Publicystyka filmowa
Oceniamy filmy PAULA THOMASA ANDERSONA na dwa głosy
Paul Thomas Anderson to bez dwóch zdań jeden z najbardziej utalentowanych reżyserów współczesnego kina amerykańskiego.
Już za niecały tydzień na ekrany polskich kin trafi Licorice Pizza – najnowszy film Paula Thomasa Andersona, bez dwóch zdań jednego z najbardziej utalentowanych reżyserów współczesnego kina amerykańskiego. To więcej niż znakomity pretekst do tego, aby prześledzić rozwój jego filmowej kariery, która wkroczyła w profesjonalny etap ponad dwadzieścia pięć lat temu za sprawą debiutanckiego Ryzykanta i szczęśliwie trwa po dziś dzień, przynosząc wyjątkowo obfite owoce.
Dotychczasowe filmy Andersona oceniają Tomasz Raczkowski i Jan Brzozowski.
Ryzykant (1996)
Tomasz Raczkowski: Debiut pełnometrażowy Paula Thomasa Andersona dziś niknie gdzieś pod późniejszymi perełkami w jego filmografii, a niesłusznie. Ryzykant to świetnie napisana i równie dobrze zagrana opowieść przywodząca momentami na myśl rodzimego Wielkiego Szu. Widać tu, jak krystalizuje się unikalny styl Andersona, czerpiącego garściami z amerykańskiej klasyki dramatycznej oraz gatunkowej, ale przetwarzającego motywy na własną modłę. Suspens idzie w parze z emocjonalnymi stawkami, całość zaś spowija świetnie wykreowany, niejednoznaczny klimat. Już w 1996 roku musiało być jasne, że PTA to nie pierwszy lepszy reżyser.
⑦
Jan Brzozowski: Wyjątkowo dojrzały debiut, a zarazem pierwszy rozdział opasłego traktatu o kryzysie moralnym Stanów Zjednoczonych, którego triumfalnym zwieńczeniem okazały się filmy zrealizowane przez Paula Thomasa Andersona ponad 10 lat później. W Ryzykancie Amerykanin nie jest dla swoich bohaterów jeszcze tak bezlitosny jak w przyszłych projektach. Relacja pomiędzy Sydneyem (Philip Baker Hall) a Johnem (John C. Reilly), chociaż zbudowana na przemilczanym, nigdy niewypowiedzianym kłamstwie, jest z pewnością autentyczna i wartościowa dla obu bohaterów – stanowi ponadto istotny punkt odniesienia dla wszystkich kolejnych zderzeń figury ojca (najczęściej przybranego, niebiologicznego) i syna w filmografii Andersona.
Ryzykant zapowiada nadejście nowego, w pełni autorskiego głosu w historii amerykańskiego kina; głosu, który jednak, co niezwykle istotne, nie boi się czerpać z dokonań wcześniejszych mistrzów. Podczas pracy nad swoim debiutem Anderson inspirował się przede wszystkim filmami Johna Cassavatesa – intensywnymi, psychologicznie pogłębionymi, operującymi głównie na zbliżeniach i półzbliżeniach, wreszcie, skoncentrowanymi nie tyle na akcji i szeroko pojętej fabule, co na bohaterach i wcielających się w nich aktorach.
⑦
Boogie Nights (1997)
Jan Brzozowski: Film, którym Anderson tylko potwierdził swój niebywały talent – za wystarczający dowód może posłużyć już sama scena otwierająca, zrealizowana na czterominutowym, zapierającym dech w piersiach mastershocie. Cała reszta to dwuipółgodzinna, wielowątkowa epopeja, w której przemysł pornograficzny posłużył za papierek lakmusowy przemian społecznych, obyczajowych i technologicznych, związanych z przełomem lat siedemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Szczególnie interesująca wydaje się ostatnia z tych trzech kategorii, reprezentowana w Boogie Nights przez, znamienne również dla kina, przejście z taśmy i kamery analogowej na zdecydowanie wygodniejszą kamerę cyfrową.
Wraz ze sposobem rejestracji, zmienia się również forma dystrybucji filmów pornograficznych – nie ma już dla nich miejsca w kinach, na dużych ekranach, wszystkie zaczynają trafiać „straight to VHS”. Te nagłe zmiany doprowadzają do powolnego upadku pornograficznego imperium Jacka Hornera (Burt Reynolds), postaci z gruntu Fitzgeraldowskiej, niemalże modelowego „ostatniego z wielkich”. Upadku o tyle bolesnego, bo dotykającego bohaterów, z którymi widzowi wyjątkowo łatwo przychodzi odnaleźć nić porozumienia, pomimo ich życiowego zagubienia i wszelkich, towarzyszących temu nałogów.
⑧
Tomasz Raczkowski: Film, który wystrzelił karierę Andersona to przetworzenie tematu, który reżyser podjął już w krótkim metrażu z 1988 roku. Boogie Nights to miejscami przewrotna, miejscami prześmiewcza, a miejscami naprawdę mroczna historia wzlotu i upadku gwiazdy filmów porno w latach 70. Eddie, vel Dirk Diggler (do dziś jedna z najpoważniejszych i najlepszych ról Marka Wahlberga) obdarzony ogromnym darem (czytaj: penisem) i co za tym idzie wielkim talentem dla filmów dla dorosłych robi zawrotną karierę w branży, ale równie szybko odkrywa czyhające za drzwiami sławy demony.
Anderson opowiada tę historię z do dziś robiącą wrażenie swadą, tkając wokół Eddiego/Dirka sieć intrygujących wątków postaci drugoplanowych – z robiącą wrażenie obsadą: m.in. Julianne Moore, Burt Reynolds, Philip Seymour Hoffman, John C. Reilly, Willima H. Macy – i tworząc ciętą satyrę na show biznes (nie tylko w wariancie porno). Zgodnie z tytułem Boogie Nights to intensywna filmowa podróż, dająca zarówno solidną porcję rozrywki, jak i dużą dawkę gorzkiej refleksji nad ludzkim losem. Anderson szarżuje i odnosi brawurowy sukces.
⑧
Magnolia (1999)
Tomasz Raczkowski: Dziś to już film kultowy, perfekcyjnie rozpisana na gwiazdorską ensemble cast (na pokładzie m.in. Tom Cruise, Julianne Moore, Philip Seymour Hoffman, William H. Macy, Alfred Molina) mozaikowa opowieść o ludzkich dramatach i przecinaniu się krętych ścieżek życiowych. Mnie osobiście film ten nigdy aż tak nie porywał, głównie dla tego, że zbyt mocno czuć w nim ducha i wpływ podobnych opowieści snutych przez Roberta Altmana. Nie zmienia to jednak faktu, że Magnolia to film znakomicie zrealizowany i poruszający, właściwie bez fałszywych tonów. A scena finałowa to już osobna kwestia i jakość sama w sobie, która przeszła do historii kina na własnych warunkach.
⑦
Jan Brzozowski: Monumentalne, ponad trzygodzinne domknięcie pewnego etapu w twórczości Paula Thomasa Andersona. Reżyser doprowadził tutaj koncept wielowątkowej opowieści, wypróbowany już w Boogie Nights, a zaczerpnięty w bezpośredni sposób od Roberta Altmana (nawiązania do Na skróty są aż nadto widoczne), do ekstremum. Na ekranie pojawia się cała galeria barwnych bohaterów, w których wcielają się prawdziwe hollywoodzkie tuzy: Tom Cruise, Philip Seymour Hoffman, Julianne Moore, William H. Macy, John C. Reilly i inni. W Magnolii każdy z nich znajduje się w punkcie zwrotnym swojego życia; w miejscu, z którego nie ma już odwrotu – namacalnym, apokaliptycznym symbolem tej sytuacji staje się, rzecz jasna, biblijny deszcz żab, stanowiący punkt kulminacyjny filmu.
Moim ulubionym fragmentem nie jest jednak pamiętna, żabia nawałnica, lecz znacznie skromniejsza, poetycka scena, w trakcie której każda z najważniejszych postaci wykonuje utwór „Wise Up” Aimee Mann. Wobec piosenki, podobnie jak wobec apokalipsy, wszyscy są równi.
⑧
Lewy sercowy (2002)
Jan Brzozowski: Co mógł zrealizować Paul Thomas Anderson po Magnolii? Chyba tylko komedię romantyczną. Większość miłośników tego gatunku musiała jednak czuć się po seansie Lewego sercowego co najmniej zakłopotana. Rolę charyzmatycznego amanta zajął tutaj znerwicowany, zagubiony milczek o twarzy Adama Sandlera (jedna ze zdecydowanie najlepszych, zaraz obok występów w Nieoszlifowanych diamentach i Opowieściach o rodzinie Meyerowitz, ról w dorobku amerykańskiego aktora); zamiast romantycznych plenerów i bogatych, skrzętnie urządzonych wnętrz na ekranie pojawiała się najczęściej na wpół opustoszała hala produkcyjna; popowe hity, wprowadzające widza w przyjemny, bezpieczny nastrój zostały natomiast zastąpione przez niezidentyfikowany stukot, powodujący co najwyżej konfuzję, która multiplikuje się z każdą kolejną minutą seansu. Jeżeli traktować Lewego sercowego jako komedię romantyczną, to tylko w kategoriach gatunkowej dekonstrukcji, rozsadzającej gatunkowe i inscenizacyjne schematy od środka.
⑦
Tomasz Raczkowski: Pierwszy (ale nie ostatni) mocniejszy skręt konwencji w dorobku Andersona. Po zamaszystych, obdarzonych mocno tragicznym rysem historiach, reżyser zwrócił się ku przynajmniej z pozoru lżejszym klimatom, tworząc podszyty obficie komedią dramat obyczajowy z wątkiem romantycznym w środku. Do tego na pierwszym planie postawił Adama Sandlera, specjalistę od mało ambitnych (czytaj: najczęściej żenujących) komedii. Tym ostatnim Anderson zapisał się w annałach jako bodaj pierwszy twórca, który wykorzystał aktorski potencjał Sandlera (udowadniany później w przerwach między kolejnymi żartami o puszczaniu bąków choćby u Noah Baumbacha czy braci Safdie).
Lewy sercowy to nie „przerywnik” w filmografii Andersona, ale po prostu udowodnienie, że jest reżyserem otwartym i wszechstronnym. Film nawet po latach imponuje świeżością i bezpretensjonalnością, dowodząc, że szufladki gatunkowe to tylko etykietki. Takiej klasy reżyser jak Anderson może kręcić co i z kim chce, i zawsze będzie to autorskie, jakościowe kino.
⑦
Aż poleje się krew (2007)
Tomasz Raczkowski: Wcześniejsze filmy Paula Thomasa Andersona mogły mieć świetną obsadę i znakomite kreacje, ale dopiero w Aż poleje się krew otrzymaliśmy u tego reżysera tak totalne pod względem aktorskim dzieło. Daniel Day Lewis oraz Paul Dano wznieśli się na wyżyny, napędzając film swoimi wybitnymi rolami, czym dopełnili całokształtu kompletnego dzieła, jakie zaserwował swoim widzom Anderson. Wycieczka na przełom XIX i XX wieku, do momentu, w którym rodził się amerykański przemysł nafciarski i co za tym idzie amerykańska globalna potęga, to bynajmniej nie heroiczna narracja o wartości ciężkiej pracy i dzielnych budowniczych dobrobytu.
Aż poleje się krew to, jak sugeruje już tytuł, brutalna i pod pewnymi względami obrazoburcza opowieść o bezwzględności i grzechu, na których budowane są imperia. A przy tym to film wizjonersko zrealizowany, którego poszczególne sekwencje bez zbędnego efekciarstwa zapierają dech w piersi. Jeśli do 2007 roku ktoś miał wątpliwości, jakiego kalibru reżyserem jest Paul Thomas Anderson, ten film to rozwiał.
⑨
Jan Brzozowski: Niezwykła filmowa przypowieść o kapitalistycznych fundamentach Stanów Zjednoczonych; amerykańskim śnie, u którego podstaw tkwi prawdziwy koszmar. Władzę i pieniądze zdobywają w Aż poleje się krew oportuniści, gotowi poświęcić dla perspektywy rychłego wzbogacenia się wszystko: rodzinę, przyjaciół, zdrowie, sumienie. Cena nie odgrywa większej roli, liczą się tylko efekty. Jedną z takich osób jest główny bohater filmu Andersona, Daniel Plainview (absolutnie wybitny Daniel Day-Lewis) – człowiek pozbawiony skrupułów, nieobliczalny, emanujący zwierzęcą, zatrważającą duszę energią.
Aż poleje się krew to projekt wyjątkowy z jeszcze co najmniej jednego powodu. To tutaj po raz pierwszy przecięły się artystyczne drogi Paula Thomasa Andersona i Jonny’ego Greenwooda. Od tej pory wszechstronnie utalentowany gitarzysta z Radiohead stał się etatowym kompozytorem filmów autora Boogie Nights, pracując nad ścieżkami dźwiękowymi aż pięciu kolejnych projektów sygnowanych jego nazwiskiem.
⑧
Mistrz (2012)
Jan Brzozowski: Film, który wzbudził mnóstwo kontrowersji jeszcze na długo przed swoją premierą – przede wszystkim ze względu na to, że jeden z najważniejszych bohaterów miał być stosunkowo wiernym odzwierciedleniem L. Rona Hubbarda, założyciela niesławnego kościoła scjentologicznego. Mistrz okazał się jednak w pierwszej kolejności uniwersalną opowieścią o zagubionym, podatnym na manipulację człowieku, który nie potrafi odnaleźć swojego miejsca na świecie po powrocie z frontu II wojny światowej. Gdy na jego drodze pojawia się charyzmatyczny guru, będący dla protagonisty kimś w rodzaju niebiologicznego ojca i fałszywego proroka jednocześnie, mężczyzna nagle zaczyna odzyskiwać grunt pod nogami – zyskuje cel, którego wcześniej w jego życiu brakowało.
Znów ma komu służyć. Mistrz jest również, a być może przede wszystkim, popisem aktorskim dwóch wielkich osobistości – Joaquina Phoenixa i Philipa Seymoura Hoffmana. Ich intensywne, znakomicie napisane i wyreżyserowane pojedynki retoryczne przykuwają widza do ekranu, obejmując całkowitą kontrolę nie tylko nad jego percepcją, ale i wyobraźnią.
⑧
Tomasz Raczkowski: Mistrz to dla mnie pod pewnymi względami film powrotów. Pierwsze dzieło Andersona, którego miałem okazję wyczekiwać i obejrzeć premierowo w kinie, to z jednej strony powrót reżysera po pięciu latach od monumentalnego Aż poleje się krew, z drugiej zaś powrót grającego główną rolę Joaquina Phoenixa, wracającego do aktorstwa po kilkuletniej przerwie związanej z projektem Jestem jaki jestem. Efektem współpracy tych dwóch panów, Amy Adams i Andersonowskiego weterana Philipa Seymoura Hoffmana jest fascynujący, kameralny film o próbach zapełnienia emocjonalnej pustki i psychicznym oraz emocjonalnym uzależnieniu.
Anderson znów tworzy frapującą układankę losów i zależności, ale tym razem rozpisuje na bardziej zamkniętą historię snującą się wokół relacji dwóch postaci. Mistrz jest przy tym filmem z założenia nieefektownym, raczej chłodnym i oszczędnym, co daje przestrzeń obsadzie do budowania złożoności swoich postaci, a widzowi pozwala się delektować niuansami opowieści.
7,5
Wada ukryta (2014)
Jan Brzozowski: Ekranizacja głośnej powieści Thomasa Pynchona, uznawana przez wielu za jeden z gorszych, o ile nie po prostu najgorszy film w dorobku Paula Thomasa Andersona. Cóż, osobiście nie potrafię zgodzić się z osobami, które zarzucają Wadzie ukrytej chaotyczność, brak emocjonalnego zaangażowania czy niepotrzebne przeładowanie głośnymi nazwiskami. Dla mnie film Andersona pełni względem amerykańskiego kryminału noir podobną rolę, co Lewy sercowy względem komedii romantycznej. Dekonstruuje skostniały gatunek, wprowadzając na scenę pogubionego detektywa-narkomana (nieodłączną butelkę whiskey z powodzeniem zastąpiły jointy i kokaina), plącząc wątki, nie rzucając nam gotowych rozwiązań pod nogi.
Wada ukryta, podobnie jak reszta filmów Andersona, jest niesamowita także pod względem aktorskim: Phoenix dwoi się i troi na ekranie, funkcjonuje jako nasz osobisty przewodnik po wspaniale zainscenizowanym Los Angeles lat siedemdziesiątych, samemu rozumiejąc z otaczającej go rzeczywistości piąte przez dziesiąte. Jedna ze zdecydowanie najlepszych ról w jego bogatej, obfitej w niezapomniane kreacje karierze.
⑧
Tomasz Raczkowski: Pewnie najbardziej dziwny i niedoceniony film Andersona. Ekranizacja zawiłej, enigmatycznej powieści Thomasa Pynchona stara się oddać postmodernistycznego ducha pierwowzoru – główny bohater grany przez Joaquina Phoenixa płynie w oparach marihuany i innych używek przez świat romantycznych dramatów, korporacyjnych spisków, długów, zemst i codziennego banału, urastającego do rangi tajemnego misterium. Wada ukryta to bardziej zaproszenie do wizualnej, filmowej podróży i zabawy w układanie klocków w różnych konfiguracjach, niż linearny, precyzyjny film, do jakich przyzwyczaił nas Anderson.
Jednak nie jest to czysta impresja – wszystko jest przemyślane i na swoim miejscu. Inna rzecz, że „swoje miejsce” nie zawsze jest tym, czego byśmy oczekiwali. Dla mnie Wada to świetny, swobodny i kreatywny film, dowodzący wszechstronności twórczej reżysera Boogie Nights.
⑦
Junun (2015)
Tomasz Raczkowski: Paul Thomas Anderson świetnie rozumie się z muzykami Radiohead, szczególnie zaś Jonnym Greenwoodem, który stworzył muzykę do czterech jego filmów (wszystkich od Aż poleje się krew do Nici widmo). Nie jest więc niczym specjalnie dziwnym, że panowie w 2015 roku zrealizowali wspólnie dokument muzyczny. Junun opowiada o powstawaniu wspólnego albumu Greenwooda i izraelskiego kompozytora Shye Ben Tzura, zatytułowanego właśnie Junun. Z kamerą Andersona zaglądamy za kulisy interkulturowego projektu, patrząc, jak ze spotkania dwóch osobowości rodzi się coś intrygującego – czyli oglądamy w warstwie realnej podobną rzecz, jaką zazwyczaj fikcyjnie konstruuje reżyser. Raczej ciekawostka, ale dla fanów (i Andersona, i Radiohead) pozycja obowiązkowa.
6,5
Jan Brzozowski: Relaksująca, niespełna godzinna wyprawa do Indii, gdzie Jonny Greenwood wraz z lokalnymi muzykami pracuje nad nową, tytułową płytą. Film Andersona umożliwia nam wgląd w niezwykły proces twórczy, jakby żywcem wyjęty z innej epoki – grupa utalentowanych muzycznie ludzi po prostu siedzi w kółku ze swoimi instrumentami, czerpiąc radość z każdej, wypełnionej melodią chwili. Jak słusznie zauważa w pewnym momencie jeden z indyjskich muzyków: „No toilet, no shower, but full power, 24 hour”. Gwarantuję, że Junun poszerzy nie tylko wasze filmoznawcze, ale również muzyczne horyzonty – sam przez najbliższe tygodnie po seansie słuchałem właściwie tylko piosenek z tytułowej płyty.
⑦
Nić widmo (2017)
Jan Brzozowski: Trudno pisze się o filmach, które uwielbia się każdą cząstką swojego ciała i umysłu – a takim filmem jest dla mnie Nić widmo. Niezwykłym, audiowizualnym doświadczeniem, które pochłonęło mnie bez reszty jeszcze na pierwszym roku filmoznawstwa, gdy teksty kultury odbierałem zdecydowanie mniej refleksyjnie, stawiając subiektywne odczucia i towarzyszące seansowi emocje nad teoretycznofilmowe zagadnienia. Później, gdy przerabialiśmy ten film na jednych z zajęć, Nić widmo tylko rosła w moich oczach: dowiedziałem się między innymi, z jaką zawoalowaną finezją Anderson cytuje tutaj konkretne sceny z największych dzieł Hitchcocka i Kubricka.
Na pierwszym miejscu wciąż pozostało jednak wcześniejsze, pierwotne wrażenie. Delikatna muzyka Jonny’ego Greenwooda, długie ujęcia prowadzone ręką samego Andersona, nagrodzone Oscarem kostiumy Marka Bridgesa (kostiumografa, który współpracuje z reżyserem Boogie Nights już od debiutanckiego Ryzykanta), wreszcie, dwie wielkie kreacje aktorskie, godne wszelkich międzynarodowych wyróżnień. Słowem, Nić widmo to dla mnie film bez wad; arcydzieło współczesnego kina, w którym każda scena, każdy detal znajduje się tam, gdzie znajdować się powinien. Jest jak wyjątkowo eleganckie, „szykowne” ubranie, skrojone idealnie na mnie.
⑩
Tomasz Raczkowski: Po swoistych „skokach w bok” jaki były pod pewnymi względami Wada ukryta i Junun, Anderson wrócił do dużego kalibru filmowych historii. W Nici widmo ponownie spotkał się na planie z Danielem Day Lewisem, który jest oczywiście znakomity, ale niemniej wspaniała – a może nawet bardziej – jest Vicky Krieps, której przyszło partnerować trzykrotnemu laureatowi Oscara. Z zarysu banalna historia miłości światowej sławy krawca do przypadkowo spotkanej dziewczyny to u Andersona wyrafinowany dramat o walce o podmiotowość, emocjonalnym uzależnieniu i toksyczności, która potrafi być niebezpiecznie piękna.
Miejscami oniryczna, czasem naprawdę mroczna, a kiedy indziej zachwycająca elegancją Nić widmo postrzegam jako przypieczętowanie przez PTA swojej rangi hollywoodzkiego mistrza – tak kręcą filmy najwięksi, świadomi własnego stylu i konsekwentni w nim twórcy, którzy etap zdobywania pozycji i rzucania świata na kolana przełomowymi filmami mają już za sobą. Teraz przyszedł czas na kino, które nic nie musi i dlatego jest wybitne.
8,5
