Publicystyka filmowa
NAJBARDZIEJ NIEDOCENIONE FILMY 2016
Odkryj NAJBARDZIEJ NIEDOCENIONE FILMY 2016, które umknęły uwadze, ale zasługują na Twoją uwagę. Dowiedz się, co warto zobaczyć!
„Ta lista jest tak na siłę kontrowersyjna i dyletancka”
„Trochę to tanie”
„Na kilometr śmierdzi trollem i pretensjonalnością”
„Żart”
Jak widać, poprzednia lista filmowych rozczarowań tudzież przecenionych tytułów A.D. 2016 (o TA TUTAJ!) udowodniła dwie rzeczy. Raz – ludzie nie czytają wstępniaków. Dwa – nie możesz mieć własnego zdanie w Internecie, zwłaszcza jeśli negatywnie wyrażasz się o ulubieńcach publiczności. A jak to działa w drugą stronę? Teraz bierzemy na tapetę filmy (przypominam, że liczą się tylko polskie premiery!) generalnie pominięte w rozdaniach najważniejszych nagród czy też olane przez widzów – słowem nie docenione należycie.
Oto dyszka takowych tytułów – raz jeszcze zapodana zgodnie z alfabetem i tradycyjnie z towarzyszącą jej, czysto „subiektywną” oceną jednej osoby. Niepopadającej jednakże w przesadny zachwyt, bo też fakt, iż filmy te zostały przez ogół niedocenione, nie oznacza od razu, że można o nich pisać w samych superlatywach. Zapraszam i oczywiście zachęcam też do wpisywania własnych typów w komentarzach.
Ave, Cezar!
Film braci Coen bardzo szybko przemknął przez ekrany – być może przez wzgląd na datę premiery (luty), wypełnioną oscarowymi hitami. Amerykańska Akademia także zresztą kompletnie pominęła ten tytuł, choć przecież tli się on od gwiazd i o kinie prawi. Przypuszczalnie zgubiło go właśnie to ostatnie – statystycznemu widzowi liczne odwołania do minionej epoki kina niewiele powiedzą, zabijając przy okazji część żartów.
Ale i nie oglądając się na nie, dostajemy całkiem sympatyczne dzieło, doskonale wystylizowane, znakomicie zagrane i świetnie zrealizowane. Fajny hołd dla klasyki – co prawda sam klasyką nie mający szansy się stać, ale w morzu komiksowych adaptacji i drętwych wyskoków artystycznych wybija się zdecydowanie na plus, bawiąc humorem i wciągając w środek złudnej iluzji. Do najlepszych dokonań braci co prawda daleko, ale bardzo łatwo polubić.
Big Short
To zdecydowanie film stworzony pod amerykańską publiczność, stąd w polskich kinach raczej nie miał szans zaistnieć na dłużej. Szkoda. Już pomijając fakt, że problem przedstawiony przez twórców dotknął całego świata i jest równie aktualny nad Wisłą, co nad rzeką Hudson, mamy tu do czynienia z naprawdę mięsistym kawałkiem dziesiątej muzy (zasłużony Oscar za scenariusz).
I owszem, miejscami odrobinę zbyt nachalnym i pouczającym, ale też niezwykle energicznym, ciętym, efektownym. Obsada jest wyśmienita, a historia klarownie wyłożona i wciągająca, nawet mimo potencjalnego nerdyzmu – by nie napisać: hermetycznej natury – jaki od niej bije. W dodatku efekt końcowy jest mocniejszy od niejednego dokumentu poświęconego sprawie. Niezbyt odkrywczy, bo finansowe przekręty filmowcy biorą na tapetę nie od dziś. Jednak skala problemu dosłownie powala, a duża w tym zasługa także perfekcyjnie podkręcanego na ekranie dramatyzmu. Pozycja obowiązkowa.
Brooklyn
Na pierwszy rzut oka typowy melodramat z ciut pokaźniejszym budżetem, który wydatnie pomógł oddać atmosferę Nowego Jorku i Irlandii lat pięćdziesiątych XX wieku. I poniekąd w klimacie właśnie tkwi siła tego filmu. Ale nie tylko. Łatwo polubić jest główną bohaterkę, której błysku bez problemu nadaje ładna i utalentowana Saoirse Ronan (nominowana zresztą do Oscara).
Świetna jest chemia między postaciami, przyjemny humor, a scenariusz nie popada w banał, pozwalając widzowi na chwilę niepewności w tych najbardziej kliszowych momentach. No i urzekająca strona wizualna – te wszystkie kostiumy, scenografia, muzyka i zdjęcia, małe detale – zwieńczona ślicznym, końcowym ujęciem, które być może przesądza o dodaniu dzieła Johna Crowleya do grona faworytów sezonu. Czasem niewiele do tego potrzeba.
Cloverfield Lane 10
Sequel, który pojawił się znikąd, otrzymał co prawda tuż po premierze trochę dobrej prasy, zarobił również odpowiednią kasę. Ale w kontekście całego roku wydaje się zagubionym dzieckiem, o którym nikt nie pamięta. Nie pomaga mu w dodatku fakt, że na dobrą sprawę mamy tu do czynienia z tworem raczej jednorazowego użytku, bo opartym na zaskakiwaniu widza, co – jak wiadomo – udaje się tylko podczas dziewiczego seansu.
Trudno się zatem pisze o tym filmie bez wchodzenia w szczegóły. Ot, banały – świetnie zagrany, równie dobrze zrealizowany i z iście smakowitym prologiem… Aczkolwiek najlepszą rekomendacją tego debiutanckiego dzieła niech będzie stwierdzenie, iż z jednej strony wygląda ono trochę jak mokry sen polskich filmowców (jedno pomieszczenie, minimalna obsada, spokojne tempo i brak silenia się na efekciarstwo). A z drugiej to pełnoprawny blockbuster made in USA, całkiem zgrabnie łączący się w dodatku ze swoim starszym o blisko dekadę bratem. I zarówno fani tamtego, jak i osoby postronne powinny się na nim naprawdę dobrze bawić.
Dope
Już sam tytuł raczej odstrasza rodzimego odbiorcę (dziwne zresztą, że tym razem dystrybutor nie pokusił się o tłumaczenie, choć być może jeszcze bardziej by to film pogrzebało). Temat i miejsce akcji również wydać mogą się nam odrealnione. Stąd też, pomimo zachwytów za oceanem, raczej mało kto w Polsce w ogóle zauważył, że coś takiego było w kinach (z półrocznym wszak poślizgiem względem Zachodu).
A tymczasem to niezwykle lotne, zgrabne, zabawne i bardzo dynamiczne patrzydło, które odwołuje się do najlepszych lat i tradycji amerykańskiego kina młodzieżowego. Niegłupie, szczerze naturalne i kipiące energią młodej obsady, z którą łatwo jest się zakumplować, i której jeszcze łatwiej kibicować. Z wielu goszczących ostatnio na ekranach „powrotów do przeszłości” ten wydaje się być jednym z lepszych. I zarazem oryginalniejszych.
Joy
Gatunkowy miks, który przyjęto raczej wzruszeniem ramion – przypuszczalnie przez wzgląd na wcześniejszą twórczość reżysera, mocno już opatrzoną krytykom oraz widowni. Jak na ironię Joy wydaje się świeższe, ciekawsze, bardziej konsekwentne i trafniej obsadzone (choć przecież tymi samymi aktorami) aniżeli American Hustle. Nie trąci również fałszem tamtego filmu, jest autentycznie angażujące i stanowi solidną porcję rozrywki z niewielkim bonusem poznawczym. Może nie jest idealnie, może miejscami faktycznie niektóre rzeczy zgrzytają, a całość trudno nazwać dziełem oscarowym. Ale jak na film o twórczyni mopa atrakcji jest tu aż nadto. Pomysłów również nie brakuje. Słowem, czysta radość z oglądania.
Księgowy
Tytuł, który może stanowić nieślubną parę ze wspomnianą Joy, bo również łączy w sobie wiele idei, kilka różnych gatunków, parę odmiennych stylistyk. Sęk w tym, że robi to bardzo dobrze, stając się całkiem nietypowym kawałkiem kina, niekiedy jedynie popadającym w banał.
Coś, co w teorii powinno wyglądać jak monstrum Frankensteina, z dużą gracją i naturalnością przemyka przez ekran, nie nudząc przy tym specjalnie, a nawet wręcz przeciwnie – przez długi czas trzymając w niepewności i podnosząc zainteresowanie. Trochę tu zatem angażującej, świetnie wyreżyserowanej akcji, nieco romansu, w którym czuć wystarczająco dużo chemii; kryminału o lotnej intrydze oraz dramatu, który potrafi przejąć, a dzięki obecności innych elementów nie staje się ckliwy lub pompatyczny. Ot, taki Forrest Gump o Pięknym umyśle i umiejętnościach Rambo. Zaskakująco zjadliwy, bynajmniej nie odbijający się czkawką i łatwy do polubienia. I zachęcający do sięgnięcia po dokładkę.
Nie oddychaj
Sinusoida. Z jednej strony mamy wszak do czynienia z głupiutką fabułą, po której pałętają się równie tępi bohaterowie – ot, horrorowy standard, od którego gatunek ten już od jakiegoś czasu z sukcesem potrafi się wyrwać. Niemniej klimat jest niesamowity, a sam pomysł wyjściowy genialny w swej prostocie (aż chce się zapytać, czemu nikt nie wpadł na to wcześniej?).
Największa natomiast siła tkwi w głównym „czarnym charakterze”, w którego brawurowo wcielił się Stephen Lang – to dzięki niemu film budzi autentyczną grozę i potrafi zaskoczyć. Za tym ostatnim kryje się w dodatku całkiem niezłe drugie dno, które nadaje jedynie tej postaci dwuznaczności. Czyli generalnie horror jakich wiele, ale jak niewiele z nich zrobiony naprawdę diablo porządnie. Złożony z klisz twór Fede Alvareza potrafi bowiem naprawdę spełnić obietnicę zawartą w tytule. Wątpię, by zapowiadany sequel mu w tym dorównał.
Pasażerowie
Przyjemne zaskoczenie na koniec roku. Projekt od lat będący w hollywoodzkim niebycie został zrealizowany trochę na odwal się (o czym świadczy chociażby urwany finał) i po trosze sztampowo. I rozreklamowano go jeszcze gorzej, bo tanimi hasełkami i zakłamanymi zwiastunami.
A jednak pozostaje ciekawszy, świeższy i bardziej emocjonujący od większości zeszłorocznych blockbusterów z najwyższej półki. Wizualnie niewiele im zresztą ustępuje, będąc momentami prawdziwą ucztą dla wszystkich ważnych dla kina narządów poznawczych. Ma jeszcze jeden atut: jest niesamowicie krótki, wobec czego trudno jest się na nim nudzić i zawsze coś się dzieje na ekranie. Niby mogło być lepiej, niby twórcom zabrakło kropki nad „i”, a producentom jaj, by pewne rzeczy rozegrać odważniej, lepiej. Co nie zmienia faktu, że wszelkie pomyje wylewane przez krytyków i kiepski box office wydają się mocno przesadzone. Film emanujący tak dużym ciepłem, uroczo i zgrabnie prawiący o ważnych dla człowieka rzeczach zasługuje na zdecydowanie więcej dobrej woli.
Siedem minut po północy
Na koniec pozycja nieco na wyrost, gdyż film J. A. Bayony dopiero co zadebiutował na ekranach, więc z pewnością jeszcze sobie zapracuje na dobre opinie. Niemniej boli już sam fakt, że przez niefortunną datę premiery zostanie pominięty w większości podsumowań różnego sortu.
I bardzo możliwe, że mylne, kiepskie tłumaczenie tytułu przepadnie również w świadomości widzów, szybko ustępując kolejnym pozycjom kinowego repertuaru. A przecież mamy tu do czynienia ze współczesnym klasykiem dla całej rodziny – za dużo tu dobra i ogólnych wartości (również edukacyjnych), by pisać o nim inaczej. Gra i cyka tutaj właściwie wszystko, od świetnych efektów wizualnych, przez doskonale dobranych do swoich ról aktorów (Felicity Jones jest na ekranie zaledwie kilka minut, a i tak deklasuje tym występem całą swoją obecność w Łotrze 1), a na chwytającej za serducho fabule i niepodrabialnym głosie Liama Neesona skończywszy. Obecność tego ostatniego sprawia, że nawet kilka bajkowych schematów opiera się wszelkiej krytyce. Zdecydowanie polecam!
Wyróżnienie spoza kin polskich:
Oczy matki – już choćby ze względu na sam klimat warto się nim zainteresować. Niby przez kolejne festiwale przelatuje bez większego echa, ale trudno znaleźć w ostatnich latach film, który oglądałoby się z fascynacją równą towarzyszącej jej niezręczności.
korekta: Kornelia Farynowska
