Publicystyka filmowa
Najbardziej POBUDZAJĄCE wyobraźnię filmy SCIENCE FICTION
Czy w ogóle są takie filmy science fiction, które nie pobudzają wyobraźni?
Zostawmy te wszystkie sztandarowe dzieła typu Odyseja kosmiczna, Łowca androidów, Obcy, Metropolis, Moon i Matrix. Pisze się o nich ciągle, że pobudzają widzów do tworzenia setek interpretacji początku, rozwinięcia, a zwłaszcza zakończenia fabuły. W gatunku science fiction można znaleźć jednak dzieła mniej znane, może i niedocenione, które zadziałają podobnie – zmuszą do myślenia nie tylko w czasie seansu, ale jeszcze długo po nim. Poza tym niektóre z tych tytułów stanowią podwaliny dla współczesnego gatunku fantastyki naukowej, a właściwie się o nich nie wspomina. Czas to zmienić, żeby współczesna młodzież, tak kochająca przecież fantastykę, potrafiła docenić klasykę tego gatunku starszą niż te magiczne 50 lat.
„Źródło” (2006), reż. Darren Aronofsky

Pierwszy seans może nie wzbudzać pozytywnych emocji. Widz z łatwością zagubi się w wielowątkowej fabule produkcji, która przypomina trochę otwarty świat w grze RPG. Czasem jest on zbyt otwarty i ma się wrażenie zagubienia, a przecież Źródło to właściwie film drogi, eklektyczny i wymagający skupienia. Reżyser zaplanował go dość szczególnie – odkrycie Drzewa Życia powinno być wymagające, zarówno dla głównego bohatera, jak i siedzącego na kanapie przed telewizorem odbiorcy. Dlatego niezrozumienie pierwszego seansu można pokonać tylko kolejnymi, o ile ma się cierpliwość. Po 3–4 być może będziemy już w stanie zrozumieć, czym jest metafora Drzewa Życia, bo rozpatrywanie go tylko w kategoriach magicznej rośliny, to poziom tego pierwszego, niezrozumiałego seansu.
„Ukryty” (1987), reż. Jack Sholder

Mało znany, niedoinwestowany, kameralny, estetycznie bardzo osadzony w latach 80., z ciekawą obsadą, a przy tym odpowiednio równoważący akcję emocjami jednego z głównych bohaterów, który jest „trochę inny”. I nad tym widz zapewne będzie się zastanawiał; czekał, kiedy fabuła na tyle się rozwinie, że wszystko okaże się jasne. Oczywiście można się tej intrygi domyślić już na samym początku, jednak bieg fabuły jest mimo wszystko tak zaplanowany, że widz ciągle się zastanawia, skąd pochodzi przybysz i czy naprawdę musi tak wyglądać. Przychodzi mi na myśl tylko jedno porównanie, ale nie będę spojlerował, bo zapewne są widzowie, którym tego typu kino science fiction przypadnie do gustu.
Ukryty to ten rodzaj filmu SF, którego się od dawna już nie kręci. Tematyka łącząca fantastykę z produkcją sensacyjną stała się w dzisiejszym kinie niemodna, a szkoda. Bohaterowie sterowani przez obcego są naprawdę tajemniczy. Nie do końca orientujemy się w sensowności ich postępowania, nawet jeśli mają zamiar faktycznie zawładnąć naszą planetą.
„Twarze na sprzedaż” (1966), reż. John Frankenheimer

Kochamy Łowcę androidów, Brazil, kino Kubricka i Hitchcocka, a założę się, że większość z nas nie pamięta o Johnie Frankenheimerze i Twarzach na sprzedaż. Problem jest taki, że okoliczności pana śmierci muszą być proste. Prosty wypadek, co dziwne, jest bardzo kosztowny, Panie Wilson. Cała sztuka tkwi w tym, aby usunąć jak najmniej cech, żeby identyfikacja ciała wciąż była możliwa.
Na podstawie, powiedzmy, ogólnych wymiarów oraz wiarygodnej ścieżki wydarzeń. Świadkowie itp. Wszystko musi być bardzo dokładnie odegrane. Taką śmierć gwarantujemy. Proszę mi wybaczyć. To jest przepyszne! Wspaniałe. Czy te słowa wypowiadane nad talerzem zapiekanego mięsa z serem nie odpowiadają temu, co tak publiczność uwielbiała zawsze, np. w filmach kręconych na podstawie powieści Philipa K. Dicka? W tym przypadku akurat pomysł wyszedł od pisarza Davida Ely’ego.
„Elektroniczne babcie” (1983), reż. Ladislav Rychman

Podczas gdy za wielką wodą Amerykanie w filmach od dawna latali już w kosmos i podróżowali między galaktykami, u nas w Europie Czesi postanowili zaprezentować wizję futurystycznego społeczeństwa, w którym roboty pełnią niezwykle ważną funkcję opiekuńczą – są służącymi, opiekunkami domów i domowników, no i najważniejsze: wyglądają jak babcie, więc wzbudzają same ciepłe uczucia. Firma Biotex już o to zadbała, tylko nie przewidziała ukrytych wad niższych modeli. Nawet dzisiaj brakuje w wielu filmach z tego gatunku tak dobrej, energetycznej muzyki, sprawnego montażu, a przede wszystkim pomysłu na zaprezentowanie z humorem relacji człowiek–robot.
Przez wiele lat film był nieobecny zarówno w telewizji, jak i w sieci. Teraz jest, chociaż nie wiem, jak długo. Korzystajcie więc i zobaczcie ten naprawdę wielki kawałek europejskiego kina science fiction.
„Trzynaste piętro” (1999), reż. Josef Rusnak

Czy ta produkcja jest solidną konkurencją dla Matrixa? Z pewnością bardziej naukową i zrobioną mniej efekciarsko. Zapewne dlatego zyskała mniejszą sławę, a właściwie w ogóle nie jest znana. Cała siła tego filmu polega na wprowadzaniu widza w wątpliwość co do realnego istnienia świata. Najpierw jednak trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, co to w ogóle znaczy być realnym i według jakiego punktu odniesienia nasza realność jest realna; bo według filmu z pewnością nie jest to realność każdej istoty myślącej we wszechświecie. Problem jest tak stary jak filozofia, a fizyka kwantowa wprowadza jeszcze więcej wątpliwości. Trzynaste piętro zaś inteligentnie zbiera te dane z filozofii i fizyki, żebyśmy jeszcze mniej pewnie się czuli w naszych światach.
„Filar” (1962), reż. Chris Marker

Awangarda w kinie science fiction. Zapewne jest to jeden z ulubionych filmów science fiction u krytyków, bo trudno w nim zauważyć fantastykę naukową. Statyczne obrazy raczej nie przemówią do wyobraźni widzów uwielbiających Star Treka. Filar to bardziej słuchowisko albo slajdowisko. Niewątpliwie ma swój klimat i to bardzo złowieszczy. Podczas seansu odczuwa się niepokój i dojmującą niechęć do trwania przed ekranem. To jednak tylko oznacza, że film działa. Wizja końca świata jest sugestywna, a wyobraźnia pracuje, uzupełniając nieruchome obrazy o znaczenia bardziej dopasowane do naszych czasów i mniej awangardowych filmów.
„Kosiarz umysłów” (1992), reż. Brett Leonard
Premiera tego filmu na kasetach wideo to było przeżycie, a grafika użyta do kreacji wirtualnej rzeczywistości dzisiaj bardzo sentymentalnie przypomina stare gry komputerowe. Mało tego, twórcy nie patyczkowali się, tylko zachłyśnięci możliwościami rysowania figur geometrycznych przez komputery napakowali film efektami specjalnymi bez żadnego umiaru. Na szczęście potrafili stworzyć interesujące charaktery bohaterów, inaczej Kosiarz umysłów byłby wydmuszką klasy B, a tak jest kinem niesamowicie plastycznie ukazującym ludzkie wyobrażenie wirtualnej rzeczywistości. Daje to do myślenia, a umowność grafiki jeszcze te refleksje wzmaga.
„Kontakt” (1997), reż. Robert Zemeckis

Minęło tyle lat od premiery, a wciąż jestem pozytywnie zaskoczony fabułą. Może właśnie dlatego, że z każdym seansem można zinterpretować ją na nowo, wrócić do starych hipotez, zmodyfikować je i wciąż cieszyć się tym, że Zemeckis pozostawił otwarte zakończenie, a bohaterkę w stanie radykalnego zawodu otaczającą ją rzeczywistością. Był więc ten kontakt czy nie? Chcielibyśmy wierzyć, że był, ale z drugiej strony, jeśli dowodem na to ma być jedynie doświadczenie jednej osoby, jak inni mają w to uwierzyć? Reżyser zmusza więc widza do przyjęcia jednocześnie dwóch możliwych zakończeń.
To ciekawy zabieg, bo aktywizuje niesamowicie wyobraźnię oraz taką gorzką, dorosłą refleksję nad naszymi marzeniami. Wyrosnąć z nich czy zachować dla siebie. A jeśli zachować – to ukrywać czy otwarcie za nimi iść? To dylemat Eleanor Arroway (Jodie Foster).
„Przygody Buckaroo Banzai. Przez 8. wymiar” (1984), reż. W.D. Richter

Świat stworzony w filmie jest eklektyczny, nieco pulpowy, komiksowy, oniryczny, a czasem wręcz bajkowy, nie rezygnuje jednocześnie z charakterystycznej dla lat 80. stylistyki science fiction. I chociaż mówi się o Buckaroo Banzai, że jest postacią kultową, to owa kultowość jest bardzo hermetyczna – ograniczona szerokością geograficzną i grupą fanów lub fandomem. A szkoda. Buckaroo Banzai jest postacią niezwykle inspirującą w całej swojej nietypowości i wręcz dziwności. Mógłby zrobić większą karierę w blockbusterach, ale obawiam się, że musiałby nieco zmienić swoje imię. W tej chwili jest ono bardzo niemedialne i trudne do zapamiętania, a to się może dzisiaj nie sprzedać. Czekam więc na nową ekranizację jego przygód.
„Dzieci przeklętych” (1963), reż. Anton Leader

Lata 60. to były czasy, kiedy wiedza o DNA dopiero zaczynała inspirować twórców kina science fiction. Nie trzeba było już latać w kosmos, żeby stworzyć mroczną wizję zagłady naszego gatunku spowodowaną przez pojawienie się innych, lepszych osobników do złudzenia przypominających nas. Film rozważa relację z takimi osobnikami, na dodatek w formie dzieci, na różnych płaszczyznach – humanistycznej, ewolucyjnej, a nawet politycznej. Twórcy nie dochodzą do jednoznacznych wniosków – to my, widzowie, musimy rozsądzić, co z naszego punktu widzenia byłoby najbardziej humanitarne, a może konieczne, żebyśmy przetrwali.
Niemałe znaczenie ma tu wykorzystanie dziecięcych aktorów. Dzieci przeklętych to kino kameralne, trudne, do którego może nie będzie się chciało wracać, lecz to ważna historia fantastyki naukowej. Z niej wciąż czerpią twórcy współcześni; w sumie nic nowego w tej moralnej materii nam nie podsuwając do rozważania. Milion lat ewolucji – czy prawo natury w tej perspektywie może być stosowane bez uwzględnienia jakiejkolwiek aksjologii?
