Publicystyka filmowa
HORROROWE podsumowanie 2020 roku. Co STRASZYŁO nas w kinach i streamingu
Rok 2020 przyniósł nam nie tylko pandemię, ale także filmowy HORROR, który zmienił nasze spojrzenie na ten gatunek. Co STRASZYŁO w kinach?
Rok 2020 upłynął pod znakiem pandemii koronawirusa, zmieniając naszą rzeczywistość w coś, co przypomina preludium jakiejś filmowej apokalipsy. Dla wielu ludzi minione miesiące stały się czasem stagnacji, próby radzenia sobie z narzuconymi przez niespotykaną nigdy wcześniej sytuację ograniczeniami oraz niemożliwością ucieczki przed skutkami wirusa. Wszystko to stworzyło bezprecedensowe spojrzenie również na kino, zmuszając zarówno tych, którzy filmy tworzą, jak i tych, którzy je oglądają, do szukania alternatyw dla zamkniętych, a później otwartych na zupełnie nowych warunkach kin.
Przesunięte na dalsze terminy premiery oraz transfery filmów na platformy streamingowe stały się pewną prawidłowością w 2020 roku, każąc nam zastanowić się nad stanem światowej kinematografii w nadchodzących latach. Czy kina przeżyją pandemię? Nie mam wątpliwości, że tak, lecz trochę potrwa, zanim raz jeszcze zobaczymy kolejki przy kasach czy zapełnione po brzegi sale. Czy jednak ekranowy horror mógł dorównać temu, co spotkało cały świat?
POCZĄTEK ROKU (PRZED PANDEMIĄ)
Pierwszym horrorem, który mieliśmy okazję obejrzeć w minionym roku w kinach, była The Grudge: Klątwa (premiera 3 stycznia), reboot znanej japońskiej serii, która już wcześniej doczekała się amerykańskiej wersji. Nowa odsłona, tym razem wyreżyserowana przez Nicolasa Pescego (Oczy matki, Piercing), nie wprowadza nic nowego do serii, może poza próbą nadania opowieści o nawiedzonym domu i jego kolejnych ofiarach pozoru mocniejszego fundamentu narracyjnego w postaci śledztwa prowadzonego przez Andreę Riseborough.
W efekcie całość jest bardziej przejrzysta narracyjnie od oryginału, lecz wcale nie straszniejsza. Pesce nakręcił dobrze wyglądający i znakomicie zagrany horror, jednak kompletnie nieangażujący. Rok po premierze najlepiej pamiętam z nowej Klątwy piosenkę z napisów końcowych.

The Grudge: Klątwa
Demony prerii (17 stycznia) widziałem podczas czwartej edycji Splat!FilmFest jeszcze w… 2018 roku, wtedy wyświetlane pod tytułem Wiatr. Debiut Emmy Tammi oceniłem wtedy jako bardzo udane kino grozy w westernowej dekoracji, historię dwóch kobiet żyjących na pustynnej równinie, z dala od cywilizacji oraz innych ludzi.
W takich warunkach można popaść w szaleństwo, ale również stać się celem diabła. Nastrojowy to horror, znajdujący swą siłę w obrazach bezkresnej pustki, potraktowanej dosłownie i metaforycznie, nagłych atakach fantastycznej (?) siły oraz sugestywnej roli Caitlin Gerard. Skoncentrowanie się na kobiecej perspektywie mamy również w Małgosi i Jasiu Oza Perkinsa (31 stycznia), gdzie klasyczna baśń staje się podstawą opowieści o złej wiedźmie, która w dojrzewającej tytułowej bohaterce zaczyna widzieć swą następczynię.
To przypominające arthouse kino grozy może się poszczycić niesamowitą stroną wizualną, z nie zawsze zrozumiałą symboliką (ale przez to jest jeszcze bardziej niepokojące), a panująca w nim złowieszcza atmosfera sprawia, że znana historia zaskakuje, choć fabularnie nie odchodzi zbyt daleko od oryginału. Perkins jest jednak aż za bardzo zainteresowany stworzeniem odpowiednio ponurego nastroju dla swego dzieła, podobnie jak to miało miejsce w pokrewnym tematycznie Złu we mnie, a w konsekwencji przedkłada ją nad tempo opowieści. Jest to film do podziwiania i analizowania, lecz również dla cierpiących na bezsenność.
Zupełnie inne wrażenia natury estetycznej miałem, oglądając Głębię strachu (31 stycznia), drogie, bo kosztujące 80 milionów dolarów widowisko, w którym ekipa podwodnej stacji badawczej próbuje wydostać się z niej po tym, jak znaczna część obiektu została zniszczona przez – prawdopodobnie – trzęsienie ziemi. Survivalowa narracja zostaje szybko zastąpiona typowo horrorowym schematem, kiedy ludzie stają oko w oko z potworami, w finale ujawniającymi swe lovecraftowskie pochodzenie.
Film Williama Eubanka to profesjonalnie zrobiony B-klasowiec, wyglądający jak Otchłań Camerona, ale w głębi duszy będący Lewiatanem Cosmatosa. Realizm dekoracji, zaangażowanie aktorów (wśród których mamy Kristen Stewart i Vincenta Cassela) oraz potoczystość akcji wystarczą, aby przykryć brak oryginalności fabuły oraz serię rozwiązań znaną z innych filmów. Dużym plusem jest natomiast sama Stewart, doskonale prezentująca się jako silna i zdeterminowana heroina, definiowana w dużej mierze przez swą fizyczność – stawiamy bardziej na nią niż na innych nie z powodu statusu aktorki czy szczególnej inteligencji postaci, lecz przez jej ochoczo eksponowaną cielesność, która nie poddaje się żadnym przeszkodom. Przyznaję, że podczas seansu czasem odwracało to uwagę od zagrożenia.

Brahms: The Boy II
O Wyspie fantazji (14 lutego) pisałem przy okazji jej premiery, zatem tutaj powtórzę jedynie, że film Jeffa Wadlowa bierze znany z amerykańskiego serialu z lat 70. i 80. koncept miejsca, gdzie spełniają się życzenia gości, i zamienia go w naładowany twistami, ale pozbawiony sensu horror, który dodatkowo nie straszy. Szkoda czasu. Byłem przekonany, że podobnie będzie wyglądać sytuacja z Brahmsem: The Boy II (28 lutego), kontynuacją wyjątkowo nudnego filmu grozy z 2016 roku.
Wtedy lalka straszyła samym swoim wyglądem, a za wszystkimi okropieństwami stał ukryty w ścianach gotyckiego domu psychopata. Tym razem ci sami twórcy (reżyser William Brent Bell i scenarzysta Stacey Menear) zrobili zwrot o 180 stopni, aby przekonać nas, że lalka jednak żyje i mentalnie wpływa na czyny swojego właściciela. W nowym filmie jest nim mały Jude, który z niewinnego dziecka zmienia się w pozbawionego emocji potworka. Zapobiec temu chce zwłaszcza matka chłopca, grana przez Katie Holmes. Drugi The Boy jest równie powolny, ale jeszcze głupszy niż oryginał (głównie dlatego, że ignoruje zaskakujący zwrot akcji z poprzedniego filmu), a mimo to ani przez moment nie miałem ochoty przedwcześnie zakończyć seansu.
Pierwsza część, jakkolwiek nędzna, dała niezłe podwaliny pod horror w kontynuacji, bardziej skupionej na stopniowej przemianie Jude’a, ale również na pytaniu o to, czy wszelkie działania Brahmsa nie dzieją się tak naprawdę wyłącznie w głowie straumatyzowanej matki chłopca. Nie jest to dobry film, ale daleko mu do nudy swojego poprzednika.
Ostatnim horrorem, jaki mogliśmy obejrzeć w naszych kinach przed ich zamknięciem spowodowanym pandemią koronawirusa, był Niewidzialny człowiek Leigh Whannella (6 marca), jeden z lepszych filmów grozy całego roku. Klasyczny motyw naukowca, który dzięki niewidzialności traci również wszelkie bariery moralne, został nieco zmieniony – tytułowy bohater to nadal szaleniec, ale całość oglądamy z perspektywy jego ofiary, byłej dziewczyny, próbującej uciec od kontrolującego ją socjopaty.
Po rzekomej śmierci mężczyzny główna bohaterka stara się wrócić do normalności, ale szybko odkrywa, że ten jednak żyje, a na dodatek nie można go zobaczyć. Whannell doskonale panuje nad tym, co oglądamy jako widzowie, często kierując kamerę w miejsca pozornie nieruchome, każąc nam szukać jakichś śladów obecności niewidzialnego człowieka. Często jednak nic tam nie widzimy. Być może zatem wszystkie nieszczęścia, jakie uderzają w graną przez Elisabeth Moss bohaterkę, są tylko wytworem jej udręczonej psychiki, niepotrafiącej wyzwolić się spod wpływu, jaki miał na nią partner? Dwuznaczność narracji nie utrzymuje się do samego końca, ale całość okazuje się na tyle efektywna i autentycznie straszna, że trudno nie wybaczyć Whannellowi dosłowności w finałowym akcie.
KINO W CZASIE PANDEMII
W związku z wprowadzeniem obostrzeń ze względu na pandemię koronawirusa kina były w Polsce zamknięte od 12 marca do 6 czerwca (choć wiele obiektów otwarto w jeszcze późniejszym terminie) oraz ponownie od 6 listopada. W ciągu tego pięciomiesięcznego okna, kiedy można było iść do kina, królowały tytuły mniejsze, często służące tylko po to, aby zapełnić lukę w repertuarze. Pierwszym horrorem, który wprowadzono w tym czasie, był Więzień zero (10 lipca). Produkcja początkowo sprawia wrażenie ponurego obrazu życia w więzieniu dla kobiet, gdzie beznadziejność takiej egzystencji wyzyskana jest głównie przez pełen patosu ton oraz pozbawione żywszych barw zdjęcia.
Kiedy okazuje się, że prowadzone w placówce eksperymenty zamieniają ludzi w zombie, film trochę ożywa, stając się kalką Nocy żywych trupów, gdzie równie niebezpieczna co potwory jest nieufność wśród ludzi oraz dotychczasowe podziały. Reżyser i współscenarzysta Russell Owen ma jednak przyciężką rękę do prowadzenia akcji, a melodramatyzm ostatniej sceny (zwieńczony łatwą do przewidzenia „niespodzianką”) jest wyjątkowo nieznośny.

Polowanie
Polowanie Craiga Zobela (24 lipca) to ciekawy przypadek filmu, który miał przesuniętą premierę, ale wcale nie z powodu koronawirusa, lecz ze względu na zeszłoroczne strzelaniny w El Paso i Dayton w Stanach Zjednoczonych. Ta kolejna reinterpretacja słynnej powieści The Most Dangerous Game Richarda Connella, ukazująca polowanie na ludzi, ma bardzo aktualne i polityczne oblicze – grupka lewicujących bogaczy porywa, a następnie organizuje odstrzał dwanaściorga konserwatystów, bardzo aktywnych w social mediach, opowiadających się za powszechnym dostępem do broni i wierzących w różne teorie spiskowe.
Odwrócenie schematu, gdzie zazwyczaj krwiożerczymi myśliwymi są niedouczeni południowcy, a ofiarami wykształceni, a przez to bardziej cywilizowani mieszkańcy dużych miast, brzmi co najmniej intrygująco, ale tutaj staje się zaledwie pretekstem do żartobliwej i bardzo krwawej rozrywki. Film Zobela nie jest wnikliwy ani tym bardziej odważny w swej próbie krytyki obecnego amerykańskiego społeczeństwa, nie opowiada się za żadną ze stron, za to udaje mu się zakpić i z jednych, i z drugich, w finale sprowadzając wszystko do żartu. Jako makabryczna czarna komedia sprawdza się naprawdę dobrze, stwarzając całą masę śmieszno-strasznych sytuacji, bawiąc się początkowo co rusz zmienianym punktem widzenia, aby po pewnym czasie skoncentrować całą swoją uwagę na postaci granej przez rewelacyjną Betty Gilpin. W lepszym filmie byłaby to przełomowa rola.
Również Australia ma swoją tradycję w kinie o polowaniach na ludzi – klasyk ozploitation Turkey Shoot Briana Trencharda-Smitha czy nie tak dawny Czas polowania Joego Dietscha i Louiego Gibsona są tego dobrymi przykładami – ale Furie Tony’ego D’Aquino (31 lipca) radzę odpuścić nawet zagorzałym fanom gatunku. Porwane kobiety budzą się w skrzyniach w lesie, aby następnie być ścigane przez mężczyzn w maskach. One to „piękne”, oni to „bestie” – śmierć każdej z nich oznacza również śmierć przypisanego do niej mordercy. Film D’Aquino to torture porn czystej wody, głupi w założeniu, nihilistyczny w przekazie, pozbawiony psychologicznej prawdy na rzecz coraz to mocniejszych obrazów przemocy.
W finale marzy się twórcom równie satysfakcjonująca puenta co w Hostelu Elia Rotha, ale osobiście marzyłem tylko o tym, aby Furie jak najszybciej się skończyły.
W wyreżyserowanym przez Derricka Bortego Nieobliczalnym (31 lipca) Russell Crowe gra psychopatycznego kierowcę, który zmienia życie młodej kobiety w koszmar, po tym jak ta nie chciała przeprosić go za to, że na niego zatrąbiła. Trochę jak w przypadku Polowania aspiracje, aby uczynić z B-klasowego dreszczowca społeczny komentarz na ważny temat (w tym przypadku o spotykanej na drogach agresji), są bardzo na wyrost, gdyż twórców interesuje wyłącznie to, aby każdy kolejny czyn prześladowcy był gorszy od poprzedniego. Ta eskalacja – zwłaszcza w połączeniu z efektownymi kraksami – jest do pewnego momentu atrakcyjna, ale ostatnie pół godziny może znużyć nawet największego fana tego typu kina.
Natomiast Crowe straszy na ekranie solidnie, nie tylko swym rozmiarem. Szkoda, że tego samego nie mogę napisać o Nowych mutantach (26 sierpnia). Wywodzące się z uniwersum X-Menów dzieło Josha Boone’a miało być kinem komiksowym ubranym w kostium horroru, ale tej opowieści o piątce nastolatków zamkniętych w dziwnym szpitalu i dręczonych przez własne koszmary bliżej do estetyki young adult niż filmu grozy. Jest tu sporo gotyckiej wrażliwości, lecz obawiam się, że samego strachu niewiele.

Relikt
Tuż przed ponownym zamknięciem kin na początku listopada mieliśmy cały wysyp horrorów z okazji okresu halloweenowego. W Saint Maud (23 października) obsesyjnie wierząca w Boga pielęgniarka stawia sobie za cel nawrócenie śmiertelnie chorej pacjentki. Choć debiut Rose Glass jest przede wszystkim portretem osoby popadającej w obłęd, finał tego wyjątkowo ponurego, mało przyjemnego filmu autentycznie straszy i może przekonać niejednego niedowiarka do boskiej misji tytułowej Maud.
Za to ostatnie cięcie montażowe jest tak bardzo niejednoznaczne, że aż przerażające. Dla wielu krytyków Saint Maud była najlepszym horrorem tego roku, choć dla mnie tytuł ten (przynajmniej jeśli chodzi o dystrybucję kinową) należy się australijskiemu Reliktowi (30 października), powoli rozwijającemu się dreszczowcowi w reżyserii debiutującej Natalie James, który premierowo był pokazywany podczas Octopus Film Festival.
Zniknięcie starszej kobiety zmusza jej córkę i wnuczkę do przyjazdu w rodzinne strony, aby odnaleźć zaginioną. Kiedy jednak ta wraca do domu, nie pamiętając, gdzie była, cała trójka zaczyna odczuwać dziwny niepokój i wkrótce zostaje wciągnięta w koszmarną rzeczywistość chorej babki. Strach przed starością, przed utratą własnej tożsamości i pamięci ubrany jest tu w metaforę, każąc głównym bohaterkom i nam spojrzeć na demencję jak na powoli rozwijającą się, nieubłaganą siłę, potwora, który atakuje dom – a w rzeczywistości ciało i umysł, zmieniając je nie do poznania. Transformacja dokonująca się na naszych oczach wywołuje ciarki, a nawet ekscytuje, przynosząc jednak prawdziwie przejmujący, piękny finał.
Specjalnie z okazji Halloween pojawił się w kinach również Possessor Brandona Cronenberga (30 października), pokazywany później na Splat!FilmFest. Oto film, na który czekałem, ale który ostatecznie okazał się jednym z większych rozczarowań tego roku. Andrea Riseborough wchodzi do ciała Christophera Abbota po to, aby zabić jego rękoma Seana Beana. Coś jednak idzie nie tak i wkrótce dwie osobowości w jednym ciele toczą bój o dominację. Koncept jest fantastyczny, wykonanie zdradzające wielki talent u młodego Cronenberga, a aktorzy bawią się swoimi postaciami, znajdującymi się w psychologicznym, seksualnym i moralnym klinczu.
Szkoda tylko, że reżyser i scenarzysta od pewnego momentu nie bardzo wie, co z tym wszystkim zrobić, decydując się na szokujący, nihilistyczny wręcz finał, po którym przychodzi banalna myśl, że bezkarność odbiera nam człowieczeństwo, czyni z nas potwory i zamienia w bezduszne maszyny.
Intrygującym tytułem okazało się włoskie Gniazdo zła (30 października), gotycka opowieść o przykutym do wózka Samuelu, który zamieszkuje ogromną posiadłość, nie utrzymując żadnego kontaktu z resztą świata. Inni mieszkańcy willi i pobliskich terenów to wyłącznie dorośli, dlatego przyjazd nastoletniej Denise wywołuje w chłopcu nowe emocje i uczucia, ale przede wszystkim bunt przeciw opiekującej się nim (choć w rzeczywistości więżącej go) matce. Sposób, w jaki Roberto De Feo konstruuje swoją opowieść, jest iście imponujący – do samego finału reżyser nie daje nam odpowiedzi na pytanie, jaką tajemnicę skrywa tytułowe gniazdo zła oraz co kryje się za jego granicami.
Sytuacja wyjściowa jest natomiast tak nieoczywista (kiedy właściwie rozgrywa się akcja filmu?) i sugeruje tak liczne tropy interpretacyjne, że bardzo szybko zacząłem zastanawiać się nad metaforycznym znaczeniem całej historii, która w niektórych elementach odsyła nas do faszystowskiego dziedzictwa Włoch – echa Salo, czyli 120 dni Sodomy słychać zwłaszcza w tym, jak jest traktowana Denise przez panią domu, postaci rodzinnego lekarza sprawiającego wrażenie lubującego się w torturach oficera i klasyczno-arystokratycznym wychowaniu Samuela, jawiącym się jako przeżytek w świecie, który chyli się ku upadkowi, nawet jeśli nie wiemy dlaczego.
I nagle w to wszystko wchodzi Denise ze swoją MP3! Takich niepasujących do siebie elementów jest więcej, ale wszystkie one tworzą zwartą całość, która niestety nie doczekuje się należytego rozwiązania. Wydaje się ono tanie, nieprzemyślane, jakby wyjęte z innego filmu. Wielka szkoda.

Gniazdo zła
Co ciekawe, tego samego dnia pojawił się w kinach innych włoski (choć anglojęzyczny) horror – W pułapce w reżyserii Alessia Liguoriego. Demoniczna siła najpierw dręczy Philipa, kiedy ten jest dzieckiem, a później gdy dorasta i wraca do swojego rodzinnego domu. Całość wygląda jak podróbka filmów Jamesa Wana, ale bez pomysłowości w inscenizowaniu licznych jump scare’ów, za to z podkręconym do maksimum dźwiękiem.
Ostatni kwadrans oglądałem, zatykając uszy palcami, gdyż bałem się, że całe to „straszenie” uszkodzi mi bębenki. Fabuła zaś powiela znajome motywy, od początku sugerując, że wszystkie działania złego mogą dziać się wyłącznie w głowie głównego bohatera. Czy tak jest, nie bardzo wiemy, gdyż finał serwuje nam twist na twiście (byłem pod wrażeniem tego, że się twórcom chciało), po których nie otrzymujemy jednoznacznej odpowiedzi, gdzie leży prawda.
Twórcy Come Play (30 października) spóźnili się ze swoim filmem przynajmniej 15 lat, gdyż właśnie wtedy na fali popularności The Ring mieliśmy wysyp horrorów, w których technologia straszyła nas nie tylko tym, jak bardzo zmieniała panoramę ludzkich relacji, ale również tym, że mogła pełnić rolę nośnika dla różnego rodzaju duchów i zjaw. Tym razem nawiedzony jest tablet, który trafia w ręce autystycznego chłopca. Potwór Larry chce zostać przyjacielem dziecka, najlepiej jedynym, dlatego wkrótce w niebezpieczeństwie znajdą się jego rodzice, koledzy ze szkoły i każdy, kto narazi się zaklętemu w urządzeniu demonowi.
Reżyser Jacob Chase wie, jak nakręcić ładnie wyglądający film, ale straszyć nas chce ogranymi jump scare’ami, które z jednej strony przywodzą na myśl amerykańskie remaki japońskich horrorów, z drugiej zaś wczesne kino M. Nighta Shyamalana (w filmie są przynajmniej dwa momenty zainspirowane twórczością reżysera Szóstego zmysłu). Natomiast rodzinne relacje, zwłaszcza matka–syn, oraz rozwiązanie wydają się wzięte bezpośrednio od Guillerma del Toro. Ostatecznie Come Play to nic innego jak składak znajomych motywów, a dla fanów horroru ćwiczenie na pamięć – z jakiego innego filmu reżyser wziął dany element. Dla mnie dodatkowo był to ostatni film, jaki obejrzałem w 2020 roku w kinie.
Z kronikarskiego obowiązku zaś odnotuję, że nie udało mi się zobaczyć Kwiatu szczęścia Jessiki Hausner (23 października) o wpływie genetycznie zmodyfikowanej rośliny na ludzkie zachowanie, Numeru 32 Alberta Pintó (30 października), hiszpańskiego filmu grozy o nawiedzonym mieszkaniu, oraz Szkoły czarownic: Dziedzictwa (30 października) w reżyserii Zoe Lister-Jones, rebootu/kontynuacji młodzieżowego horroru z lat 90.
KINO DOMOWE
W dobie pandemii sporo filmów ominęło duży ekran, mając premierę bezpośrednio na DVD lub Blu-Ray bądź lądując na platformie streamingowej. Kolor z przestworzy Richarda Stanleya udało mi się obejrzeć w kinie, na poprzedniej edycji Splat!FilmFest – wielka szkoda, że film ten nie wszedł do kinowej dystrybucji, gdyż na ekranie komputera lub telewizora obraz prezentuje się znacznie mniej efektownie. Mimo to nadal jest to jedna z bardziej udanych ekranizacji prozy H.
P. Lovecrafta, przywodząca na myśl szalone makabreski Stuarta Gordona z lat 80. (Re-animator, Zza światów), uzupełniona o hipnotyczne wręcz wizualia, typowo stanleyowską, od pewnego momentu tripową wręcz narrację oraz wybitnie szarżującego Nicolasa Cage’a.

Guwernantka
Wydaje mi się, że na początku roku widziałem w kinie zwiastun Guwernantki, ale ostatecznie film Florii Sigismondi wylądował bezpośrednio na nośnikach. I bez pandemii ściągnąłbym ten tytuł z kinowych zapowiedzi – ta kolejna już (i nie jedyna w tym roku) ekranizacja W kleszczach lęku Henry’ego Jamesa ponownie zabiera nas do wielkiej posiadłości, gdzie tytułowa bohaterka odkrywa, że jej nowi podopieczni, wysoko urodzone rodzeństwo, są opętani przez swoich poprzednich opiekunów.
Widzieliśmy to już w klasycznym filmie grozy Jacka Claytona z 1961 roku, widzieliśmy też parę miesięcy temu w bardzo nierównym netfliksowym Nawiedzonym dworze w Bly, ale w tak złym wydaniu nie oglądaliśmy tej historii jeszcze nigdy. Dwuznaczność tego, co tak naprawdę dzieje się z dziećmi, została zastąpiona pytaniem o zdrowie psychiczne głównej bohaterki – zasadne, gdyż jak się dowiadujemy, jej matka również ma problemy z głową. Jednocześnie nagromadzenie scen z odbiciami duchów w lustrach i szybach oraz agresywnością zachowania nastoletniego Milesa każe przyjąć ewentualność, że nawet jeśli grana przez Mackenzie Davis guwernantka nie była do tej pory szalona, pobyt w nawiedzonej posiadłości mógł się do tego przyczynić.
Narracyjnie jest to jednak tak słabo poprowadzone, że w tym wszystkim gubią się postaci i historia, a z literackiego oryginału niewiele zostaje. Niejasny, wręcz nonsensowny finał godnie wieńczy ten festiwal niestrasznych i nudnych scen.
Inny nawiedzony dom i równie nawiedzone rozwiązanie mamy w Upiorach wojny Erica Bressa, gdzie pięcioosobowy oddział amerykańskich żołnierzy zajmuje francuską willę, będącą ważnym na mapie punktem strategicznym. Rozkazy mówią, aby bronić posiadłości przed Niemcami, ale wkrótce okazuje się, że w jej murach czai się coś jeszcze niebezpieczniejszego. Niewielki budżet nie przeszkadza reżyserowi w wykreowaniu właściwej atmosfery dla tego wojennego horroru, w którym duchy są po to, aby uświadomić głównym bohaterom ich przewinienia i może coś więcej. Do pewnego momentu ogląda się to nieźle, również dlatego, że i aktorzy nadają całości lepszą jakość, niż można się spodziewać (choć Billy Zane jako nazista to.
.. niecodzienny widok). Bress jest jednak wciąż najlepiej znany jako reżyser Efektu motyla i scenarzysta sequeli Oszukać przeznaczenie – zakończenia nie są jego najmocniejszą stroną. Ale finał Upiorów wojny nawet w swojej B-klasowości jawi się jako aż nazbyt odważny, by nie powiedzieć głupi. Po drodze można domyślić się, że czeka na nas jakiś twist, ale konia z rzędem temu, kto przewidziałby to, co ostatecznie wymyślił Bress. Potrafię zrozumieć myśl, jaka temu towarzyszyła, ale na ekranie nie działa to zupełnie.

Upiory wojny
Jako ciekawostkę można potraktować kanadyjskich Odmieńców duetu Zach Lipovsky i Adam B. Stein, film, który rozpoczyna się jak intrygujące kino grozy, aby po 30 minutach zamienić się w coś bliższego niemal komiksowej fantastyce. Ojciec paranoik (Emile Hirsch) i jego kilkuletnia córka zamieszkują dom na przedmieściach, lecz praktycznie z niego nie wychodzą, poza nieczęstymi wypadami mężczyzny do sklepu.
On sam ostrzega dziewczynkę przed niebezpieczeństwami czyhającymi na zewnątrz – co upodabnia narrację do Cloverfield Lane 10 – ale i w domu zdarza się jej widzieć coś dziwnego i niepokojącego – nocami objawia jej się coś jakby widmo kobiety. Ciekawa świata kilkulatka wychodzi jednak pewnego dnia, aby kupić lody od sprzedającego je Bruce’a Derna, który wydaje się znać sekrety jej rodziny. Choć Odmieńcy ostatecznie skręcają w stronę science fiction, są całkiem udaną próbą gatunkowego miszmaszu, dobrze budując horrorowy grunt pod bardziej widowiskowy i fantastyczny ciąg dalszy, nie rezygnując jednak z krwawych efektów specjalnych.
Na nośnikach mogliśmy w tym roku znaleźć również sporo pozycji w konwencji animal attack, choć były to raczej wtórne rzeczy. Johannes Roberts nakręcił Podwodną pułapkę 2: Labirynt śmierci, sequel swojego niespodziewanego przeboju z 2017 roku o uwięzionych w klatce (!) pod wodą siostrach, wokół których krążą niezbyt pokojowo nastawione rekiny. Żarłacze wróciły też w Piekielnej głębi 3 w reżyserii Johna Pogue’a, choć jestem przekonany, że nawet fani oryginalnego filmu nie wiedzieli o istnieniu jego pierwszego sequela. Natomiast Megan Fox wcieliła się w liderkę (!) najemników (!!), na których poluje lwica, w Hordzie M.
J. Bassetta, reżysera Solomona Kane’a. Warto wiedzieć, że w oryginale film ma tytuł Rogue, identycznie jak inny animal attack (tym razem z zabójczym krokodylem w roli głównej), australijski dreszczowiec Grega McLeana z 2007 roku.

Domek w górach
Na HBO GO nadal można obejrzeć długo wyczekiwany Domek w górach Severina Fiali i Veroniki Franz, austriackich twórców odpowiedzialnych za znakomite Widzę, widzę sprzed kilku lat. Ich anglojęzyczny debiut jest wyprodukowanym przez studio Hammer Films psychologicznym dreszczowcem, w którym zrozpaczone po samobójczej śmierci matki rodzeństwo zmuszone jest spędzić kilka dni w tytułowym domku z nową partnerką ich ojca.
Rewelacyjnie zagrana przez Riley Keough kobieta nie ma łatwo, gdyż dzieci przejawiają wobec niej jawną niechęć, w najlepszym razie ignorując jej obecność. Dodatkowo jej przeszłość – jako dziecko była członkiem sekty i jedyną ocalałą, kiedy wszyscy pozostali członkowie popełnili samobójstwo – zaczyna dawać o sobie znać.
Bałem się, że Fiala i Franz powielą schemat swojego poprzedniego filmu, w którym dwójka chłopców odkryła znaczenie śmierci w wyjątkowo makabryczny sposób, traktując swą matkę jak potwora. To samo mamy i tym razem, choć dzieci są tu bardzo świadome swoich czynów, a partnerka ich ojca nie jest wyłącznie drugoplanową postacią, lecz postac
