Publicystyka filmowa
HORRORY lat 80. 5 filmów grozy, których NIE ZNASZ, a powinieneś
Odkryj tajemnice lat 80. w HORRORACH, które zaskoczą Cię swoim klimatem i nieznanymi historiami grozy. Czas na małe perełki!
Lata 80. przyniosły nam wysyp horrorów lepszej i gorszej jakości, rozwijając slasherowy trend oraz skupiając się na bardzo wysokim wskaźniku zabitych bohaterów na film. Była to dekada, w której kino grozy miało raczej dostarczać rozrywki, niż straszyć, a niemal każdy horror – bez względu na to, czy udany, czy nie – musiał doczekać się kontynuacji. Oczywiście generalizuję, ale trudno nie odnieść wrażenia, że ówcześni przedstawiciele gatunku aż za bardzo chcieli oswoić nas ze śmiercią, często bardzo widowiskową. Wszyscy znamy Koszmar z ulicy Wiązów, Piątek trzynastego, Lśnienie, Muchę oraz Coś. Horrorowy katalog lat 80. jest jednak tak bogaty, że pozwoliłem sobie wyciągnąć z niego pięć mniej popularnych tytułów – dla wielu zapewne nieznanych, ale w moich oczach wyjątkowo udanych przedstawicieli gatunku, małych perełek kina grozy.
Angst (1983, reż. Gerald Kargl)
Jeden z najlepszych filmów o psychopatycznym mordercy jest zarazem jednym z najczęściej przeoczanych przy tego typu zestawieniach. Austriacki Angst to wspólne dzieło Geralda Kargla (reżyseria) i Zbigniewa Rybczyńskiego (zdjęcia i montaż), autora nagrodzonej Oscarem krótkometrażowej animacji Tango.
Obaj napisali scenariusz inspirowany prawdziwą historią Wernera Knieska, recydywisty, który będąc na przepustce z więzienia, zamordował trzyosobową rodzinę – sprawa ta wymusiła zmiany w austriackim systemie penitencjarnym. Twórcy jednak całą swoją uwagę skupiają na niezrównoważonym bohaterze i jego pragnieniu zabijania.
Podpisany jako K. psychopata już opuszczając więzienne mury, wie, że musi jak najszybciej kogoś zamordować, i rzeczywiście rzuca się w pęd za ofiarą – jakąkolwiek. Najpierw wpadają mu w oko dwie dziewczyny w przydrożnym barze, następnie taksówkarka, w końcu, po włamaniu się do wielkiego domu, planuje zabójstwo nieobecnych gospodarzy.
Kargl i Rybczyński skupiają całą swoją uwagę na niezrównoważonym bohaterze, podporządkowując mu formę filmu. Przez całą projekcję słyszymy praktycznie wyłącznie jego myśli, natomiast prawie w ogóle do głosu nie dochodzą inne postaci. Również wizualna strona Angst zmusza nas do odczuwania świata oczami psychicznie chorej osoby – kamera obserwuje bohatera wysoko z góry lub z poziomu podłogi, z bardzo bliska lub w oddaleniu; przez cały czas pozostaje w ruchu, niespokojna, prezentując skrzywiony obraz świata. Odprężenie przychodzi dopiero, kiedy K. czuje wewnętrzny spokój – po popełnieniu morderstwa. Nerwowość całości podkreśla elektroniczna muzyka Klausa Schulze’a.
Seans Angst jest nieprzyjemnym, choć satysfakcjonującym doświadczeniem. Realizm idzie w parze z realizacyjną brawurą, nie tylko dając nam portret jednego z najbardziej potwornych psychopatów w kinie, ale również każąc nam niejako wejść w skórę takiego osobnika, zrozumieć tok jego rozumowania (myśli, które słyszymy, w rzeczywistości pochodzą z zeznań prawdziwych morderców). Grający główną rolę Erwin Leder wygląda, jakby cały czas żył w wielkim stresie, a jego lekko wyłupiaste oczy upodabniają go do Petera Lorrego, co natychmiast odsyła nas pamięcią do słynnej roli tego ostatniego w M – Morderca Fritza Langa, arcydziele i protoplaście wszystkich filmów o seryjnych mordercach.
Inferno (1980, reż. Dario Argento)
Suspiria Daria Argento ma zasłużony status filmu kultowego, jednego z najbardziej oryginalnych horrorów w historii kina, a przy okazji dzieła niesamowicie wpływowego.
Wielu jednak może nie wiedzieć, że włoski reżyser kontynuował swoją fantastyczną opowieść jeszcze w dwóch filmach, bardzo różnych pod względem atmosfery i stylu, tworząc tym samym swoistą trylogię. Nakręcone w 1980 roku Inferno, środkowy epizod, od zawsze było w cieniu swego słynniejszego poprzednika. Mimo to ma swoich zagorzałych zwolenników – sam Kim Newman, historyk kina i znawca filmów grozy, nazwał tę część „prawdopodobnie najbardziej niedocenionym horrorem lat 80.”.
W swym prologu Inferno nadaje Suspirii kontekst, dzięki któremu tamta historia zyskuje całkowicie nowy wymiar – okazuje się, że akademia tańca we Freiburgu stanowiła dom dla Mater Suspiriorum, jednej z Trzech Matek, wcieleń zła. Druga z nich, Mater Tenebrarum, zamieszkuje dom w Nowym Jorku, którym jest – wydawać by się mogło – zwyczajna kamienica. Jedna z lokatorek, Rose, odkrywa tajemnicę budynku i wzywa na pomoc swojego brata, studiującego we Włoszech Marka. Ten zaś już w Rzymie, siedzibie Mater Lacrimarum, zaczyna odczuwać wpływ jednej z Matek.
Dwutorowa narracja służy całości, która tym razem jest bardziej poukładana niż w Suspirii (na tyle, na ile jest to możliwe u Argento), oparta na zagadkach, ale i licznych scenach morderstw. Film ma specyficzną, niemożliwą do podrobienia atmosferę – z jednej strony staroświecką, w dużej mierze z powodu mitologizacji horrorowej opowieści, z drugiej charakteryzującą się niby współczesną wielkomiejskością. Piszę niby, gdyż jest w tym pewna sztuczność, niemal teatralność (ulice Nowego Jorku wyglądają czasem, jakby kręcone były w studiu), niewidoczna w innych dziełach Włocha.
Ci, których zachwyciła wizyjność Suspirii, mogą poczuć się rozczarowani, że Argento poszedł w nieco innym stylistycznie kierunku, zamieniając również progresywną muzykę zespołu Goblin na bardzo klasyczną (choć w jednym momencie uzupełnioną o wpływy… disco!) kompozycję Keitha Emersona. Tym samym, trochę na przekór reżyserowi, Inferno najlepiej ogląda się jako całkowicie autonomiczny twór, bez konieczności kojarzenia go z bardziej rozpoznawalnym poprzednikiem ani tym bardziej z wyjątkowo nieudaną ostatnią częścią tryptyku, Matką łez z 2007 roku.
Krew doktora Jekylla (Docteur Jekyll et les femmes, 1981, reż. Walerian Borowczyk)
Walerian Borowczyk, przez jednych uważany za wybitnego surrealistę, przez innych za zwykłego pornografa, w 1981 roku nakręcił własną wersję Doktora Jekylla i pana Hyde’a.
I począwszy od otwierającej film sceny, w której Hyde ściga uliczkami budzącego się Londynu dziewczynkę, aby następnie w szale zakatować ją na śmierć, nie ma żadnej wątpliwości, że jest to pełnoprawny horror, oddający ducha literackiego oryginału. Posunę się nawet do stwierdzenia, że pod tym względem jest to najlepsza adaptacja powieści Roberta Louisa Stevensona, nawet jeśli fabularnie mocno odchodzi od pierwowzoru.
Oczywiście Borowczyk daje w filmie upust swoim ciągotom ku obsceniczności, ale ta jest w dużej mierze podporządkowana historii przyjęcia zaręczynowego doktora Jekylla i panny Fanny Osbourne (w rzeczywistości tak nazywała się żona Stevensona). Przybywa wielu szacownych gości, ale atmosferę nudnego, sztywnego spotkania szybko przerywa pojawienie się w domu szaleńca, którego działania demaskują prawdziwą naturę zebranych. Tymczasem narzeczona Jekylla odkrywa sekret swojego wybranka.
Poetyka snu (a raczej koszmaru sennego) działa w tej francusko-niemieckiej koprodukcji tak silnie, że trudno mi znaleźć drugi horror, który równie udanie ewokowałby ten stan. Zjawiskowe zdjęcia Noëla Véry’ego oddają nierealność opowieści skupionej, podobnie jak u Stevensona, wokół tematu dwoistości ludzkiej natury i represji tej mrocznej, pierwotnej strony, ale Borowczyk ostatecznie opowiada się za koniecznością ulegania popędom. Gdzieniegdzie wkrada się tu antyburżuazyjne poczucie humoru reżysera, a seksualnie naładowana atmosfera całości, jeszcze silniej podkreślająca grozę spotkania z Hyde’em, mogła się obyć bez momentów ocierających się o pornografię, choć nie tak dobitnych jak we wcześniejszych filmach Polaka.
W rolę doktora Jekylla wciela się ulubieniec arthousowej publiczności Udo Kier, ale to Gérard Zalcberg, wizualnie przypominający Roberta Blake’a z Zagubionej autostrady, robi największe wrażenie. Jego Hyde jest zwierzęciem w ludzkiej skórze, z wyrażającym nienawiść spojrzeniem i perwersyjną naturą. Również Marina Pierro jako Fanny elektryzuje swym erotyzmem, schowanym pod wiktoriańskim gorsetem, który stopniowo pęka, im bliżej kobieta jest poznania prawdy o swoim wybranku.
Next of Kin (1982, reż. Tony Williams)
O Next of Kin pisałem już kilka lat temu, poświęcając temu tytułowi cały tekst w cyklu „Od szeptu w krzyk”. Wciąż jednak mało kto widział ten australijski dreszczowiec, jeden z najlepszych przykładów wczesnego ozploitation.
Opowieść o młodej kobiecie, która po śmierci matki dziedziczy rodzinną rezydencję przerobioną na dom spokojnej starości, rozwija się powoli, bardzo ostrożnie ujawniając prawdziwą naturę zagrożenia, wyczuwalnego jednak od samego początku. Nie będzie to zatem pozycja dla wielbicieli slasherowych wrażeń i szybkiego tempa, ale raczej dla tych, którzy doceniają niepowtarzalny klimat tej historii.
Posiadłość Montclare jawi się jako miejsce niezwykle urodziwe, faktycznie oferujące swym leciwym rezydentom spokój na ostatniej prostej życia, a Lindzie powrót po latach nieobecności do domu, do wspomnień i swojego dziedzictwa. Odkryty pamiętnik matki sugeruje mroczną tajemnicę, co z dramatycznymi i niemal przypadkowymi wydarzeniami – w dziwny sposób odzwierciedlającymi przeszłość – tworzy prawdziwie horrorowy budulec pod efektowny, wielce trzymający w napięciu finał.
Film Williamsa w dużej mierze zasadza się na mocnym, wielopoziomowym kontraście – młodość głównej bohaterki zestawiona jest ze starością niemal wszystkich, którzy ją otaczają, teraźniejszość odbija się od przeszłości w sposób sugerujący wręcz działanie jakichś niesamowitych sił, a sny mieszają się ze wspomnieniami, sprawiając, że Lindzie trudno zrozumieć, co tak naprawdę się dzieje. Lekko oniryczna atmosfera wydaje się skłaniać ku rozwiązaniu fantastycznemu, dzięki czemu zakończenie jest jeszcze bardziej gwałtowne i niespodziewane. Również oprawa filmu może niejednego zaskoczyć interesującymi rozwiązaniami wizualnymi, świetną pracą kamery oraz pulsującą muzyką Klausa Schulze’a (którego nazwisko pojawiło się już w tym tekście, przy opisie Angst).
Wielkim miłośnikiem Next of Kin jest sam Quentin Tarantino, co dla wielu będzie stanowiło najlepszą rekomendację, po której być może sięgną po dzieło Williamsa. I choć australijski horror może się pochwalić innymi świetnymi tytułami (na czele z Razorbackiem, Wolf Creek oraz niedawnym Babadookiem), ten jeden wciąż czeka na odkrycie i docenienie.
Zza światów (From Beyond, 1986, reż. Stuart Gordon)
Gdy mowa o Stuarcie Gordonie, pierwsze, co przychodzi na myśl, to jego Re-Animator, cudownie zwichrowane spojrzenie na twórczość H.
P. Lovecrafta, mariaż doskonały body horroru i czarnej komedii. Następnie Gordon nakręcił zupełnie inne w klimacie Lalki, ale postprodukcja tego filmu trwała tak długo, że przed jego premierą zdążył wypuścić do kin Zza światów, ponownie sięgając po Lovecrafta.
Ile naprawdę ostało się z prozy Samotnika z Providence na ekranie? Praktycznie tylko prolog, w którym nieudany eksperyment doprowadza do śmierci szalonego naukowca, Pretoriusa, wynalazcę maszyny, dzięki której każdy może wyjrzeć poza nasz świat. Oczywiście to samo tyczy się drugiej strony i wkrótce obce formy życiowe zaczynają atakować bohaterów. Wraca również sam Pretorius, w połowie człowiek, w połowie blok galarety.
Siła kina zmarłego w tym roku Gordona brała się z braku hamulców, kiedy chodziło o najbardziej szalone, makabryczne, a często i niestosowne pomysły, przy jednoczesnym zachowaniu śmiertelnej wręcz powagi przez aktorów i samego reżysera. Dawało to oczywiście efekt komiczny, ale śmiech zawsze przychodził wraz z osłupieniem, które wydawało się być nieodzownym elementem żartu. Zza światów zawiera obrazy, które mogłyby spokojnie znaleźć się w filmie Coś Carpentera, gdzie ciało człowieka stawało się nienaturalne, ohydne, plastyczne w sposób wykraczający poza ludzkie pojęcie; tyle że to, co u Carpentera odpychało i przerażało, u Gordona jest w równej mierze szokujące, co śmieszne.
Wychodząca z czoła – niczym jakaś sonda – szyszynka czy kolejne wcielenia coraz bardziej monstrualnego i nieludzkiego Pretoriusa znajdą swoich fanów wśród entuzjastów dziwactw na ekranie i praktycznych efektów specjalnych, jednak najwięcej satysfakcji Zza światów przyniesie tym, którzy rozpoznają serwowany przez Gordona humor. Być może film nie ma tej samej energii co Re-Animator, ale jeśli chodzi o wyobraźnię i czysto realizacyjną brawurę, trudno o lepszą rozrywkę.
