Publicystyka filmowa
NIEUDANE FILMY ZASŁUGUJĄCE NA KONTYNUACJĘ. Zagraj to jeszcze raz, Sam, byle lepiej
NIEUDANE FILMY ZASŁUGUJĄCE NA KONTYNUACJĘ to refleksja nad zapomnianymi tytułami, które mimo niedociągnięć mają potencjał na lepsze życie.
Każdy, kto interesuje się filmem i stara się regularnie chodzić do kina, wie, jakie to uczucie, kiedy film, na który idzie, mając nadzieję na wspaniale spędzone, emocjonujące dwie godziny, zamiast być hitem, okazuje się zwykłym szrotem. Tandetą. W takim wypadku sprawa jest zazwyczaj prosta – wychodzimy z kina, psioczymy na zmarnowane dwie godziny, wracamy do domu, a o filmie zapominamy.
Istnieje jednak i drugi rodzaj kinowego rozczarowania, być może znacznie dotkliwszy. Jest to rozczarowanie związane z obcowaniem z dużym, ale niewykorzystanym potencjałem. Z filmem całościowo nieudanym, ale zawierającym w sobie jeden element wyróżniający się in plus. Czasami potrafimy wrócić do takiej kiepskiej pozycji. Bo rola tego aktora/aktorki była znakomita. Bo strona wizualna była olśniewająca. Bo atmosfera, klimat są zwyczajnie intrygujące. Tylko film nieudany, szlag by to trafił.
Czasami kiepskie tytuły otrzymują drugą szansę. Wytwórnia daje zielone światło dla sequela, zwłaszcza jeśli pomimo złej prasy film i tak się sprzedał. W poniższym zestawieniu umieściłem filmy, które moim zdaniem na taką drugą szansę zasługują, w formie sequela albo rebootu. Które mimo masy błędów miały w sobie „to coś„, co utkwiło mi w pamięci, co chciałbym zobaczyć jeszcze raz, pozbawione błędów swojego poprzednika.
Rewolwer i melonik
No dobra – średnia 3,7 na IMDb, 17 na Metacritic, 5% świeżości na Rotten Tomatoes mówi samo za siebie – Rewolwer i melonik nie jest filmem lubianym. Cóż, jak pisać o filmach nieudanych, czemu nie zacząć z grubej rury?
Rewolwer… (w oryginale noszący ten sam tytuł, co pewna produkcja superbohaterska Marvela, ta dla odmiany doceniona i bardzo popularna) jest adaptacją serialu z lat sześćdziesiątych, który w Wielkiej Brytanii ma status produkcji kultowej, mocno skąpanej w campowej stylistyce, przywodzącej na myśl co bardziej odjechane odcinki Jamesa Bonda, ale jeszcze bardziej zanurzonej w absurdalnym, abstrakcyjnym humorze. Film, jak widać po ocenach, nie został ciepło przyjęty przez widzów i krytyków. Główną bolączką okazał się być fatalny montaż. Na skutek decyzji producentów 115-minutowy film skrócono do 90 minut.
To spowodowało, że część scen straciła sens, akcja zaczęła płynąć bardziej na zasadzie „bo tak”, nie z powodu ciągu przyczynowo skutkowego. Co więcej, nastrój filmu zmienia się skokowo, od głupkowato humorystycznego do posępnego, niemalże surrealistycznego (!). Wszystko to sprawiło, że film zamienił się w takie „nie wiadomo co”, ni to poważne, ni to zabawne, na pewno pozbawione spójności.
Rewolwer i melonik to, nie będę ukrywał, moje guilty pleasure – lubię jego absurdalny humor, podoba mi się jego groteskowa, zahaczająca o surrealizm „dziwność” (to, w jakim stopniu owa dziwność była efektem zamierzonym przez twórców, to już inny temat). Do tego dochodzi para głównych bohaterów – John Steed i Emma Peel. Obydwoje całkiem od siebie różni. On jest tradycyjnie elegancki i dżentelmeński. Czasem aż do przesady, co, zwłaszcza w scenach akcji, daje efekt humorystyczny. Ona jest nowoczesna i przebojowa, nie boi się podkreślać swojego seksapilu.
Ich relacja opiera się na wzajemnym szacunku z jednej strony, a na flircie z drugiej. Razem tworzą nietypowy, ale zgrany duet. Bohaterowie budzą sympatię, a campowo-groteskowy klimat jest ciekawy i właśnie dlatego chciałbym zobaczyć na ekranie przygody Johna Steeda i Emmy Peel jeszcze raz. Tym razem jednak lepiej zmontowane i opowiedziane, z bardziej klarownie poprowadzoną fabułą i konsekwentniej zbudowanym nastrojem. Wątpię jednak, by w najbliższym czasie jakakolwiek wytwórnia zainteresowała się rebootem. Dwie części Kingsmana: Tajnych służb nawiązują trochę do „rewolwerowej” stylistyki i stanowią pewne pocieszenie, ale to jednak nie jest do końca to. „Pani Peel, jest pani znowu potrzebna”.
Bright
Film Davida Ayera ujął mnie pomysłem na świat przedstawiony. Świat, który wygląda dokładnie tak jak nasz, ale oprócz ludzi zamieszkują go także orki, elfy oraz pomniejsze mityczne istoty. Kryje w sobie ogromny potencjał, co udowadnia chociażby znakomity komiks Baśnie, oparty na podobnym koncepcie. A jednak coś tu nie do końca zagrało. Pomysł na pożenienie filmu sensacyjnego z fantasy jest interesujący, ale film wykorzystuje fantastyczny sztafaż w bardzo niewielkim stopniu. Całość bardziej przypomina tradycyjny film sensacyjny z doszytymi elementami fantasy niż pełnoprawny kolaż gatunków.
To, co najbardziej porusza wyobraźnię, to małe detale – graffiti na ścianie malowane przez orków, reklamy speców od oczyszczania domów z zębowych wróżek albo smok przelatujący nad miastem niczym samolot. Chciałoby się wejść głębiej w ten świat, lepiej poznać jego historię. Przydałoby się też głębiej scharakteryzować zamieszkujące go rasy, mocniej zgłębić istotę napięć i konfliktów między nimi. Uczynienie orków reprezentantami nizin społecznych, ludzi jako przedstawicieli klasy średniej oraz elfów jako „tych bogatych i wpływowych” jest zbyt proste, razi łopatologią. Żal również Noomi Rapace – jej postać hipnotyzuje za każdym razem, kiedy pojawia się na ekranie, ale czasu ekranowego dostała niestety tyle, co kot napłakał.
Całość aż krzyczy od niewykorzystanego potencjału, myślę jednak, że kontynuacja mogłaby naprawić błędy poprzednika. Ta już została zapowiedziana, grający główne role Will Smith i Joel Edgerton potwierdzili udział w sequelu. Czy tym razem będzie lepiej? Trzymam kciuki.
Legion samobójców
Kolejny Ayer na liście. W ostatnich latach reżyser Furii ma tendencję do podejmowania się projektów, które na papierze wyglądają interesująco, nie sprawdzają się natomiast w praktyce. Legion samobójców nie jest tutaj wyjątkiem. Film, w którym pierwsze skrzypce grają superłotry z komiksów z Batmanem? To był ciekawy pomysł. I co jak co, ale główni bohaterowie Legionu… dają radę. Drużyna jest barwna, a między aktorami jest dobra chemia.
Pierwsze pół godziny obrazu, w którym poznajemy członków tytułowego legionu, jest najlepsze z całego filmu. Dalej niestety jest już dużo gorzej. Produkcja wpada w koleiny najbardziej zużytych blockbusterowych schematów, na czele z maszyną zagłady strzelającą w niebo świetlistym promieniem. Przeciwnik, z którym drużyna ma się zmierzyć, jest nieciekawy, nie ma też nic specjalnie interesującego do roboty. Po prostu czeka, niczym boss w grze komputerowej, aż bohaterowie przyjdą i go uwalą. Problemem jest też to, że Ayer nie ma pomysłu, jak wykorzystać umiejętności głównych bohaterów i pokazać je w interesujący sposób w scenach akcji. To sprawia, że film szybko zamienia się w standardowe kino akcji numer 2345412… nie mając czym zaskoczyć widza.
A mimo to… chciałbym zobaczyć kontynuację. Z tymi postaciami, granymi przez tych aktorów. Jak już wspominałem, w bohaterach tkwi duży potencjał. Częściowo dlatego, że materiał źródłowy jest niezwykle bogaty. Członkowie legionu ścierali się z Batmanem i innymi superbohaterami uniwersum DC na kartach komiksów przez wiele lat. Wiele z tych historii mogłaby posłużyć za świetne źródło inspiracji. Druga sprawa to obsada. Odnoszę wrażenie, że aktorzy mieli zwyczajną frajdę z wcielania się w superzłoczyńców.
Ta frajda potrafi udzielić się widzowi, pozwala uwierzyć choćby na moment, że pod warstwą nijakości kryje się inny, dużo lepszy film. Kontynuacja Legionu samobójców została zapowiedziana, reżyserować ma Gavin O’Connor, który ma być również współautorem scenariusza. Jest więc szansa na poprawę. Oby twórcy z niej skorzystali.
Atomic Blonde
„Atomowa blondynka” okazała się sporym zaskoczeniem. Zwiastuny sugerowały czyste gatunkowo kino akcji, kładące duży nacisk na efektowne pojedynki wręcz. Tych ostatnich w filmie Davida Leitcha nie brakuje, ale obraz próbuje być czymś więcej, pełnoprawnym thrillerem szpiegowskim. Słowo „próbuje” jest tu niestety kluczowe, bo intryga, w którą scenarzyści starają się nas wciągnąć i zaangażować, zwyczajnie… nie angażuje. Nudzi. Na dokładkę w pewnym momencie staje się tak zagmatwana, że trudno stwierdzić, „kto z kim i dlaczego”. A dla filmu, który opiera się na zagadce kryminalnej tak mocno jak Atomic Blonde, coś podobnego jest po prostu zabójcze.
Chciałbym jednak zobaczyć kontynuację tego filmu z dwóch powodów. Pierwszym jest główna bohaterka, Lorraine Broughton. Lorraine przypomina trochę innego bohatera kina akcji – Johna Wicka. Ma prostą motywację, niewiele o niej wiemy, ale roztacza wokół siebie szczególny rodzaj charyzmy, który sprawia, że ciężko oderwać od niej wzrok. Ponadto fascynuje swoją skutecznością w rozprawianiu się z kolejnymi zastępami przeciwników dowolnym przedmiotem, który akurat wpadnie jej w ręce. Oglądanie jej wyczynów sprawia niemałą satysfakcję, a Charlize Theron w tej roli sprawdza się w stu procentach.
Drugi powód to styl, w jakim Atomic Blonde została nakręcona. Czego by nie mówić o fabule filmu, jego strona wizualna jest niezwykle wyrazista. Ostre neonowe oświetlenie, silnie nasycone barwy nadają przygodom Lorraine charakterystycznego wizualnego stylu. Kontynuację utrzymaną w takiej właśnie stylizacji, ale z lepiej skonstruowaną i bardziej angażującą intrygą, obejrzałbym z niekłamaną przyjemnością.
À propos Johna Wicka, jakiś czas temu media obiegła informacja o potencjalnym crossoverze z udziałem jego i Lorraine, co również mogłoby być całkiem interesujące.
Godzilla
Przyznaję, że w przypadku dzieła Garetha Edwardsa naginam zasady tego zestawienia. Nie uważam bowiem Godzilli za zły film, wręcz przeciwnie – za całkiem udany. Dużo rzeczy zwyczajnie wyszło. Realizacyjnie film bez zarzutu. Strona wizualna jest znakomita, aranżacja scen z udziałem potworów pomysłowa. Klimatycznych, ociekających mroczną atmosferą scen, takich jak nocny pojedynek potworów w pozbawionym prądu mieście albo pierwsze pojawienie się tytułowego potwora, jest mnóstwo. Film ma jedną, ale bardzo dużą skazę, która mocno rzuca się cieniem na całość obrazu. Tą skazą są postacie.
Do pracy nad filmem zaproszono świetnych aktorów – Bryan Cranston, Juliette Binoche, Sally Hawkins, David Strathairn, Ken Watanabe to świetni aktorzy. Żadnemu z nich nie dano nic ciekawego do zagrania. Wyjątek stanowią Cranston i Binoche, ale im z kolei nie dano dużo czasu ekranowego. Największy problem stanowi grający główną rolę Aaron Taylor-Johnson. Jest tak absolutnie nijaki, tak wyprany z charyzmy, że nie sposób przejąć się losem jego postaci. Głównego bohatera! Czy o kimś zapomniałem? A, jest też Elizabeth Olsen, ale ona nie ma tu co grać, tak jak reszta obsady.
Czepianie się braku interesujących ludzkich bohaterów być może jest z mojej strony przesadą, wszak w filmie o Godzilli najważniejszy jest sam potwór, efektowna destrukcja i pojedynki z innymi przerośniętymi stworzeniami. Szkopuł w tym, że ludzka perspektywa zdaje się być dla Edwardsa najważniejsza. Większość scen akcji jest sfilmowana z perspektywy ludzkich bohaterów, twórcy w wielu scenach starają się podkreślić rozmiary tragedii, jaką dla zwykłych ludzi stanowi pojawienie się tytułowego potwora, przetaczającego się przez kraj z siłą tajfunu. Problem w tym, że bez interesujących postaci ludzkich to wszystko traci na znaczeniu, bo bez nich nie ma odpowiedniej podbudowy emocjonalnej, aby się tym wszystkim naprawdę przejąć.
Koniec końców, Godzillę A.D. 2014 dobrze się ogląda, film udowadnia, że w historii radioaktywnego monstrum wciąż tkwi potencjał na znakomite, klimatyczne kino. Twórcy przyszłych kontynuacji muszą jednak pamiętać o interesującym ludzkim tle, bo bez tego cała ta rozwałka zwyczajnie traci sens.
korekta: Kornelia Farynowska
