Connect with us

Publicystyka filmowa

Krąg (1998) vs Krąg (2002)

O rewolucji w kinie grozy czyli „Krąg” Hideo Nakaty. A także „Krąg” Gore Verbinskiego jako pomysłowa kopia.

Published

on

Krąg (1998) vs Krąg (2002)

Myśląc o tekście dotyczącym Kręgu, zastanawiałem się, o czym powinienem napisać. O kinematograficznym fenomenie, który ufundował cały J-horror, służąc za matrycę dla filmowych opowieści o japońskich mściwych duchach? A może o grozie podyktowanej technologicznym rozwojem, swoistym ostrzeżeniem przed siłą telewizyjnego medium i nałogiem oglądania wszystkiego, co wpadnie nam w ręce? Ale Krąg to nie tylko jeden film.

Advertisement

Na samym początku była książka Koji Suzukiego, potem różnego rodzaju wersje japońskie (tak kinowe, jak i telewizyjne), film Hideo Nakaty, dwie (odrębne!) kontynuacje, prequel, wersja koreańska, w końcu amerykańska oraz jej sequel. Czy jednak konieczne jest pisanie o tym wszystkim, skoro jedyna godna uwagi jest oryginalna historia? Ze względu jednak na to, że wersja z 1998 roku dokonała wielu znaczących zmian względem książkowego oryginału, a co więcej, to właśnie od niej zaczął się światowy szał na japońskie horrory, trudno nie traktować jej jako tej najważniejszej.

Skoro zaś nasze ekrany właśnie nawiedza Rings F. Javiera Gutiérreza, czyli trzeci amerykański film, warto porównać obie pierwsze części, zwłaszcza że remake w reżyserii Gore Verbinskiego powszechnie uważany jest za jeden z lepszych w gatunku.

Advertisement

Jeśli ktoś lubi horrory, nie może nie znać fabuły Kręgu. Hasło „przeklęta kaseta video” z pewnością zapala właściwe lampki w naszej głowie, choć niekoniecznie przed oczami pojawi się nam japońska wersja filmu. Amerykańska przeróbka z 2002 roku jest na tyle popularna, że wielu widzów uznaje ją za bardziej udaną od dzieła Nakaty. Należy tu chyba mówić o kwestii gustu, gdyż najczęstszymi zarzutami kierowanymi pod adresem japońskiego oryginału są powolne tempo oraz twierdzenie, że film nie jest straszny. Jednocześnie to samo można zarzucić remake’owi, zwłaszcza jeśli najpierw widziało się azjatycki pierwowzór (w wielu krajach do kin trafiła najpierw wersja amerykańska, później zaś japońska).

Niedawno powtórzyłem sobie obie wersje, jedna po drugiej, co nie tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że pierwszy film jest dowodem narracyjnej perfekcji Nakaty, która służy tworzeniu ekranowej grozy i budowaniu napięcia, ale również, że Verbinski miał całkiem inny pomysł na tę samą fabułę.

Advertisement

Dwie nastolatki siedzą samotnie w domu. Jedna z nich zaczyna opowiadać niedawno zasłyszaną historię o nagranym na video filmie, po obejrzeniu którego dzwoni telefon, a dana osoba słyszy w słuchawce, że ma zaledwie siedem dni życia. Druga z dziewczyn reaguje autentycznym przestrachem. „Widziałam ten film. To było dokładnie tydzień temu”, mówi. Jednak nie – okazuje się, że żartuje sobie z koleżanki. To odprężenie trwa dosłownie chwilę, gdyż zaczyna dzwonić domowy telefon i dziewczyna znów jest przerażona. Więc to jednak była prawda. Druga nastolatka postanawia zareagować i podnosi słuchawkę.

Chwila niepewności. To tylko matka tej zlęknionej. Rozmowa jest krótka, ale wyraźnie rozładowuje atmosferę. Gdy koleżanka idzie na górę, druga buszuje w kuchni. Wtem włącza się telewizor. Sam. Dziewczyna wyłącza go, lecz chwilę później zaczyna słyszeć dziwne dźwięki dochodzące z pokoju z odbiornikiem. Odwraca się i w tym momencie mamy stopklatkę, a kadr zamienia się w negatyw. Stało się coś złego, tyle wiemy.

Advertisement

Tak pierwsza scena wygląda u Nakaty. Poraża normalnością i spokojem, udowadnia, że same słowa mogą napędzać lęk, jednocześnie stopując napięcie momentami odprężenia.

Przypomina to sinusoidę – gdy myślimy, że zaraz stanie się coś złego, nic takiego się nie dzieje; odzyskujemy spokój, choć czujemy, że jest on chwilowy. Prolog (a za nim cały film) cechuje również wyjątkowo realistyczne podejście, które wydaje mi się największym odstępstwem, gdy mowa o amerykańskiej wersji.

Ta sama pierwsza scena jest u Verbinskiego tak przestylizowana, że zamiast budzić strach, zaczyna irytować. Po części bierze się to z faktu, że dwie dziewczyny w sequelu są rzeczywiście nieznośne i nieco nawet sztampowe w swoim zachowaniu, przez co to, co dzieje się z nimi później, jawić się może jako kara. Gorsze jest jednak podejście reżysera, który nie wierzy w siłę tej sytuacji, starając się urozmaicić ją na różne sposoby. Już sam zielony filtr w pewien sposób zniekształca rzeczywistość, powodując, że wszystko ma odcień tego koloru, ale Verbinski idzie dalej, ukazując nam jakieś dziwne, poruszające się smugi w odbiciu telewizora, które najwyraźniej urwały się z cyklu Oszukać przeznaczenie.

Advertisement

Puenta prologu również uderza dosadnością, mówiąc nam wprost, skąd nadejdzie atak – dziewczyna widzi wylewającą się spod drzwi pokoju wodę, pociąga za klamkę, jej oczom ukazuje się włączony telewizor i kadr z niesławnego filmu, po czym kamera niebezpiecznie szybko zbliża się w stronę dziewczyny, która krzyczy z przerażenia. Coś złego dzieje się też z jej twarzą, ale urwana nagle scena nie pozwala nam przyjrzeć się temu dokładnie.

Te pierwsze minuty niezbyt fortunnie otwierają remake, choć później jest zdecydowanie lepiej. Porównanie obu filmów scena po scenie nie ma jednak większego sensu, gdyż Japończyk i Amerykanin mają całkiem różną wizję horroru. Do pewnego momentu historia u obu jest identyczna – młoda i zdolna reporterka (prywatnie ciotka pechowej dziewczyny z prologu) zaczyna badać sprawę przeklętego nagrania, oczywiście je odnajduje i ogląda, po czym szybko orientuje się, że jeśli w ciągu siedmiu dni nie znajdzie rozwiązania tajemnicy kryjącej się za klątwą, umrze.

Advertisement

Inaczej do tematu podchodzi Nakata, inaczej Verbinski. Ten pierwszy stawia na formalny minimalizm i realizm, co upodabnia jego film do produkcji telewizyjnej, choć maestrią w tworzeniu grozy mógłby stanąć w jednym rzędzie z Williamem Friedkinem. Verbinski natomiast kręci wysokobudżetowe, dopieszczone pod względem wizualnym kino, które od samego początku ma dać widzowi wrażenie A-klasowej produkcji. Twórca późniejszych Piratów z Karaibów myśli o horrorze w tych samych kategoriach jak o filmie przygodowym – należy oddać gatunkowi sprawiedliwość przez realizacyjną perfekcję i efektowność obrazu.

Szlachetne podejście, choć w kinie grozy niekonieczne chodzi o wystawność. Akurat w tym przypadku nie będę czynił z tego zarzutu. Amerykański Krąg wygląda wspaniale, odchodząc od taniości i amatorskości, z jakimi horror często jest kojarzony.

Advertisement

Wolę jednak podejście Japończyka nie tylko dlatego, że w dobie rozpoczętej przez Krzyk rewitalizacji slasherów, oryginalny Krąg stanowił powiew świeżości i niespotykanego stylu. Ważniejsza od tego jest konsekwencja, z jaką Nakata trzyma w ryzach tę opowieść, starając się ograniczyć elementy fantastyczne do minimum, aby finał tym bardziej wstrząsnął widzem.

Proszę zauważyć, jak niewiele w azjatyckim oryginale jest scen, brzydko mówiąc, horrorowych; jak niewiele sytuacji, w których coś bezpośrednio grozi głównym bohaterom. Niebezpieczeństwo wisi nad Reiko (Nanako Matsushima) oraz jej byłym mężem (Hiroyuki Sanada), ale spełnienie groźby oddalone jest w czasie. Nieprzypadkowo najbardziej złowieszczymi momentami są te, kiedy na ekranie pojawiają się napisy odliczające koniec tygodnia; towarzysząca im muzyka (a raczej parę niskich dźwięków) skutecznie przypomina nam o zbliżającej się tragedii. Do tego momentu obserwujemy dziennikarskie śledztwo, unikające sensacyjności i niepotrzebnych epizodów.

Advertisement

Oczywiście jest samo nagranie, kolaż surrealistycznych kadrów sugerujący niemożliwość nakręcenia takiego materiału przez człowieka. Jest i parapsychiczna zdolność, jaką posiada mąż, a za nim być może również syn głównych bohaterów, ale to, w jaki sposób się ona manifestuje, reżyser wyzyskuje bardziej za pomocą dźwięku niż obrazu. To wszystko nie podważa realizmu opowieści, raczej umacnia ją w prawdziwym świecie, gdzie przeklęta kaseta video nie powinna istnieć, a inności swojego eks należy się raczej wystrzegać. Jednocześnie Nakata wiele rzeczy pozostawia niedopowiedzianych, niejasnych nawet, każąc nam samym zgadywać, co mogą oznaczać.

Jak na ironię, dużo składniej i szczegółowiej poprowadzona intryga u Verbinskiego służy za podstawę wizji mocno nierealistycznej. Niby jest to nasza rzeczywistość, w której klątwa budzi sprzeciw poznawczy bohaterów, a jeśli Rachel (Naomi Watts) chce odnaleźć ratunek, musi porządnie wykonać swoją reporterską pracę (uwielbiam scenę, w której aktorka przedziera się przez opasłe woluminy prasowe). Ale świat zmienia się z chwilą, w której podejmuje ona decyzję o włożeniu taśmy do magnetowidu – liście na stojącym przed domem drzewie zabarwiają światło na czerwono, rzucając na wszystko krwawą poświatę.

Advertisement

Nieco później w filmie Rachel atakuje rozszalały koń na promie, zapewniając sobie wyjątkowo makabryczny koniec. Sceny tej nie mogłoby być w japońskiej wersji, bo jej surrealizm lepiej współgra z przeklętym nagraniem niż rzekomym autentyzmem otoczenia. No i ten cudowny moment z muchą, którą główna bohaterka wyciąga z filmu. Według mnie kluczowe potwierdzenie tego, jak bardzo Amerykanin odchodzi od oryginału, gdzie dopiero w finale przekraczanie granicy między dwoma światami jest ukazane wprost. I u Nakaty jest to rzeczywiście nagłe, szokujące rozwiązanie, po mistrzowsku przygotowane i przeprowadzone.

Verbinski rezygnuje z wielkiej niespodzianki na koniec, bo wie, że dla wielu widzów jest ona już spalona. Zamienia jeden wstrząs na kilka mniejszych, praktycznie nigdy nie chybiając celu, gdy chodzi o oryginalne pomysły. Kopiując oryginał, nie zawsze osiąga zadowalające efekty, czego najlepszym dowodem jest wspomniany prolog.

Advertisement

Nie wspominam nic o Sadako/Samarze, ubranej na biało postaci z czarnymi, długimi włosami, gdyż w jej przypadku różnic jest więcej niż podobieństw. Historia tej bohaterki w każdym z filmów działa dobrze, choć japoński oferuje coś więcej niż tylko kolejnego pamiętnego złoczyńcę z horrorów, wprowadzając ciekawą analogię między losami Sadako i jej bliskich, a sytuacją rodzinną Reiko. Pomijam jednak tę postać również z innego powodu. Krąg nigdy nie był o niej. Tak, ostatecznie to ona okazuje się być siłą sprawczą całego zła, a ratunku bohaterowie szukają w jej przeszłości.

To również jej wizerunek jest znakiem rozpoznawczym serii czy wręcz symbolem całego nurtu J-horror. Ale w pierwszym filmie jest niczym więcej jak synonimem zagłady, nie pełnokrwistą bohaterką (to spróbują „naprawić” kontynuacje), a mroczną manifestacją zawiedzionych uczuć i nienawiści. Co nie znaczy, że łatwo ją zapomnieć.

Advertisement

10. Festiwal KAMERA AKCJA. Do utraty tchu, ale bez zadyszki

Sadako zapewnia jeden z najbardziej niespodziewanych i przerażających widoków w kinie grozy, w chwili, gdy myślimy, że już nic złego nie może się stać. Łamie wszelkie reguły gry pokonując materię, czyniąc z telewizyjnego medium instrument zemsty i drogę ku wolności.

Tę jednak niekoniecznie należy rozumieć w sposób dosłowny. Krąg Hideo Nakaty jest prawdziwie strasznym filmem, ale również wiele mówiącym o strachu. O tym, w jaki sposób rodzi się i rozwija – czy to przez zasłyszaną miejską legendę, czy to przez obrazy, jakie budzą w nas niepokój, czy też świadomość własnej śmiertelności, zwłaszcza jeśli ktoś nam mówi, kiedy dokładnie umrzemy. Ujściem dla niego będzie straszenie kogoś innego. Nakata jest w tej diagnozie bezlitosny, wiedząc, że bez ofiar się nie obędzie.

Czy nie o tym samym mówi również Verbinski? Poniekąd tak, lecz w przypadku remake’u nie wybrzmiewa to równie mocno. Powód jest prosty – amerykańska wersja chce podtrzymać zainteresowanie widza efektownymi straszakami, nie pozostawiając sobie wystarczającego pazura na koniec. Oryginał zaś przez cały czas przygotowuje fundament pod wielki finał, kumulując grozę, aby mogła wybuchnąć w decydującym momencie. Gdy ten nadchodzi, boimy się nie na żarty, że zaraz coś wyskoczy z naszego ekranu. Film się kończy, a my nadal z podejrzeniem patrzymy na nasz telewizor. Czy nie po to oglądamy horrory?

Advertisement

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *