Recenzje

BRIGHT. Nie taki ork straszny, jak go malują

Najdroższy film w historii Netflixa zdecydowanie nie jest najlepszą produkcją tej platformy, ale wbrew recenzjom części krytyków, "Bright" daje nadzieję, że teraz może być już tylko lepiej.

Autor: Damian Halik
opublikowano

Każdy inny, wszyscy równi

Podobno w pogoni za sukcesem są tylko dwie drogi. Ambicje włodarzy Netflixa mogą w przyszłości zaprowadzić serwis bardzo wysoko lub sprowadzić na niego spore kłopoty. Jak na razie idzie im jednak całkiem nieźle, nawet jeśli jeszcze potykają się o własne sznurówki – tak właśnie określiłbym finalny efekt prac nad Bright. Inwestując w film 90 milionów dolarów, postanowiono rzucić wyzwanie przeciwnikom nie mającym może wielkiej przewagi, ale z pewnością znajdującym się wyżej w hierarchii. I choć ta dziewicza szarża internetowego potentata nie zakończyła się triumfem, wcale nie wyszło źle (jak na debiutanta).

Zaprezentowana w Bright historia rozgrywa się w czasach współczesnych – nie ma tu motywów science fiction, wszystko wygląda tak, jak gdybyśmy obserwowali życie na ulicach Los Angeles – z jednym małym wyjątkiem. Do znanego nam świata dodano motywy fantasy, na czele z pojawieniem się elfów i orków (oraz kilku innych, zupełnie pominiętych w filmie ras). Żyją obok ludzi jak gdyby nigdy nic, mają swoje zajęcia i problemy. Urban fantasy jak się patrzy. Niejako w ramach wprowadzenia prezentowane są nam murale i graffiti orkowskiej mniejszości etnicznej, przybliżające zawiłości historyczne i zasługi powszechnie znienawidzonych przez resztę społeczeństwa stworzeń. Wieńczy je slogan „Rasy są równe, ale elfy równiejsze”, co ma zresztą potwierdzenie w dalszej części filmu. Elfy to bogaci, piastujący wysokie stanowiska jegomoście – elita tegoż świata. Pod nimi są ludzie, typowa klasa średnia, na samym dnie znajdują się natomiast orkowie, którzy pokutują za złe decyzje swych przodków w wielkiej wojnie ras sprzed dwóch tysięcy lat. Dość komiczny wydaje mi się fakt, że postanowiono wykreować ich na podobieństwo współczesnej społeczności afroamerykańskiej – i to nie w luźnym nawiązaniu, lecz właściwie w stosunku 1:1.

Charakterystyczne ciuchy, teksty, zamiłowanie do rapu, styl bycia i „wożenia się po dzielni” to wypisz, wymaluj karykatura najbardziej stereotypowego odłamu kultury ciemnoskórych mieszkańców Ameryki. Tym ciekawszym wyborem obsadowym zdaje się Will Smith – czołowy krytyk whitewashingu (mający na koncie przynajmniej kilka filmów, w których wciela się w postaci o białych pierwowzorach) – ale najwidoczniej nie miał z tym problemu.

W Bright śledzimy losy dwójki policjantów. Daryl Ward (Will Smith) to typowy glina, który dawno już wyrósł z młodzieńczej fascynacji tym zawodem, i jedyne, o czym marzy, to dotrwanie do emerytury. Jego partnerem jest Nick Jakoby (Joel Edgerton) – idealista, osoba marząca od dziecka tylko o tym, by kiedyś założyć mundur, przede wszystkim jednak jest to pierwszy ork, którego zatrudniono w policji. Nie jest szanowany ani przez swoich pobratymców (zdrajca), ani przez kolegów z pracy (rasowe uprzedzenia). To bardzo zgrany motyw, który kiedyś w kinie reprezentowali – a jakże – ciemnoskórzy. Ogółem od pierwszych minut towarzyszy nam mocno ideologiczne, niemal krzyczące zewsząd przesłanie „każdy inny, wszyscy równi”, co tylko psuje całkiem niezłą sekwencję początkową.

Sytuacja między partnerami z przymusu jest dość napięta. Ward dopiero co wraca do służby po postrzale, przy którym Jakoby zawalił sprawę (na dodatek dał zwiać przestępcy, a smaczku dodaje tu fakt, że był nim inny ork). Mimo niechęci Daryl nie zamierza jednak na siłę pozbywać się wyszydzanego przez innych policjantów Nicka.

Na tym etapie jesteśmy świadkami wielkiej plątaniny motywów z filmów o policji. Postać grana przez Smitha to z jednej strony niezłomny Serpico, z drugiej trochę jęczący Murtaugh, a momentami po prostu stary, dobry Mike Lowrey, który musi niańczyć typowego żółtodzioba – tak zarysowana relacja może rozwinąć się w jakimkolwiek kierunku, tym bardziej że między Smithem a Edgertonem widać na ekranie świetną chemię. Ostatecznie pada na motyw pogoni.

Od momentu, gdy podczas podczas interwencji w latynoskiej dzielnicy do Warda i Jakoby’ego dołącza młoda i wyraźnie przerażona elfka Tikka (Lucy Fry), akcja Bright nabiera niewyobrażalnego tempa. Dziewczyna jest w posiadaniu magicznej różdżki, będącej obiektem pożądania dosłownie każdego, na czele z jej właścicielką Leilah (Noomi Rapace) – przywódczynią elfickiej sekty Inferni, która pragnie przyzwać Władcę Ciemności. Mamy więc strzelaniny, efektowne sceny walki, pościgi, trochę magii i odrobinę patetycznych rozważań nad ludzką naturą i powinnościami każdego inteligentnego stworzenia.

Gdyby wstęp pozbawić komentarza, który niepotrzebnie wali w widza ze wszystkich stron przesłaniem o potrzebie rasowej równości, mógłbym przyczepić się jedynie pewnych scenariuszowych rozwiązań. Bright cierpi w tej kwestii na te same bolączki, co zeszłoroczny Legion samobójców. Oba filmy są zresztą bardzo podobne także pod względem wizualnym, jednak do zdjęć Romana Vasyanova (Bogowie ulicy, Furia) trudno się przyczepić. Stały współpracownik Davida Ayera co prawda nie odkrywa Ameryki na nowo, ale solidnie wywiązuje się ze swych operatorskich obowiązków. Gorzej ma się sprawa z synem słynnego Johna Landisa.

Bright kuleje przede wszystkim przez scenariusz, który zawiera zbyt wiele zbędnych dla głównej linii fabularnej wątków.

Scenariusz, który kosztował podobno 3,5 miliona dolarów, jest tym, co sprawia, że jakość Bright budzi pewne wątpliwości. Akcja rozkręca się powoli, ale od momentu spotkania Tikki staje się niesamowicie szybka, przez co wszystkie inne wątki traktowane są po macoszemu – równie dobrze mogłoby ich tam nie być, lecz Max Landis (Pan Idealny, Victor Frankenstein) po prostu dał się ponieść fantazji. Być może Netflix narzucił mu zbyt krótki termin, ale mimo – o dziwo – solidnej konstrukcji świata między jej żebrami hula wiatr.

Mimo wielkich nadziei nie wykorzystano potencjału historii i zainwestowanych w jej zekranizowanie pieniędzy. Scenariuszowy rozgardiasz robi swoje – można było nieco zwolnić, mocniej wyeksponować niektóre aspekty życia w tym dziwacznym, ale dzięki temu szalenie ciekawym świecie wykreowanym w konwencji urban fantasy, albo po prostu zostawić coś na potem. Netflix bowiem, jak gdyby na przekór negatywnym recenzjom, ogłosił wczoraj zamówienie kontynuacji, na udział w której zgodził się już Will Smith. Nie wiadomo, co z Davidem Ayerem, Joelem Edgertonem czy Lucy Fry. Nie mam też wątpliwości, że gdyby scenariusz Bright rozpisano jako serial, Netflix mógłby liczyć na kolejny hit (nic straconego, być może to zaledwie początek fantastycznego uniwersum). Nie zmienia to jednak faktu, że film sam w sobie nie jest aż taki zły – wszystko zależy od kategorii, w jakich go rozpatrujemy.

Może to efekt upadku z bardzo wysokiego konia (w końcu Bright miało rozpocząć triumfalny marsz Netflixa przeciw tradycyjnej kinematografii), a może – choć nie lubię teorii spiskowych – próba obrony hollywoodzkiego bastionu. Nie mnie to oceniać, choć nie wydaje mi się, by wieszanie psów na tym – nie oszukujmy się – średniaku, było do końca uczciwym posunięciem.

Z mojej perspektywy najważniejsze jest to, że choć pewnie nieprędko zafunduję sobie kolejne spotkanie z Wardem i Jakobym, oglądając ich, bawiłem się całkiem dobrze – seans kończyłem z uśmiechem na twarzy i bez wyraźnego wrażenia, że w filmie coś naprawdę mocno spartolono. Po wszystkim bardziej zastanawiały mnie takie kwestie, jak brak incydentów ze smokami (jeden pojawia się na dalszym planie, spokojnie lecąc sobie nad miastem) czy ewidentna dyskryminacja centaurów, u których mundur ogranicza się jedynie do górnych części garderoby. Ale to chyba dobrze, prawda? W końcu Bright to tytuł czysto rozrywkowy. Nawet jeśli nie sprostał wygórowanym oczekiwaniom, jego lekko humorystyczna forma zdaje się stanowić magiczną barierę, której nie imają się fatalne recenzje krytyków filmowych. I dobrze. Warto bowiem pamiętać, że ostateczny wyrok wydają nie krytycy, a publiczność.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane