Publicystyka filmowa
HORROROWE serie, które powinny być KONTYNUOWANE
Horrorowe serie, które powinny być KONTYNUOWANE to podróż przez zapomniane klasyki, które wciąż mogą zaskoczyć. Czy czeka na nie druga szansa?
Jednych straszą, innych śmieszą, wszyscy je znają – niektórzy pochłaniają je nałogowo, inni piszą o nich całe prace badawcze, są też tacy, którzy uczynili je sposobem na życie. Bywają obiektem kultu. Horrory, bo o nich mowa, stanowią jeden z najpopularniejszych, najlepiej opisanych i najbardziej uniwersalnych kulturowo gatunków filmowych. W jego ramach bardzo często powstają całe serie i światy gromadzące charakterystyczne potwory, motywy, artefakty lub miejsca. Niektóre z tych cykli mają po kilkanaście odsłon i mimo wyraźnego spadku jakości ciągle cieszą się powodzeniem, a niektóre z klasycznych postaci – jak Drakula – mogą pochwalić się filmografią obejmującą setki tytułów z różnych epok kina i zakamarków świata.
Poniżej przedstawiamy serie, które przez pewien czas działały na wyobraźnię widzów, a które obecnie wydają się być martwe. Wydają się – bo w świecie horroru nic nie jest nigdy martwe do końca.
Martwe zło w obiektywie Sama Raimiego
Wszystko zaczęło się dość skromnie – od niskobudżetowego, krótkometrażowego, półamatorskiego horroru W środku lasu, który Sam Raimi zrealizował w 1978 roku. Główną rolę zagrał tam Bruce Campbell. Film ten jest oczywiście prototypem kultowej serii, w której Ash – mężczyzna z wyjątkowym szczęściem do spędzania weekendów w nawiedzonych domach – walczy z tytułowym martwym złem, czyli przedstawicielami piekła i innych nieatrakcyjnych turystycznie miejsc. Raimi zrealizował trzy pełnometrażowe filmy, z których każdy cieszy się uwielbieniem widzów, jednocześnie oferując im nieco inny klimat.
Pierwsza część opiera się na kreatywnym minimalizmie, chociaż jak na swoje czasy – i swój budżet – imponowała brawurową pracą kamery i szalonymi efektami specjalnymi oraz charakteryzacją zjaw i demonów. Przy budżecie 350 tysięcy dolarów film zarobił ponad 2 miliony – i to przy klasyfikacji wiekowej NC-17, która zabraniała wpuszczać na kinowe sale osoby poniżej 17. roku życia. Sześć lat później Raimi pokazał Martwe zło II, będące czymś pomiędzy sequelem a remakiem, a w 1992 roku na ekrany weszła Armia ciemności, będąca kontynuacją przygód Asha.
Utrzymane w groteskowej konwencji filmy wyróżniały się na tle innych horrorów, między innymi za sprawą wspomnianej pracy kamery, wirtuozerskich praktycznych efektów specjalnych i dużej dozy czarnego humoru. Po ponad dwudziestu latach od Armii ciemności mogliśmy oglądać remake w reżyserii Fede Alvareza, a Raimi wrócił do stworzonego przez siebie uniwersum, reżyserując jeden z odcinków serialowego Martwego zła. Nie będzie jednak przesadą stwierdzić, że wielu fanów tej znakomitej serii chętnie obejrzałoby pełny metraż spod ręki Raimiego w warunkach do tego stworzonych: w ciemności kinowej sali.
Hostel
Film Eliego Rotha opowiada o grupie przyjaciół, którzy ruszają do Słowacji na podryw. Z eskapistycznej fantazji o męskich przygodach w Europie szybko ulatuje romans i przygoda, a film zmienia się w krwisty, wręcz gore’owy spektakl przemocy i agresji. Egzotyczna scenografia wpisywała się w stereotypowe widzenie europejskich krajów przez Amerykanów, a dla nas stanowiła po prostu ciekawostkę. Nie jestem pewien, czy taki był zamysł twórców, ale jest w Hostelu coś interesującego – mianowicie, kolejne ekranowe śmierci wręcz cieszą widza. Im bliżej finału, tym bardziej krwawo, wyuzdanie i pomysłowo.
Trzy lata później, na fali olbrzymiego sukcesu jedynki, powstała kontynuacja, za którą również stał Roth. Sequel miał dwukrotnie większy budżet i nadal przyciągał do kin ludzi spragnionych prostej, horrorowej rozrywki – i to im właśnie zapewnił. Trzecia część trafiła już bezpośrednio na rynek video. Akcję przeniesiono do Las Vegas, a film zebrał raczej chłodne recenzje. Nie znaczy to jednak, że seria straciła rację bytu. Wielu fanów gatunku nadal ciepło wspomina pierwszą część, która regularnie przewija się na listach może nie najlepszych, ale najbardziej krwawych, najciekawszych, najbardziej szokujących przedstawicieli horroru. Czas na powrót Eliego Rotha z ekipą do Europy i odwiedziny w kolejnym przydrożnym hostelu. Może tym razem w Polsce?
Nowe Coś, a cieszy – od Johna Carpentera
Czasem mniej znaczy lepiej, ale jestem szalenie ciekawy, co działo się przed akcją filmu Coś z 2011 roku i po akcji filmu Coś z 1982 roku. Obie produkcje opowiadają historię tajemniczej istoty z kosmosu przybierającej kształt żywych organizmów, z którymi połączy swoje komórki. Film Johna Carpentera to bez mała klasyk, ale najpierw była wersja Howarda Hawksa, oparta z kolei na opowiadaniu Johna W. Campbella Juniora. Nie wiemy, skąd pochodzi, kim jest i czego chce Coś, poza tym, że wyraźnie dąży do ekspansji. I chyba nie ma wątpliwości, że wielu fanów chętnie zobaczyłoby tę ekspansję – może na inne miejsca na Ziemi, a może nawet na inne planety skolonizowane lub zamieszkałe przez ludzi.
Jedno jest pewne – zbyt obszerne wyjaśnianie, tłumaczenie i kombinowanie mogłoby skończyć się niepowodzeniem, tak jak to miało miejsce – przynajmniej częściowo – w przypadku serii Obcy. Tajemniczość i nieobliczalność Ksenomorfa została zabita przez fabułę Prometeusza i Przymierza. John Carpenter stworzył w ciągu swojej kariery tylko jeden sequel – była to Ucieczka z Los Angeles, kontynuacja Ucieczki z Nowego Jorku. Byłoby ogromną frajdą obejrzeć nowe Coś w jego wykonaniu.
Powrót do klimatu paranoicznego, klaustrofobicznego horroru, praktyczne efekty specjalne, obrzydliwe i fascynujące jednocześnie projekty kosmicznego, patchworkowego stwora – jestem zdecydowanie na tak!
Maniakalny gliniarz – tylko do trzech razy sztuka?
Perełka kina klasy B i kolejny tytuł na liście związany z aktorem Bruce’em Campbellem. Seria Maniac Cop obejmuje trzy części, które zrealizował kultowy reżyser klasy B, William Lustig. Pomysłodawcą postaci i autorem scenariusza jedynki był inny kultowy twórca – Larry Cohen. Miłośnikom horroru i kina eksploatacji nie trzeba ich przedstawiać, a wszystkich pozostałych należy po prostu zachęcić do zapoznania się z ich filmografiami. Nie jest to kino wyrafinowane artystycznie, daleko mu do ambitnego, nie jest to też rodzaj sztuki cieszący się uznaniem wśród krytyków, a i szeroka widownia może poczuć się zniesmaczona natężeniem kiczu, brutalności i prostotą tych dzieł.
A jednak Maniakalni gliniarze dają coś unikalnego: czystą, nieskrępowaną radość przebywania z B-klasowymi thrillerami o… cóż, maniakalnych gliniarzach wpadających w mordercze szały na ulicach wielkiego miasta. Sceny zabójstw są tutaj odpowiednio przerysowane, wątki – należycie nieskomplikowane, a bohaterowie właściwie stereotypowi. To wszystko oczywiście zalety, a nie wady. Spośród wielu serii, które są przedłużane na siłę, Gliniarze nie doczekali się godnej kontynuacji. Ale może się to zmienić – ostatnio mówi się o planowanej serialowej kontynuacji spod ręki samego Nicolasa Windinga Refna. Nic, tylko czekać!
28… później
To niemal oczywiste, że ta seria POWINNA być kontynuowana. Sytuacją wyjściową jest tutaj epidemia tajemniczego wirusa, który zamienia ludzi w zombie. Nic oryginalnego? Owszem, ale scenarzysta pierwszej części, czyli 28 dni później, rozpisał to wszystko z zaskakującą świeżością i wyczuciem postaci. Efektem jest powolny, nastrojowy horror bazujący na ludzkich emocjach, przywiązujący widza do bohaterów, a nie straszący tanimi chwytami operatorskimi, montażowymi i reżyserskimi. W filmie widzimy cywilizację powstającą z nóg cztery tygodnie po wydarzeniu inicjującym jej zagładę.
Akcja pierwszej części dzieje się w opustoszałym i zniszczonym Londynie. Za scenariusz odpowiadał Alex Garland – autor między innymi nominowanej do Oscara Ex Machiny, a reżyserską ręką całość poprowadził Danny Boyle. Film odświeżył gatunek zombie horroru, a głębia postaci i scenariusza sprawiły, że na długo pozostawał w pamięci. Kolejną odsłoną cyklu było 28 tygodni później. Tym razem obserwowaliśmy, jak ludziom udało się wygrać ze śmiercionośnym wirusem, a społeczeństwo powoli podnosiło się ze strat. Niestety, jeden zainfekowany wprowadzony w strefę bezpieczeństwa na nowo obudził zagrożenie.
Inna ekipa aktorska i realizacyjna nie spowodowała straty jakości produkcji – film ponownie docenili i krytycy, i widzowie, a przy niewielkim budżecie zysk był całkiem spory. Fabuła rozszerzała to ciekawe uniwersum i pozostawiała otwartą furtkę dla kolejnej części. Tym razem moglibyśmy zobaczyć, co działo się 28 miesięcy po zagładzie. Obyśmy się doczekali.
Egzorcysta…
Psychologiczny horror Williama Friedkina z 1973 roku okazał się potężnym sukcesem komercyjnym i artystycznym. Można też powiedzieć, że zapoczątkował trwającą do dziś modę na filmy o tematyce opętania i egzorcyzmów. Jak zwykle, pierwowzór pod wieloma względami pozostaje niedościgniony. Powstały już trzy kontynuacje filmu, prequel oraz serial. Jednak losy bohaterów tego świata – ojca Merrina, Regan MacNeil czy detektywa Kindermana – nadal mogłyby przyciągnąć uwagę widzów. Egzorcyzmy do dziś poruszają wyobraźnię i nastręczają więcej pytań niż odpowiedzi, mimo że naukowo udowodniono, że są tylko przejawem silnej psychozy.
Mimo to wydaje się, iż wolimy wierzyć, że gdzieś po drugiej stronie istnieje inny świat, niedostępny naszym zmysłom. Ma on dawać nam nadzieję, ale też budzi w nas irracjonalny strach przed istotami, które go zamieszkują. Egzorcyści nadal mają pełne ręce roboty – a widzowie nadal uwielbiają oglądać ich w akcji…
Hellboy w reżyserii Guillermo Del Toro
Nowa wersja przygód Piekielnego Chłopca nie dość, że prawie nikomu nie przypadła do gustu (chociaż, zdaniem piszącego, nie była aż tak tragiczna, o czym więcej tutaj), to jeszcze na dobre pogrzebała nadzieje fanów na powrót Del Toro za stery tej franczyzy opartej na komiksach Mike’a Mignoli. A o trzecim Hellboyu mówiło się sporo, sporo się od niego również oczekiwało. Dlaczego? Bo powołany do ekranowego życia świat tętnił energią, fascynował designem postaci i lokacji, bawił niewymuszonym humorem, angażował świetnym aktorstwem.
Dopracowane w najmniejszym szczególe produkcje dawały radość przy każdym seansie. I chociaż Hellboy nie jest klasycznym przedstawicielem horroru, to jednak piekielna geneza jego bohatera i kilka naprawdę gęstych momentów sprawiają, że można go traktować jako dzieło orbitujące gdzieś na obrzeżach tego gatunku, a przy okazji cechujące się dużym dystansem, humorem i wartką akcją. Zresztą Del Toro jest jednym z najbardziej zasłużonych twórców filmów grozy i jego ciągoty i fascynacje widać niemal w każdej scenie tej dylogii. Trzeci Hellboy wydaje się nie mieć szans na powstanie – przynajmniej nie w najbliższym czasie – jednak to zdecydowanie produkcja, która powinna otrzymać taką szansę.
