search
REKLAMA
Anime

FINAL FANTASY VII: ADVENT CHILDREN (2005)

Michał Fedorowicz

29 września 2017

REKLAMA

Kiedy w roku 1997, z wielomiesięcznym opóźnieniem spowodowanym ekstremalnym (nawet jak na dzisiejsze czasy) dopieszczaniem, pojawiła się gra Final Fantasy VII, świat oszalał.

W dniu premiery w samej tylko Japonii ludzie stali w wielokilometrowych kolejkach, przy których kilkugodzinne nawet “czekanie za mięsem” w latach reżimu komunistycznego w Polsce wydaje się być błahostką. Doprowadziło to do wyśrubowania rekordu sprzedaży jednej tylko gry na długie lata – w ciągu pierwszych trzech (TRZECH!) dni sprzedano ponad dwa miliony (MILIONY!) kopii, a do dnia dzisiejszego FF7 rozeszła się w około 8-10 milionach egzemplarzy (nie licząc milionów, jakie trafiły do obiegu z tzw. szarej, pirackiej strefy). A wszystkiemu temu był winien producent, ówczesny Squaresoft, który zatrudnił li i wyłącznie geniuszy, po to, by stworzyli najdoskonalszą grę w historii świata. I udało im się. Na trzech 650-megabajtowych płytach twórcy zmieścili jedną z najdłuższych i najbardziej wciągających historii w dziejach gier wideo. Do dziś miliony fanów na całym świecie pasjonują się przygodami dziewiątki niezwykłych bohaterów, którzy razem walczą o ocalenie ginącej planety. Bohaterów, powracających w filmie, którego akcja zaczyna się dwa lata po wydarzeniach przedstawionych w grze…

W bardzo odległej przyszłości większość ludzi żyje w skrajnej nędzy, podległa i często terroryzowana przez korporację ShinRa. Naukowcy dla niej pracujący wynaleźli nowy sposób na pozyskiwanie energii z tak zwanego “strumienia życia”, prawdziwego krwiobiegu ginącej już z wyczerpania planety. Walkę ze wspomnianą skorumpowaną organizacją podejmuje jedynie mała grupka zapalonych ekologów-terrorystów, działająca pod nazwą “LAWINA”. W kilka dni po otwarciu kolejnego reaktora Mako (tak nazywana jest pozyskiwana energia), do “LAWINY” dołącza były żołnierz, obecnie najemnik, Cloud Strife. Wraz z dowódcą terrorystów, Barretem Wallace’em i przyjaciółką z dzieciństwa, Tifą Lockheart, Cloud przeprowadza serię ataków, sabotując działania ShinRy. Wkrótce jednak okazuje się, że zagrożeniem dla planety jest nie tylko wielka korporacja, ale również jeden z jej byłych członków, Sephiroth. Uważany dotychczas za zaginionego w akcji najlepszy z żołnierzy ShinRy powraca, pałając chęcią zamordowania każdego i zniszczenia wszystkiego w ramach zemsty za genetyczne eksperymenty na nim przeprowadzone. Cloud, wraz z przyjaciółmi, których poznaje podróżując po świecie, często zmuszany do poświęceń, wystawiony na ogromne cierpienie, doprowadza ostatecznie do zwycięskiej konfrontacji z legendarnym Sephirothem, tym samym ratując niemal w ostatniej chwili planetę od zagłady. A lecący w jej stronę meteor zostaje powstrzymany przez odrodzony na nowo i wyzwolony “strumień życia”, który swoim przepływem kuruje glob z większości zła. Jednak już dwa lata później tajemnicza choroba zwana “Geostigmą” zaczyna siać spustoszenie na niemal całej jego powierzchni. W tym momencie kończy się gra, a rozpoczyna akcja filmu…



Już pierwsza jego scena jest ogromnym nawiązaniem do historii opowiedzianej w grze, bowiem film zaczyna się DOKŁADNIE w momencie, w którym twórcy zakończyli przygodę w Final Fantasy VII. Szybująca w kierunku częściowo zasłoniętego chmurami Słońca kamera zaczyna pikować ku powierzchni pustynnego kanionu, ukazując w oddali trzy biegnące, ognisto-czerwone wilkopodobne bestie. Trzy szybkie przebitki na tatuaże jednej z nich nie pozostawiają złudzeń – to Red XIII, jeden z bohaterów gry, wraz ze swoimi dwoma pobratymcami, pędzi w kierunku końca kanionu. Gdy bestie zaczynają wskakiwać po skałach na jego szczyt, z głośników płynie znajoma muzyka, która przechodzi w motyw przewodni gry w chwili, gdy na ekranie ukazują się porośnięte zielonymi krzewami ruiny miasta Midgar, jednego z ostatnich bastionów ludzkości. Na ekranie ukazują się słowa “498 lat wcześniej…”. Widzimy nadlatujący w kierunku Północnego Krateru, miejsca ostatniej walki Clouda z Sephirothem, helikopter ShinRy, który pilotuje kolejny znajomy z gry – Reno, członek gangu Turks. Leci po swoich przyjaciół, czekających na jego dnie. Jednak ktoś lub coś próbuje im przeszkodzić. Słychać krzyki i strzały, a po chwili helikopter odrywa się od ziemi i odlatuje za mglisty horyzont… Tak zaczyna się nowa przygoda. Przygoda, która na stałe zapisze się w pamięci prawdziwych fanów.

Z ciężkim sercem, ale i zrozumieniem, muszę przerwać w tym momencie opisywanie tego, co widzimy na ekranie, bo najgorsze, co mógłbym zrobić, to zepsuć zabawę widzom. Już w pierwszych dwóch opisanych powyżej minutach Advent Children znajduje się około kilkunastu nawiązań do opowiedzianej w grze historii. A im dłużej film trwa, tym podobnych smaczków jest więcej. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o praktycznie wszystkich ważniejszych bohaterów przygody znanej z konsoli PlayStation i komputerów PC, ale również o to, jaką bronią się posługują, w jakich lokacjach się poruszają, jakiej materii używają (materia to te kolorowe kulki, które z tak wielkim upodobaniem kolekcjonuje jedna z bohaterek – zawierają one skumulowaną energię Mako, służącą do wyzwalania magicznych mocy, jakie drzemią w każdym człowieku), jakimi pojazdami się poruszają, w jaki sposób odnoszą się do siebie… Ukłonów w stronę widza jest tutaj całe mrowie i od niego tylko zależy, czy je wszystkie wyłapie. Ukłonów w stronę fanatyków gry jest jeszcze więcej. A wszystko to zaserwowane w bardzo zwartej, choć niezbyt rozwiniętej w filmie fabule, skupiającej się wokół wspomnianej tajemniczej choroby oraz… To trzeba zobaczyć na własne oczy!

Avatar

Michał Fedorowicz

REKLAMA