Publicystyka filmowa
NIEDOBRZE MI! Filmy, których lepiej nie puszczać do obiadu
NIEDOBRZE MI! to zestawienie filmów, które skutecznie obrzydzą każdy posiłek. Odkryj, co wywoła mdłości w trakcie obiadu!
Brakuje ci silnej woli, by wytrwać na diecie, i poszukujesz czegoś, co skutecznie obrzydzi ci żarełko? Potrzebujesz błyskawicznych wymiotów, by mama uwierzyła w twoją baśń o grypie żołądkowej i pozwoliła nie iść do szkoły? A może to nagły skręt kiszek w kierunku upragnionego L4 jest twoim celem? Kino jest odpowiedzią na każdy problem ludzkości. Oto kilka przykładowych filmów, których lepiej nie oglądać w trakcie jedzenia. Puść je, a pawia chwilę później.
Teksańska masakra piłą mechaniczną (reż. T. Hooper, 1974)
Kontynuacje mogą się wypchać po same migdałki: żadna z nich nie była tak brudna, lepka, spocona i cuchnąca jak oryginał.
Po pierwszym seansie tego slashera długo nie mogłam patrzeć na jedzenie. W nowych filmach krew wygląda po prostu jak krew: w starych, ze słabszymi efektami specjalnymi, krew to budząca obrzydzenie, brązowa, brejowata ciecz. Film dedykowany rozchwianym emocjonalnie wegetarianom, czyli takim, których od czasu do czasu bierze dzika ochota na mięso – polecam oglądać Teksańską… w chwilach słabości i zwątpienia. Dla smaku oraz urozmaicenia można łączyć z Cannibal Holokaust. Potencjał rzygogenny: 6 na 8 pawi.
Taxidermia (reż. G. Pálfi, 2006)
Kuchnia po węgiersku, przystawka: konkurs jedzenia na czas, wpychanie na siłę wielkich kawałów żarła w otłuszczone usta. Dużo detali i zbliżeń. Danie główne: preparacja zwierzęcych zwłok, rozcinanie martwych ciał i grzebanie we wnętrznościach. A na deser najbardziej otyły mężczyzna, jakiego kiedykolwiek uchwyciło oko kamery. Smacznego! Groteskowa i liryczna jednocześnie opowieść o trzech pokoleniach mężczyzn to wyjątkowa, ostra potrawa, która sprawi przyjemność specyficznym kubkom smakowym. Nie zabraknie fekaliów, ekskrementów i innych ludzkich wydzielin. Potencjał rzygogenny: 5 na 8 pawi.
Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street (reż. T. Burton, 2008)
Jeśli kolejna para spodni rozerwana w kroku i cellulit widoczny nawet przez rajstopy nie są dostatecznie silnymi bodźcami do pożegnania ciasteczek raz na zawsze, to być może pomocne okażą się wypieki zaserwowane przez Helenę Bonham Carter. Już sam ponury przybytek, w którym sprzedaje swoje paszteciki, prosi się o zmasowany najazd sanepidu. A jeśli mimo wszystko zamówimy u niej placek, to jego nadzienie będzie wyjątkowo bogate: znajdą się w nim i karaluchy, i ucięte ludzkie palce. Cóż, przynajmniej Helena nikogo nie okłamuje – jak sama śpiewa, są to najgorsze ciacha w całym Londynie. Wolisz podobne dania w wydaniu kuchni francuskiej? Spróbuj Delikatesów. Potencjał rzygogenny: 3 na 8 pawi.
Wielkie żarcie (reż. M. Ferreri, 1973)
Skoro już jesteśmy przy wykwintnej kuchni francuskiej, to przy niej zostańmy. Doprawmy ją dodatkowo kuchnią włoską, uznawaną za najlepszą na świecie, a wyjdzie nam z tego feta wszech czasów. Jak się zabić, to z przytupem – czterech głównych bohaterów wraz z napataczającą się po drodze nauczycielką postanawia umrzeć z przejedzenia. Znacie to uczucie, kiedy po wizycie u cioci lub babci nawet najostrożniejszy nasz ruch grozi nam wybuchem przepełnionego żołądka? Takie jest właśnie oglądanie tego filmu, każda kolejna scena to jak wpychana na siłę dokładka. Potencjał rzygogenny: 1 na 8 pawi.
Różowe flamingi (reż. J. Waters, 1972)
Ulubiony film wszystkich aspirujących bulimików. Wpychany w gardło palec nie zawsze zadziała, ale oglądanie chorych pomysłów Divine oraz jej kamratów – już tak. Zwieracze puszczające w czasie uczty czy też zdziecinniała kobieta obżerająca się jajkami – te widoki można wyprzeć z pamięci wyłącznie kilkudniową głodówką.
Film wywołuje nie tylko estetyczne, ale i etyczne torsje: scena zabijania kurczaka jest ze wszech miar ohydna, okropna, całkowicie zbędna i nic nie zmieni mojego zdania w tej kwestii. W każdym razie: ci z was, którzy poczuli, że sceny jedzenia psiej kupy w Pink Flamingos to jest dokładnie TO, powinni polubić się także z Salo. Potencjał rzygogenny: 4 na 8 pawi.
Indiana Jones i Świątynia Zagłady (reż. S. Spielberg, 1984)
Indiana Jones to przebiegła bestia. Człowiek chce sobie obejrzeć fajne kino przygodowe, wyciąga z barku ciastka, potem kolejne, potem jeszcze czekoladę, akcja rozwija się całkiem niewinnie – aż tu nagle wyjeżdżają mu z kolacją. Nie, nie domownicy. Ci powaleni pseudo-Hindusi. Zupa z oczu i galaretka z małpiego mózgu same w sobie nie są może uberobleśne, ale wyskakują znienacka, podstępniki jedne. Na pierwszych seansach Świątyni Zagłady biedni, niczego nieświadomi, poczciwi widzowie musieli zapewne wymiotować do tych samych kubełków, z których jeszcze przed chwilą wyjadali tłusty od oleju popcorn. Ot, zwrot zakupu. Potencjał rzygogenny: 2 na 8 pawi.
Hannibal (reż. R. Scott, 2001)
Doktor Lecter ma bardzo specyficzne gusta kulinarne, idące w poprzek tego, co większość społeczeństwa zwykła określać jako smaczne. Chyba najbardziej nieapetyczne danie zaserwował widowni w filmie Ridleya Scotta. To tutaj Anthony Hopkins dokonuje wyrafinowanej egzekucji na Rayu Liotcie, jako ostatni posiłek przed śmiercią oferując mu… jego własny mózg. Oprócz mdłości i bólu brzucha scena ta pozostawia po sobie szereg pytań. No bo czy to jest w ogóle możliwe? Ile swojego mózgu można zjeść, a nadal pozostawać świadomym? Potencjał rzygogenny: 7 na 8 pawi.
Ludzka stonoga (reż. T. Six, 2009)
Nie tylko część pierwsza, ale i wszystkie kolejne. Co ja tu mam trzaskać w klawiaturę po próżnicy? Jeśli historia o zdegenerowanym naukowcu, który postanawia połączyć grupę ludzi w jeden układ trawienny, zszywając razem ich usta i odbyty, nie sprawi, że odechce się wam posiłku, to doprawdy nie wiem, co byłoby w stanie zepsuć wasz apetyt. Wspomaganie kuracji przeczyszczającej to nie jedyny plus tej wyjątkowej pozycji: dzieło m.in. uczy nieufności względem medycyny alternatywnej, leczy fiksacje analne, pobudza do refleksji nad bezsensem egzystencji. .. Potencjał rzygogenny: 8 na 8 pawi.
A wy jak tam? Czego nie polecacie oglądać przy jedzeniu? Ostrzegajcie się nawzajem w komentarzach!
