Publicystyka filmowa
Netflix, wszechświat i cała reszta, czyli przygody Marvela na małym ekranie
Marvel na małym ekranie – droga do dzisiejszej pozycji w świecie seriali
Żyjemy w czasach rozbuchanej ekspansji komiksowych seriali, zbliżającej się coraz bardziej do klimatów prawie że apokaliptycznych. DC Comics trafiło na żyłę złota, gdy powierzyli w ręce Grega Berlantiego, Marka Guggenheima i Andrew Kreisberga trochę zakurzonego już na łamach komiksów łucznika Green Arrow. Serial Arrow – dziecko stacji CW – wbił się przebojem w 2012 roku na telewizyjne salony i mimo mocnych spadków formy, natężenia niezjadliwych smutów czy kulejącej gry aktorskiej, nadal radzi sobie całkiem nieźle, a dodatkowo przyczynił się do startu całego uniwersum połączonych projektów, do którego należy jeszcze superszybki Flash, grupka podróżująca w czasie z Legends of Tomorrow, a ostatnio dołączyła do zabawy rezolutna Supergirl, porzucona przez CBS.

George Reeves w Adventures of Superman (1952–1958), pierwszym wielkim serialu na podstawie komiksu
Krew się polała, rekiny finansjery ją wyczuły, przez co telewizję zalała fala komiksowych adaptacji (luźnych i zwartych). Na mały ekran trafia już chyba wszystko: cieszące się niesłabnącą popularnością The Walking Dead (i jego bękart, Fear the Walking Dead), proceduralne iZombie, mroczniejsze Constantine, Lucyfer, Kaznodzieja i Outcast, nowa wersja Kleszcza, westernowo-horrorowa Wynonna Earp, trochę zahukane Powers, a na horyzoncie zapowiedziano już tysiąc pięćset kolejnych projektów na czele z Empire of the Dead (za oryginalną miniserię odpowiada sam George A.
Romero), Y: Ostatnim z mężczyzn, DMZ, Ronin, serialowa wersja Red, socialmediowe Unfollow, będące zgrywą ze świata DC Powerless, czy nawet Krypton – o rodzinnej planecie Supermana przed jej eksplozją…
W poczet tego miliona seriali i serialików całkiem nieźle wpisuje się dzisiaj wydawnictwo Marvel, które w przemyślany sposób (i zdecydowanie oryginalny) próbuje pożenić swoje kinowe blockbustery z małym ekranem, rozwijając na nim pewne aspekty, najczęściej marginalne, które mają potencjał na zaciekawienie widza oraz dodanie znaczącej cegiełki do budowy ogromnego, intermedialnego uniwersum. Nie da się ukryć, że jeszcze żadne wydawnictwo nie rzuciło się na umysły widzów z taką finezją i zuchwałością jak Marvel Studios (oraz jego podwykonawcy) oraz nie stały za tym wcześniej też tak kosmiczne pieniądze. Jednak pierwsze kroki wydawnictwa na małym ekranie były mocno poplątane, a ono samo nieraz upadło z hukiem na twarz.

Stan Lee z synem
STAN, CO MIAŁ PLAN
Stan Lee zawsze miał zacięcie filmowca. Może i tworzył komiksy na pęczki, od czasów II wojny światowej, gdy na froncie zapełniał kolejne szafy kreślonymi w każdej wolnej chwili fabułami, a w 1961 roku zapoczątkował superbohaterską rewolucję, gdy stworzył Fantastyczną Czwórkę (do której w niedługim czasie dorzucił Spider-Mana, Daredevila, Hulka, Thora, Iron Mana, Ant-Mana czy X-Menów), ale gdzieś tam w głębi duszy widział siebie brylującego z komiksowymi licencjami w wielkich hollywoodzkich studiach. Niestety, przez lata wszelkie jego plany celuloidowej rewolucji grzęzły gdzieś w niebycie i nie pomagało sprzedawanie praw filmowych za paczkę fajek – za co do dzisiaj cierpią włodarze Marvel Studios, dla których Fantastyczna Czwórka i X-Men są na razie nieosiągalni.
Gdy wielki autor zaczął rozumieć, że trochę mniejsze niż on ekrany (ale nadal ogromne) nie są jeszcze gotowane na jego bohaterów (chociaż bardziej nie były gotowe na zupełny brak pomysłów, bo na przykład kultowi producenci Menahem Golan i Yoram Globus z Cannon Films jeszcze w latach osiemdziesiątych myśleli, że Spider-Man to postać z horroru podobna do wilkołaka), zaczął – w okolicach premiery niezwykle popularnego Supermana Richarda Donnera – sprzedawać prawa do telewizji. Chociaż była to dosyć obopólna miłość, bo to Frank Price, szef telewizji Universalu, zwrócił kiedyś uwagę na podobiznę Hulka widniejącą na koszulce syna.
Zachwycony potworem zadecydował, że to postać wymarzona dla małego ekranu. Za niecałe trzynaście milionów dolarów kupił od Marvela prawa do pakietu kilkunastu postaci wydawnictwa i poleciał do CBS z kartonowymi wersjami herosów. Stacja postanowiła w ciągu paru miesięcy nakręcić osiem pełnometrażowych pilotów różnych seriali (w pakiecie był m.in. Kapitan Ameryka, Human Torch i Doktor Strange). W końcu po latach posuchy coś miało się ruszyć w świecie aktorskiego Marvela.

Nicholas Hammond w The Amazing Spider-Man (1977-1979)
Już chwilę wcześniej, w 1977 roku, stacja zajęła się produkcją serialu The Amazing Spider-Man, którego pilot to skok popularności superbohaterów zwiastowany przez nadejście wspomnianego już Supermana. Niestety, sam serial miał niewiele wspólnego ze swoim komiksowym odpowiednikiem, ponieważ stacja – ze względu na ograniczenia budżetowe oraz próbę przystosowania całości do starszych odbiorców – zmarginalizowała sceny z wykorzystywaniem przez bohatera pajęczych mocy, a także wprowadziła więcej wątków obyczajowych, które zdusiły w zarodku komiksowe uwarunkowania projektu.
Serial wytrzymał na wizji ledwo dwa sezony, na które składało się w sumie trzynaście odcinków, a sam Stan Lee do dzisiaj twierdzi, że konsultacje związane z tym projektem były dla niego największym telewizyjnym koszmarem.

Bill Bixby i Lou Ferrigno w The Incredible Hulk (1978-1982)
Dużo lepiej poradził sobie debiutujący w 1978 roku The Incredible Hulk, któremu brak pieniędzy i technologia z końca lat siedemdziesiątych, negujące widowiskowe wykorzystanie mocy supersilnego olbrzyma, zaskakująco się przysłużyły, ponieważ skierowały opowieść w rejony dramatu psychologicznego – co od tej pory stało się wyrazistą częścią konwencji tej postaci, żeniąc wielkie rozwałki z wiwisekcją ludzkiego umysłu.
Główną postacią opowieści nie był tak naprawdę zielony heros, ale jego alter ego, uwięziony w swoim dualnym piekle doktor David Banner (serial wprowadził wiele kosmetycznych zmian, oprócz imienia głównego bohatera, Bruce’a – które według producentów brzmiało podobno… zbyt gejowsko – dostaliśmy na przykład wypadek z promieniami gamma w laboratorium w miejscu wybuchu bomby).
Elementy fantastyczne ograniczono praktycznie tylko do przemian w Hulka, zredukowano znacznie jego moc, zrezygnowano z potwornych przeciwników (uznawanych za zbyt dziecinnych) i… wszystko to świetnie zadziałało. Podróż bohatera przez Stany Zjednoczone, połączona z ciągłym zaszczuciem przez paskudnego dziennikarza i poszukiwaniem lekarstwa oraz własnej tożsamości (trochę przypominało to dziwaczną wersję Kung Fu z Davidem Carradinem), zakończyła się dopiero po pięciu sezonach, osiemdziesięciu dwóch odcinkach i trzech filmach telewizyjnych (Powrót niesamowitego Hulka, 1988; Hulk przed sądem, 1989; Śmierć niesamowitego Hulka, 1990).
Do dzisiaj pomalowany na zielono kulturysta Lou Ferrigno (do roli przymierzany był sam Arnold Schwarzenegger, który odpadł ze względu na nieodpowiedni wzrost) i fantastyczny jako Banner, wyciszony, skrywający głęboko w sobie pokłady agresji Bill Bixby, uchodzą za ikoniczne obrazy aktorskich adaptacji komiksu. Za cały projekt odpowiadał błyskotliwy Ken Johnson, który chciał zrobić jak najmniej komiksowy serial, a przypadkiem stworzył fenomen, do którego do dzisiaj odwołują się inni twórcy. Nie do końca udany Hulk w reżyserii Anga Lee został przecież zatopiony w psychologicznych dywagacjach na temat doktora Bannera, sprowadzając akcję do minimum, co nie spodobało się widowni (plus: to na pewno nie jest szczególnie udany film).

Peter Hooten w Doktorze Strange’u (1978)
Kolejne projekty niestety nie miały już tak błyskotliwej ekipy i umierały bardzo szybko.
Doktor Strange doczekał się jedynie filmu telewizyjnego, który miał być pilotem kolejnej po Hulku hitowej serii. Opowieść o mistycznym bohaterze znowu straciła sporo ze swojego komiksowego dziedzictwa (brak wypadku, inny zawód, zupełne przewartościowanie jego charakteru), a akcja w sporym stopniu ograniczała się do protagonisty snującego się po szpitalnych korytarzach. Wąsy Petera Hootena wyglądały na ekranie naprawdę nieźle, ale cały projekt został szybko pozbawiony życia – wydatnie wspomogła ten fakt premiera w tym samym czasie antenowym co Korzenie, jednego z największych hitów w historii amerykańskiej telewizji.
Natomiast już w zarodku zniszczono serię z Human Torchem – szefowie stacji odrzucili projekt z płonącym bohaterem, gdyż mógłby doprowadzić do tragedii, gdyby jakiś młody widz postanowił go naśladować. CBS zanim schowało do szafy komiksowe licencje, zdążyło wyemitować jeszcze w 1979 roku dwa filmy telewizyjne z Kapitanem Ameryką, które nie zapowiadały jednak potencjalnego serialu. Tutaj również zmieniono dosyć mocno genezę postaci – Steve Rogers był teraz tajnym agentem, potomkiem oryginalnego Kapitana; jeździł na super-pstrokatym motocyklu (bo zabawki muszą się sprzedawać) i atakował wrogów transparentną plastikową tarczą. Reb Brown miał przyjemną twarz jankeskiego osiłka, ale trudno dzisiaj widzieć w tych produkcjach coś więcej niż urocze kuriozum w duchu groszowym filmów akcji.
BEZKRÓLEWIE W ŚWIECIE MARVELA – czytaj dalej

Generation X (1996)
W KRZYWYM ZWIERCIADLE: BEZKRÓLEWIE
Lata osiemdziesiąte naznaczone były Marvelową posuchą, z nieznacznymi wyskokami w formie pełnometrażowych Hulków. Coś drgnęło w 1991 roku, gdy spróbowano zachęcić widzów pilotem adaptacji Power Pack – zespołu złożonego z bardzo młodych dzieciaków, przypominających X-Menów z podstawówki. Produkcja przygotowana za minimalne pieniądze zupełnie zanikła i do dzisiaj mało kto ją pamięta.
Kolejną próbą telewizyjną, produkowaną w czasach narodzin zamkniętej głęboko w szafie i niedopuszczonej do dystrybucji Fantastycznej Czwórki Rogera Cormana oraz niebyłej adaptacji Spider-Mana Jamesa Camerona, gdzie Peter Parker miał być zmutowanym potworem z tendencjami samobójczymi, została Generation X. Pilot serialu był natychmiastową reakcją na niezwykłą popularność komiksowej wersji przygód nowej generacji młodych mutantów (i ogólnie niezwykle dobrej sprzedaży komiksów z „X” w tytule). Marvel, zbliżający się wtedy do bankructwa, po raz kolejny powierzył swój serial twórcom, którzy nie mieli zielonego pojęcia o elementach stojących za sukcesem materiału źródłowego.
Opowieść o mocno ze sobą zżytych wyrzutkach zamieniła się w kiczowate widowisko wizualnie tożsame z Batman Forever. Co ciekawe, Hatley Castle grający szkołę, w której mieszkają bohaterowie, pojawił się w tej samej roli w trzech częściach filmowych X-Men, a ostatnio występuje w roli domu rodzinnego Queenów z Arrow.

X-M… Mutant X (2001-2004)
Ciekawa akcja była związana z kolejnym projektem Marvela, który w założeniach nie był adaptacją komiksu, ale w finalnej wersji stanowił soczysty środkowy palec wymierzony w Foxa, który skrupulatnie trzymał w swoich rękach prawa do X-Men i okolic.
W 2001 roku, bardzo szybko po premierze wysokobudżetowej wersji mutantów Bryana Singera, Marvel w kooperacji z Tribune Entertainment i Fireworks Entertainment przygotował serial zatytułowany… Mutant X, który był tak naprawdę niezbyt dobrze ukrytą przynętą na fanów filmowych X-Men. Podobieństwa między oryginałem a nową wersją były porażająco jawne – tytułowa grupa składała się z „nowych mutantów”, którzy swoje moce zawdzięczali eksperymentom genetycznym, za które oczywiście odpowiadał rząd. Podobnie jak drużyny Stana Lee z komiksów, ich zadaniem było wyszukiwanie i ochrona swoich pobratymców. John Shea (Lex Luthor z Nowych przygód Supermana) zagrał tam nawet wariację na temat Charlesa Xaviera, a jasnowłosy Tom McCamus robił za bardziej zwichrowaną wersję Magneto.
Sprawa była tak śliska i jawna, że Fox z miejsca podał wszystkich zaangażowanych do sądu za złamanie ustaleń poprzednich umów i fałszywe reklamowanie produktu, podczepionego pod markę „X-Men”. Doszło do ugody, która zakazała Marvelowi wykorzystywać w kampanii reklamowej jakichkolwiek powiązań z klasycznymi mutantami. Żeby było śmieszniej, w 2003 roku to Tribune z Fireworks zaciągnęły do sądu wydawnictwo, stwierdzając, że to ono zrobiło ich w konia i kazało sprzedawać serial jako kopię X-Men, nie przedstawiając jasno sytuacji z licencją, przez co stracili kupę pieniędzy, gdyż musieli radykalnie zmieniać postacie i historie. A sam serial nawet nie był szczególnie dobry i popularny.
To tylko pokazuje, jak bardzo w lesie był wtedy dzisiejszy gigant kinowo-komiksowy.

Blade: The Series (2006)
Po zakończeniu produkcji Mutant X w 2004 roku Marvel zszedł do filmowego podziemia na prawie dekadę.
Jedynym ich projektem był jeden sezon serialu Blade ze stacji Spike TV. Ten projekt przeniesiony na mały ekran akurat nieszczególnie dziwił, ponieważ składało się na niego kilka logicznych przesłanek: pierwszy filmowy Blade przywrócił do życia kino komiksowe, cała trylogia miała swoją renomę (nadwyrężoną przez część trzecią), bohater był bezpieczny i możliwy do przedstawienia na ekranie za małe pieniądze, a dodatkowo serialowy świat nadal żył ogromnym sukcesem Whedonowych hitów o wampirach – Buffy: Postrach wampirów i Anioł ciemności.
Sam serial był naturalną kontynuacją Blade’a: Trójcy i wyszedł z całkiem niezłym pomysłem początkowym, żeby zaprezentować nowojorskie środowisko trzęsących miastem z ukrycia wampirów-arystokratów. Do Blade’a, którego zagrał raper Kirk „Sticky Fingaz” Jones (niestety pozbawiony zupełnie uroku Wesleya Snipesa), dołączyła niejaka Krista Starr – była żołnierz zamieniona w wampira, będąca oczami i uszami bohatera w świecie krwiopijców. Serial był ostatecznie całkiem niezły, ale młoda stacja zwyczajnie nie podołała wydatkom z nim związanym i już po jednym sezonie musiała zamykać imprezę. O jakości projektu niech świadczy chociażby zaangażowanie świetnego scenarzysty komiksowego, Geoffa Johnsa, który niedawno został zatrudniony do ratowania filmowego uniwersum DC.

Agenci T.A.R.C.Z.Y. (2013-)
BEZDROŻA
I tak te wszystkie serialowe licencje wegetowały w niebycie do czasu przełomu zmieniającego całkowicie filmową mapę adaptacji. Marvel bezceremonialnie postawił wszystko na jedną kartę, zaplanował uniwersum w najdrobniejszych szczegółach i rzucił na pożarcie widzom Iron Mana w 2008 roku – anonimową dla niekomiksiarzy postać, która nie miała nic do stracenia. Nowonarodzony Robert Downey Jr. zaklinał ekran, a scena po napisach zapowiedziała rozszerzenie świata na niespotykaną dotąd skalę.
Nastał czas Inicjatywy Avengers.
Ekspansja uniwersum następowała za pomocą małych kroczków. Najpierw widzowie dostawali sceny po napisach zapowiadające kolejne części wielkiej układanki – tutaj Nick Fury, tam młot Thora, jeszcze gdzie indziej Tony Stark. Pojawiają się, robią smak na kolejne przygody. Dopiero ostatnio coraz mniej te krótkie scenki dodają coś do świata (może zbyt już rozwiniętego i szeroko zapowiadanego), a głównie stanowią przerywnik humorystyczny (Kaczor Howard, przysypiający Stark na kozetce u Bannera). Później pojawiły się krótkometrażówki dołączane do DVD i Blu-Ray, a w końcu Marvel postanowił rozwijać swoje uniwersum na małym ekranie. I chciał to zrobić z wykopem.

Agenci T.A.R.C.Z.Y.
Niestety, na początku coś nie wyszło. Agenci T.A.R.C.Z.Y. wydawali się idealnym łącznikiem do rozszerzania świata. Tajna agencja pojawiająca się w całym cyklu filmowym, mająca wszędzie swoje sieci, mogła jakoś zjednoczyć ten kolorowy burdel w całość. Były szumne zapowiedzi, wmieszał się w to Joss Whedon (a potem został tylko mniejszy Whedon, Jed), a ostatecznie dostaliśmy marny rozgardiasz.
Jeszcze na początku próbowano to łączyć z większym uniwersum, pojawiali się Nick Fury, Sif albo Maria Hill, jednak cała seria zatopiła się w fabułach proceduralnych, odłączonych od rozbudowanej wizji. Pierwszy sezon, fragmentaryczny, poszarpany, wyglądający jak marna budżetówka, leciał na łeb, na szyję. W drugim przemyślano kilka rzeczy i wprowadzono główny wątek, ale nadal to powiązanie ze światem było iluzoryczne. Weźmy na przykład odcinki nawiązujące do Thora: Mrocznego świata. Zapowiadano, że bohaterowie Agentów będą sprzątać po bohaterach z Asgardu.
Niestety, oni naprawdę sprzątali ruinę w Londynie. Nie takiego przenikania światów oczekiwali widzowie. Jeszcze gorzej to zaczęło wyglądać w momencie, gdy wyciekły wewnętrzne rozporządzenia studia, zapowiadające intencjonalne pomijanie serialowych wydarzeń w filmach – z tego powodu nie uświadczyliśmy jeszcze jego bohaterów nawet gdzieś na trzecim planie, a Phil Coulson nadal jest martwy dla członków Avengers. Trzeci sezon serialu poleciał na łeb w finale, czego idealnym zobrazowaniem jest zakuty w pokraczny egzoszkielet Powers Boothe (fantastyczny aktor charakterystyczny w filmach Waltera Hilla z lat osiemdziesiątych), który tłucze główną bohaterkę, jakby napchani producenci próbowali wybić radość głów widzów. Smutek oraz jęki. Na szczęście czwarty sezon wymęczonego cyklu zaczął się całkiem nieźle i jest jeszcze dla tego projektu jakaś nadzieja.
Ciekawa była też sytuacja z planowanym spin-offem serialu, czyli Marvel’s Most Wanted, który miał prezentować przygody Mockingbird i Lance’a Huntera. Bohaterowie dostali swój odcinek w Agentach T.A.R.C.Z.Y., w którym muszą, oczywiście dla dobra drużyny, zerwać z nią wszelki kontakt. Adrianne Palicki i Nick Blood mieli przeskoczyć do nowego projektu, wszystko wydawało się być domknięte na ostatni guzik, pilot został zamówiony i… ABC przez rok odkładało całość na bok, aż w końcu stwierdziło, że Marvel może przekazać serię innej stacji, ponieważ oni nie czują, żeby był to potencjalny hit.
W tym czasie świat w serialu zdążył się zmienić, widzowie zapomnieli o bohaterach, a Palicki i Blood zostali bez pracy. Aktorka ma zresztą niezwykłego pecha, bo w 2011 roku straciła rolę Wonder Woman po bardzo źle przyjętym pilocie serialu, a teraz, gdy jej postać wpadła w oko fanom (a bohaterka dostała nawet swoją serię komiksową), znowu została brutalnie wyrwana z telewizji.
NETFLIX REAKTYWACJA – czytaj dalej

Charlie Cox jako Daredevil (2015)
NETFLIX: REAKTYWACJA
W zupełnie innej sytuacji jest natomiast swoiste poduniwersum MCU, zrodzone w trzewiach Netflixa. Lider na terenie mediów strumieniowych zabrał się bezceremonialnie za zabawę licencjami. Nieograniczony przez rankingi oglądalności zagarnął dla siebie grupkę „ulicznych” bohaterów Marvela i rozplanował ich przygody w najdrobniejszych szczegółach.
Pierwszym projektem był startujący 10 kwietnia 2015 roku Daredevil – serial o niewidomym prawniku z nowojorskiej dzielnicy Hell’s Kitchen, który po wypadku z radioaktywnym izotopem zyskał nadludzkie zmysły, a po dopakowaniu się treningiem u surowego mistrza sztuk walki zaczął po nocach wybywać na ulice i robić porządek. Serial przyozdobiony kategorią R, bezpardonowy, zrobiony za konkretne pieniądze, z perfekcyjną choreografią i świetnym castingiem (wyciągnięty z bezczasu uroczy Charlie Cox, odkurzony Vincent D’Onofrio), wprowadził nową jakość do kolorowego świata superbohaterów.
Była to decyzja trochę jak prawie czterdzieści lat wcześniej z Hulkiem – ograniczono kuriozalne komiksowe elementy (ale nie zrezygnowano z nich w całości, nie wstydzono się ich), specjalny kostium pojawił się dopiero w finale, a sama opowieść to dynamiczne noir przeszczepione w czasy współczesne.
Sama konstrukcja też wprowadzała świeżość – mimo ciągłości fabularnej, spora część odcinków stanowiła dopracowane fabularne miniatury (fantastyczny odcinek „butelkowy”, gdy bohater i złoczyńca są uwięzieni w budynku pod ostrzałem). I nikt tu nie obiecywał ścisłego powiązania z uniwersum, ponieważ konwencja zupełnie tego nie wymagała. Została zaznaczona sytuacja, konkretny czas i miejsce akcji – wspominana jest bitwa o Nowy Jork z Avengers, padają znajome pseudonimy, ale jest to przede wszystkim koherentna i angażująca opowieść, która przyciągnęła przed ekrany ludzi dotychczas niezainteresowanych „śmieszkowym” stylem filmów Marvela.
Drugi sezon trochę już ucierpiał przez frywolną komiksowość i zbyteczne nagromadzenie postaci (sam Punisher stanowił wystarczający wątek na cały sezon), ale nadal kontynuował pewien pomysł, którego pochodną są kolejne seriale, zmieniające optykę MCU.

Krysten Ritter jako Jessica Jones (2015)
Taka właśnie była Jessica Jones, którą zrecenzowałem tutaj. Dobrze zaadaptowane na kanwę komiksową przedstawienie sytuacji kobiety zdominowanej i zaszczutej przez szowinizm oraz toksyczną relację, przeżywającą swoiste katharsis, radzącą sobie ostatecznie z demonami przeszłości.
Marvel znowu wyciągnął aktorskie petardy – fascynująca urodą i charakterem główna bohaterka (Krysten Ritter), wizualnie delikatna, w zachowaniu bezpardonowa, stanowiła idealny miks w parze z poczciwym olbrzymem Luke’em Cage’em (Mike Colter) i potwornym zwyrodnialcem Kilgrave’em (David Tennant).
Świeże wątki, psychologizacja postaci, uaktualniona struktura serialu superbohaterskiego – produkcja idealnie wspierała mały wielki świat Daredevila.

Mike Colter jako Luke Cage (2016)
Niedawno premierę miał natomiast Luke Cage, naturalne rozwinięcie wątków tej postaci z serialu z Jessicą Jones, a na marzec przyszłego roku już zapowiedziano Iron Fista – opowieść o bogatym facecie z Nowego Jorku, który w dzieciństwie stracił rodziców w Himalajach, trafił do mistycznego miasta, gdzie nauczył się sztuk walki, a teraz wraca do Nowego Jorku, żeby rozprawić się z osobami odpowiedzialnymi za śmierć jego bliskich. Wszystkie seriale Netflixa mają prowadzić do wielkiego spotkania bohaterów w Defenders, gdzie te bardzo różne charaktery prawdopodobnie ostatecznie chwycą za gardło zło trawiące Nowy Jork.
Trzeba też dodać, że do gry wskoczył niespodziewanie Punisher o zakazanej twarzy Jona Bernthala, który po fantastycznym debiucie na małym ekranie z miejsca dostał zielone światło dla solowego serialu, który w jakiś sposób na pewno będzie powiązany z przygodami innych herosów.

Hayley Atwell jako Agentka Carter (2015-2016)
Właśnie, jest w tym intermedialnym sosie jeszcze jeden dorodny grzybek, wyłuskany ze smacznej zawiesiny dosyć niespodziewanie – Agentka Carter, krótki dwusezonowy serial poświęcony Peggy Carter, dziewczynie Kapitana Ameryki z pierwszego filmu o jego przygodach, a jednocześnie kobiecie totalnej o niesamowicie silnym charakterze, która czynnie odpowiadała za powstanie agencji T. A.R.C.Z.A. Serial zrodzony głównie z miłości włodarzy Marvela do magnetyzującej Hayley Atwell został niestety anulowany przez jej inne zobowiązania aktorskie.
*
Co jeszcze powiązane będzie z MCU? Na horyzoncie już widać Damage Control – w założeniach naprawdę intrygujący projekt. Tytułowa organizacja zajmuje się, dosłownie, sprzątaniem po rozwałkach bohaterów. Nie robią tego z przymusu, jak Agenci TARCZY. Wyobraźcie sobie Nowy Jork po ataku Chitauri i setki kosmicznych trucheł, rozrzuconej superbroni oraz smokopodobnych stworzeń zalegających na zdewastowanych ulicach. Wyspecjalizowana grupa do zadań specjalnych tego typu, walcząca z niskimi płacami, wrednym kierownictwem, w kluczu komediowym? Czemu nie.
Na pewno ma to potencjał na bycie pewną przeciwwagą do mrocznego świata Netflixa i zazwyczaj nijakich Agentów TARCZY. Zresztą firma została już wspomniana w jednym z odcinków tego drugiego serialu.

Okładka komiksu Damage Control (1989)
W powijakach jest także projekt serialu o Cloaku i Dagger, będący częścią MCU i przygotowywany przez Freeform. Dwójka bohaterów – z których bohater włada mocami ciemności z mrocznego wymiaru, a jego partnerka operuje intensywnym światłem – może pojawić się już w przyszłym roku, chociaż szczegółów nie znamy jeszcze zbyt wiele.
Obok serialowego rozwinięcia MCU intrygująco zapowiada się pierwsze serialowe rozszerzenie filmowego świata X-Men od Foxa, przygotowywane jednak przez Marvel Television (ale z racji licencji niebędące częścią uniwersum Marvela). Legion – oparty na jednej z najciekawszych serii komiksowych ostatnich lat – opowiada o tytułowym mutancie klasy Omega (czyli takim konkretnym zakapiorze, z którym nie pogadasz), będącym w komiksach synem Charlesa Xaviera. Facet ma wielkie moce telepatyczne, ale cierpi przy tym na schizofrenię. Pewnego dnia jednak poznaje dziewczynę, dzięki której zrozumie, że nawiedzające go wizje nie muszą być tylko wytworem jego wyobraźni.
Całość ma być osadzona w alternatywnej rzeczywistości i można będzie to oglądać bez żadnej wiedzy o filmach, co na pewno zniesie światotwórcze ograniczenia – serial ma mieć jednak w jakiś sposób związek z przyszłymi filmami o X-Men. W Legiona wcieli się fenomenalny w Gościu Dan Stevens.
Dan Stevens w Legion (2017)
Gdzieś po sieci krążą też coraz konkretniejsze plotki o zapowiadanych od przeszło dekady Runaways (grupa dzieciaków, która ucieka przed swoimi rodzicami okazującymi się być zespołem superzłoczyńców pracujących dla starożytnych bóstw) i na pewno będzie z czego wybierać, chcąc załapać się do komiksowej lokomotywy.
Oczywiście, jest spora szansa, że kolejne projekty rozrzedzą jeszcze bardziej skrupulatnie tworzone filmowe uniwersum Marvela (i te z innych stajni), ale na razie przynajmniej produkcje Netflixa są tak przyjemne, że nie bez powodu można jeszcze patrzeć w przyszłość z nadzieją. W końcu te wszystkie wielosezonowe peleryny i trykoty zaczną wściekle zjadać swoje dzieci, ale nikt nikomu nie każe przecież wszystkiego oglądać. No i przynajmniej klasycznego serialu z Hulkiem popsuć się już nie da.
korekta: Kornelia Farynowska
