w ostatnich latach AMC wypuściło na rynek sporo świetnych produkcji.
„Breaking Bad”, „The Walking Dead” i serial Weinera (najdłużej będący na antenie) są dziś ich wizytówką i dały coś czego nie da się łatwo kupić, a mianowicie zaufanie widzów. „Mad men” to genialnie rozpisany dramat rozgrywający się w latach 60., a jego głównym bohaterem jest pracownik firmy reklamowej, który osiągnął w swoim życiu niemalże wszystko: sukces zawodowy, pieniądze, piękną żonę, kochanki. Jednak produkcja Weinera opowiada nie tylko o perypetiach faceta z branży reklamowej. To również przedstawienie wielu problemów społecznych tamtych burzliwych lata: coraz śmielsza emancypacja kobiet, odważne ruchy hipisowskie, walczący o swe prawa czarnoskórzy obywatele i wartości rodzinne ulegające rozkładowi.
Matthew Weiner za swoje dzieło dostał w 2010 r. nagrodę Emmy, a sam serial był wielokrotnie zwyciężał w różnych kategoriach. Natomiast we wrześniu 2013 r. do amerykańskich kin trafił pierwszy film, którego reżyserem i scenarzystą jest Weiner. „You are here”, to komedia, w której główne role zagrali Owen Wilson i Zack Galifianakis. W kwietniu rusza ostatni sezon „Mad mena”, który zostanie podzielony na dwie części i jeszcze nie wiadomo jaki będzie następny projekt Weinera. Wiemy z pewnością jedno: cokolwiek stworzy, trudno mu będzie przeskoczyć „Mad men. [MC]
16. Joss Whedon
W świcie Marvela nie ma sobie równych. Odpowiada za większość projektów związanych z tym uniwersum: od serialu, „Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D.S” poprzez filmy dokumentalne o Comic-conie, kinowe filmy z uniwersum, a na „Avengers” (i przyszłorocznym sequelu wielkiego hitu) skończywszy, to wszystko jest pod okiem Whedona.
Od zawsze sprawdzał się jako twórca produkcji dla młodzieży. Widać to chociażby w zabawnych dialogach, ograniczonej przemocy czy efektownej akcji, którą zawsze stara się aplikować w swoich dziełach. Idealnym tego przykładem jest „Buffy: Postrach wampirów” – jego pierwszy samodzielny serial. Nie jest to klasyk telewizyjny, nikt tak naprawdę nie wspomina go z wypiekami na twarzy ani nie wypowiada jednym tchem obok innych hitów lat 90. Był to serial, który idealnie wpasował się w swoją epokę: lekki horror ze sporą dawką humoru, postaci nieco przerysowane i sporo akcji. Przetrwał aż siedem lat i wzmocnił nazwisko jego twórcy (oraz Sarah Michelle Gellar), który jeszcze w czasie emisji przygód o pogromczyni wampirów wydał na świat swój drugi serial, tym razem w klimacie SF, „Firefly”.
Co ciekawe, była to produkcja o wiele bardziej realistyczna, z inteligentną fabuła i interesującymi postaciami ale pomimo uznania krytyków i zachwytu widzów serial został zdjęty już po pierwszym sezonie. To jeden z tych seriali, który wyprzedził swoją epokę. Również w trakcie kręcenia jeszcze „Buffy; Postrach wampirów” w telewizji pojawi się kolejny projekt Whedona, który został utrzymany w podobnej tematyce. „Anioł ciemności” to produkcja mroczniejsza, z większą dawką emocji i nieprzewidywalności. Razem z Davidem Greenwaltem stworzyli serial, który utrzymał się przez pięć sezonów i zgarnął kilka wartościowych nagród.
Po zakończeniu emisji „Aniołów ciemności” Whedon zrobił sobie odpoczynek od autorskich produkcji w telewizji. W 2005 roku do kin weszło „Serenity”, filmowa kontynuacja „Firefly” na podstawie jego scenariusza, i które sam wyreżyserował. Do telewizji powrócił w 2009 roku z „Dollhouse”. W odróżnieniu od poprzednich produkcji, ta miała dużo głębsze przesłanie, skupiała się na zepsutej stronie świata i na pewno trochę starsi widzowie mogli znaleźć w nim coś dla siebie – serial jednak zbyt pośpiesznie anulowano po dwóch sezonach. No i na koniec najgorsze, czyli „Agenci T.A.R.
C.Z.Y.
Recenzja MARVEL’S AGENTS OF S.H.I.E.L.D.
17. Terence Winter
Sukces bijącego ostatnio rekordy popularności „Wilka z Wall Street” to nie tylko zasługa Martina Scorses i Leonardo DiCaprio. Nieco w ich cieniu znajduje się człowiek odpowiedzialny za napisanie scenariusza, który potem świetnie zekranizował amerykański reżyser. Mowa oczywiście o Winterze. Przy pisaniu o nim nawet kilku słów trudno jest mi pozostać obiektywnym. Jestem po uszy zakochany w jego produkcji – „Zakazane Imperium”. Podziwiam go za inteligentne dialogi, odpowiednie kierowanie poszczególnymi wątkami, czy umiejętnością wykreowania bohaterów drugoplanowych (co zresztą widać również w „Wilku…”).
Swoją karierę zaczynał przy znanym dobrze polskiej publiczności serialu, „Xena: Wojownicza księżniczka”. W mojej pamięci zachował się pozytywny obraz tej produkcji ale o wiele bardziej zachwycałem się „Herkulesem”. W tym samy czasie Winter pracował na planie familijnej produkcji „Nowe przygody Flipper”, w której to swoją karierę zaczynał Jessica Alba. Z klimatu młodzieżowego Winter przeniósł się na plan „Rodziny Soprano”. Ważne o tyle, że to w tym samym czasie pisał scenariusz do swojego pierwszego filmu, „Get Rich or Die Tryin’”. Spisana historia życia jednego z najpopularniejszego amerykańskich raperów, 50 Centa, była nie lada wyzwaniem.
Ale, jak pokazują opinie widzów, wraz z reżyserem Jimem Sheridanem udało im się wiernie przedstawić całą opowieść. Pozostając nieco w gangsterskim świecie, Winter napisał scenariusz do „Praw Brooklynu” – w wielkim skrócie raczej nie polecam fanom tego gatunku. Potem już nastały jednak lepsze czasy – „Zakazane Imperium”, a ostatnio „Wilki z Wall street”. Aż strach pomyśleć co następnego szykuje Winter. [MC]
