Publicystyka filmowa
Filmy SCIENCE FICTION, które MUSISZ znać, jeśli jesteś fanem FANTASTYKI
Odkryj FILMY SCIENCE FICTION, które musisz znać, aby zanurzyć się w niezwykłym świecie FANTASTYKI i odkryć tajemnice przyszłości.
Istnieje co najmniej kilka powodów, dla których cenimy fantastykę naukową. Realizuje ona potrzebę codziennego eskapizmu, dając odbiorcy możliwość ucieczki do innych, niezwykłych światów. Potrafi też przewidywać kolejne kroki ludzkości, dostarczając wizji przyszłych rozwiązań cywilizacyjnych. Bawi, przeraża, ale też uczy. Ten gatunek można lubić, ale jeśli chce się go kochać, trzeba włożyć w to wysiłek. By stać się fanem, ważne jest podążanie ścieżkami przetartymi przez najlepszych. SF to pojemny wór – jest w nim miejsce dla ambitnych arcydzieł, ale też dla kina klasy B.
Co z tego wora winien wybrać fan gatunku? Jakie filmy są na tyle ważne, że powinno się je bezwzględnie znać? To bardzo trudne pytanie, ale jestem zdania, że da się na nie odpowiedzieć przy udziale obiektywnie mierzonej wiedzy. Popatrzyłem więc na dokonania w obrębie SF i na to, co zdołano osiągnąć poszczególnymi obrazami, by ocenić, w którym momencie doszło do przełomu. I przefiltrowałem to przez własną wrażliwość. Zapoznajcie się z moją dwudziestką najważniejszych filmów SF, które każdy fan znać powinien. Jeśli czegoś waszym zdaniem zabrakło, nie krępujcie się i napiszcie o tym w komentarzu.
Krok w kosmos
Georges Méliès, Podróż na księżyc (1902)
Historia kinowego SF to historia wielkich wizjonerów. Nic dziwnego, że swego czasu Martin Scorsese postanowił poświęcić film postaci Georgesa Mélièsa.
Facet w dziedzinie kinowego pionierstwa nie miał sobie równych. Jego Podróż na księżyc dziś wygląda może nieporadnie, groteskowo, ale wciąż stanowi pozycję obowiązkową dla każdego fana gatunku. Jest bowiem swego rodzaju świadectwem wielkich marzeń, jakie przyświecały dorastającemu w epoce wiktoriańskiej twórcy. Méliès jest w tym wypadku reprezentantem ludzkości w odwiecznej ambicji sięgnięcia gwiazd. Science fiction to bowiem nic innego jak dumanie w obłokach przy jednoczesnym staniu nogami na ziemi, czyli wizjonerstwo oparte o możliwości nauki. Méliès rozumiał to doskonale, dzięki czemu zmienił kino, pokazując – przy udziale pionierskich efektów specjalnych – coś, co trudno było sobie w tamtych czasach nawet wyobrazić. Dlatego nie mogłem zacząć tego artykułu od przytoczenia innego nazwiska.
Fritz Lang, Metropolis (1927)
Minęło kilkanaście lat od premiery trikowej Podróży na księżyc. Kino się zmieniło. Społeczeństwo się zmieniło. Twórcy zaczęli nie tylko kręcić dłuższe filmy, ale także podejmować znacznie odważniejsze tematy. Metropolis to znak tej właśnie odwagi, co ciekawe, również z Europy. Niemiecki twórca Fritz Lang jako jeden z pierwszych postanowił zaszczepić w widowni negatywną wizję przyszłości. Według niego zmiany społeczne nie przyniosą nic dobrego, ludzie podzielą się na dwie kasty, z których jedna będzie bardziej uprzywilejowana od tej drugiej.
Bogatsi będą wyzyskiwać biednych, a technologia i puchnąca urbanistyka pogłębią uczucie osamotnienia
James Whale, Frankenstein (1931)
Trudno powiedzieć, czy dla gatunku science fiction w ujęciu całościowym ważniejsza okazała się książka Mary Shelley, czy też jej słynna filmowa adaptacja. Prawdą jest jednak, że film z 1931 zdołał spopularyzować w kinie kulturowy mit leżący u podstaw książki, skrycie podejmujący zagadnienie relacji zachodzącej między twórcą a tworem.
Innymi słowy, Frankenstein to opowieść o tym, jak wielka może być nauka, ale także jak wielki może być upadek człowieka w momencie, gdy nie będzie zdawał sobie sprawy z konsekwencji swych działań. Mary Shelley, a za nią James Whale, dali bowiem do zrozumienia, jakoby zabawa w Boga miała prowadzić wprost w nicość. Frankenstein jest filmem kluczowym dla fantastyki naukowej, z tego względu, że właśnie na jego micie wyrosła idea sztucznej inteligencji i zagrożeń, jakie ucieleśnia. Popularne androidy niemogące sprostać ciężarowi swej tożsamości i samoświadomości nawiązują do dylematów potwora Frankensteina, który – ulepiony z gliny niczym archetypiczny golem – uosabiał esencjonalne pytanie: czy twór powstały z rąk człowieka może mieć duszę? To pytanie wraca w SF bardzo często, a jego echa słychać także w niektórych filmach z tej listy.
Merian C. Cooper, King Kong (1933)
Może wydawać się wam kontrowersyjne to, że na liście filmów SF ważnych dla gatunku umieszczam film, który przez wielu nie jest rozpatrywany w kategorii SF. Widzi się w nim bowiem głównie przygodę oraz wczesne symptomy kina grozy, a przede wszystkim inteligentną baśniową trawestację mitu Pięknej i Bestii, co nijak ma się do fantastyki naukowej.
Rzecz w tym jednak, że u podstaw science fiction zawsze leżała chęć odkrywania tajemnic świata. SF to gatunek, który zrodził się w epoce wiktoriańskiej, okresie wielkich odkryć naukowych oraz kolonializmu. Wówczas właśnie na potęgę zaczęto eksplorować odległe zakątki świata, badać nieznane gatunki zwierząt i dokonywać wielkich odkryć archeologicznych. W tym duchu właśnie powstał słynny Zaginiony świat Artura Conana Doyle’a, który z jednej strony daje wyraz potędze przygody; z drugiej jednak jest także pochwałą nauki, która jako wyodrębniony z myśli człowieka środek poznania świata już zawsze pozostanie kategorią ułomną względem tego świata potęgi. Do tego w końcu nawiązuje King Kong. Wielka małpa to nic innego jak metafora niespożytych, nieodgadnionych sił natury, wraz z tajemnicą, jaką ta przed człowiekiem skrywa.
Robert Wise, Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia (1951)
Lata 50. to rozkwit SF skierowanego ku kosmosowi. To też moment, gdy powrócono do idei zapoczątkowanej przez H.G. Wellsa w Wojnie światów, mówiącej o zagrożeniu, jakie kryje się poza granicami naszej planety.
Demonizowanie przybyszów z kosmosu utrwaliło lęk przed UFO, który tkwi w naszej kulturze do dzisiaj. Ale to także wówczas przybysze z kosmosu zaczęli po raz pierwszy pełnić rolę nośników ponadczasowych przesłań. Przypomnijmy – w słynnym Dniu, w którym zatrzymała się Ziemia tajemniczy kosmita pełni rolę pacyfisty zaniepokojonego ludzką agresją. Stawia Ziemianom ultimatum – albo stłumią wrogie, bratobójcze zapędy, albo… przejdą do historii wszechświata. Cenić ten film wypada zatem za pełnienie roli niezwykle dosadnego manifestu pokoju, który w czasach zimnej wojny był ludzkości bardzo potrzebny.
Najważniejsze jednak, że pamiętny obraz Roberta Wise’a może i zatrzymał Ziemię na dużym ekranie, ale poza nim na dobre rozkręcił cały nurt filmowej fantastyki kontaktowej, czym właśnie zapisał się w annałach historii gatunku. Filmy o UFO przestały jedynie siać grozę, ale poczęły być też najzwyczajniej bardzo mądre.
Przełomy
Fred M. Wilcox, Zakazana planeta (1956)
Filmowa fantastyka naukowa to gatunek, którego nie byłoby bez wkładu literatury. W tym osobliwym przypadku nie mam jednak na myśli żadnego nazwiska twórcy SF, a samego Williama Szekspira.
To bowiem na motywach Burzy stworzono scenariusz Zakazanej planety, o czym dziś niewielu fanów SF pamięta. Film to niezwyczajnie zwyczajny. Opowiadając o kosmicznej podróży i zaskakującej konfrontacji, niesie uniwersalne przesłania. Zakazana planeta to jeden z pierwszych wielkich, wysokobudżetowych filmów w historii kina, a to dlatego, że potrzebne było zgromadzenie większego budżetu do ukazania nowatorskiej wizji reżysera (zatem pionierski blockbuster, gdy jeszcze to pojęcie nie funkcjonowało). Przełomowość Zakazanej planety kryje się w tym, że to pierwszy film w historii w całości rozgrywający się w kosmosie.
Tworzący podwaliny m.in. dla Star Treka i innych, późniejszych kosmicznych wizji. Ale film z 1956 roku to także bardzo mądra opowieść pełniąca funkcję swoistej psychoanalizy i konkludująca, że największe potwory, jakich się boimy, a jakie mogą się kryć na niezbadanych terenach, zwykle drzemią w nas samych.
Stanley Kubrick, 2001: Odyseja kosmiczna (1968)
Historię filmowego SF wypada dzielić na czasy przed i po Odysei kosmicznej. Jest to bowiem film dla całego gatunku emblematyczny. Kubrick, jak na ambitnego twórcę przystało, wespół z pisarzem Arthurem C. Clarkiem stworzył dzieło, które do dziś stanowi przykład do naśladowania i ważny punkt odniesienia. Czym sobie Odyseja na to zasłużyła? Dosłownie wszystkim. Począwszy od powalającej na kolana oprawy wizualnej, stanowiącej pokaz ówczesnych możliwości realizatorskich, w której efekty, montaż i scenografię dopracowano do tego stopnia, że nawet dziś, po ponad 50 latach od premiery, mogą stanowić wzorzec.
Ale Odyseja to przede wszystkim nietuzinkowa, oryginalna i w pełni przełomowa jak na gatunek SF tematyka, wykorzystująca sztafaż science fiction do snucia filozoficznych dywagacji z matką wszystkich pytań na czele: kim jako ludzkość jesteśmy i dokąd zmierzamy? Podkreślić jednak należy, że Odyseja to też film niezmiernie trudny w odbiorze, ponieważ komunikuje się z widzem głównie przy pomocy wiszącej nad obrazem tajemnicy. Chyba jednak dlatego właśnie film Kubricka ma tak długi „termin przydatności”. To prawdopodobnie pierwszy moment w historii SF, w którym seans filmu z tego gatunku, za sprawą kosmicznej podróży i podjętych w jej trakcie dylematów, dostarcza przeżyć niemalże duchowych.
Robert Wise, Tajemnica Andromedy (1971)
To pewnie jeden z mniej znanych fantastycznonaukowych filmów tego zestawienia. Sympatyk SF powinien jednak kojarzyć nazwisko reżysera, który wcześniej dał światu nie mniej wybitny Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia.
Tajemnicy Andromedy brakuje głównie atutów obsadowych, które wpłynęłyby na większą popularność obrazu. Jestem jednak zdania, że to pozycja obowiązkowa dla każdego fana gatunku. Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że na modłę wcześniejszej Odysei kosmicznej także Wise postanowił podejść do fantastyki poważnie i zaprezentować widzom coś, co w oparciu o ówczesną wiedzę naukową zdecydowanie mogło się wydarzyć. Po drugie, co wynika z pierwszego, Tajemnica Andromedy to jeden z najoryginalniejszych przedstawicieli science fiction traktującego o spotkaniu człowieka z żywym organizmem z kosmosu. Mamy tu więc do czynienia z sytuacją, w której niedorzeczna fantastyka opowiadająca o kontakcie z Obcym staje się w końcu fantastyką wiarygodną, czyli tzw. fantastyką twardą. Zapomnijcie bowiem na moment o tych wszystkich zielonych ufoludkach, zejdźcie na ziemię. Wraz z bohaterami zmierzcie się z najeźdźcami z kosmosu, którzy widoczni są jedynie pod mikroskopem. Okazuje się, że jest to zagrożenie nie mniej niebezpieczne dla ludzkości od niejednej wielkiej inwazji i w dodatku znacznie bardziej prawdopodobne. Film z 1971 roku to zatem rewolucyjne ujęcie już wtedy wyeksploatowanego tematu, błyskotliwie zapowiadające niemałą rewolucję w gatunku, która nastąpi w kolejnych latach.
Stanley Kubrick, Mechaniczna pomarańcza (1971)
Nie jestem fanem tego filmu. Ale potrafię uznać jego wielkość. Kubrick, jak na prawdziwego mistrza przystało. i tym razem wykorzystał science fiction do tego, by wszystkich całkowicie zaskoczyć. Zadrwić z tradycji i powołać nową jakość. Nieprzeciętny scenariusz przenosi bowiem widza w realia filmowej dystopii. Dystopii chciałoby się powiedzieć totalnej, gdyż niedającej widzowi żadnej nadziei na społeczną odnowę. Świat w filmie Kubricka jest miejscem zepsutym do cna, lecz, co najbardziej przerażające, owo zepsucie jest przez bohaterów kompletnie niedostrzegalne, gdyż stało się elementem trwale wbudowanym w krajobraz. Największą bliznę wyrządza widzowi zatem ta normalność destrukcji, uprawianej przez bandę Alexa DeLarge’a (Malcolm McDowell). Niczym łyk mleka dokonywany jest gwałt, niczym łyk mleka wyrządzane jest zło.
Mechanicznej pomarańczy nie trzeba oglądać kilkakrotnie, by dotarły do nas jej morały. Pozostaje tylko gratulować Kubrickowi tego, że tak krótko po Odysei przyniósł kolejną odnowę dla gatunku przy pomocy tak skrajnie negatywnej i nieprzyjemnej w odbiorze wizji. Na tym właśnie miała polegać odwaga kolejnego pokolenia twórców SF.
Steven Spielberg, Bliskie spotkania trzeciego stopnia (1977)
Nazwisko Stevena Spielberga jest bardzo ważne dla science fiction. To on bowiem wyniósł ten gatunek do rangi wielkich, wysokobudżetowych widowisk, które naznaczone duchem kina Nowej Przygody angażowały masy i zarabiały fortunę.
Za jego właśnie sprawą tworzenie SF stało się na nowo filmowym przemysłem. Jeśli miałbym jednak wskazać jeden film z jego dorobku, który uważam za najważniejszy tak dla gatunku SF, jak i dla samego autora, wybrałbym właśnie Bliskie spotkania trzeciego stopnia. To po prostu wspaniałe widowisko, które w oparciu o stosunkowo prosty, acz konsekwentnie prowadzący widza za rękę scenariusz odkrywa przed publiką nowe możliwości realizatorskie, ukazując niespotykany od czasu Kubrickowskiej Odysei kunszt efektów specjalnych. Może i tradycja kinowej fantastyki kontaktowej jest długa i szeroka, może i w latach 70.
idea UFO nie robiła już na nikim wrażenia. Może. Ale dopiero za sprawą Bliskich spotkań trzeciego stopnia widzowie otrzymali to, na co przez lata zasługiwali – pełną rozmachu przygodę opartą na tajemnicy, ukazaną w sposób absolutnie spektakularny, wizjonerski, słowem – adekwatny do kinowego doświadczenia.
Rewolucyjna odwaga
Andriej Tarkowski, Stalker (1979)
Według mnie to, w jaki sposób Andrej Tarkowski podszedł do zasad science fiction zarówno w Stalkerze, jak i w Solaris, zasługuje na najwyższe uznanie. Owszem, opisywany Stalker nie jest filmem przyjemnym, nie jest filmem łatwym.
W powietrzu unosi się aura tajemnicy, która momentami staje się tak gęsta, że łatwo zgubić w niej sens wypowiedzi reżysera. Ilekroć jednak powracam myślami do Stalkera, zawsze przypominam sobie ten niesamowity klimat alienacji, podparty zdjęciami i muzyką. Zona, którą przemierzają bohaterowie, to miejsce metaforyczne, pozostawiające przestrzeń do własnej interpretacji. Warto zwrócić uwagę, że w 1979 roku powstał także inny film opowiadający o świecie po katastrofie, przez wielu uważany za ważniejszy dla gatunku – Mad Max. Trudno mi porównywać oba obrazy, bo to dwa diametralnie różne style reżyserskie – to jak łączenie ognia z wodą.
Wiem jednak, że George Miller szył jak mógł, gdyż przy małym budżecie nie mógł w pełni wyrazić możliwości inscenizacyjnych swego filmu. Nadrobił to w kontynuacjach. Natomiast Stalker to film kompletny, który w stosunku do widza pozostaje uczciwy od początku do końca, serwując mu wizję niezwykle sugestywną, pełną niedomówień, melancholijną, silnie oddziałującą na wyobraźnię.
Ridley Scott, Obcy – ósmy pasażer Nostromo (1979)
Ridley Scott to obok Stevena Spielberga i Jamesa Camerona najważniejszy twórca współczesnego science fiction. Z tym nie ma się nawet co spierać. Fantastyka naukowa zawdzięcza mu bardzo wiele, a egzemplifikacją tych zasług są dwa arcydzieła gatunku. Pierwszy Obcy to bodaj najlepszy przykład w całej historii kina, gdy w jednym obrazie science fiction twórczo zespoliło się z horrorem. Powiecie – przecież to żadna nowość, oba gatunki stykały się ze sobą od początku popularyzacji fantastyki w kinie.
Odpowiem – ale nigdy nie zrobiono tego tak dobrze. Obcy to przyszłość pozbawiona choćby cienia idealizacji. Statek kosmiczny Nostromo jest brudny i wyeksploatowany, jakby miał sprawiać wrażenie, że to, co czeka nas w przyszłości, bardzo szybko ulegnie zużyciu. Brak tu zatem uśmiechów na twarzach i powiewającej w tle amerykańskiej flagi. Załoga jest zmęczona zadaniem, tym bardziej gdy okazuje się, co jest pasażerem na gapę. Konfrontacja z Obcym to coś, co wydobyte zostało z najczarniejszych koszmarów. Istota ucieleśnia zatem nasze najgłębiej skrywane lęki, z którymi walkę zwykle przegrywamy. Porzucono tu na dobre niedorzeczny kostium gatunkowy, infantylizujący kosmitów, jak tylko się da. Załodze Nostromo do śmiechu nie było, widzom także, i za ten efekt brawa należą się do dziś.
Ridley Scott, Łowca androidów (1982)
Zaledwie kilka lat po Nostromo Ridley Scott ponownie sięga po science fiction i ponownie robi to genialnie. Za podstawę do scenariusza posłużyły myśli, a właściwie elektryczne sny Philipa K.
Dicka
Wiemy to wszyscy bardzo dobrze, ale dla rzetelności powtórzmy raz jeszcze, czym Łowca androidów zasłużył sobie na miano filmu wybitnego, prawdziwie kultowego i niezwykle znaczącego dla gatunku. Otóż dlatego, że jest to opowieść, która przy niespotykanym dotąd kunszcie realizatorskim zdołała oddać głębię przesłań, ukrytych w tym, co nazywamy antycypowaniem przyszłości. To wizja, w którą można się wtopić bez reszty. Jest mądra, bo metaforycznie sięga spraw ostatecznych, jest piękna, bo zdjęciami, efektami, scenografią i cudowną muzyką tworzy wspaniały klimat, jest w końcu jedyna w swoim rodzaju, bo nawet jeśli czerpie ze schematów, to robi to tak, że staje się nowym wyznacznikiem jakości.
James Cameron, Terminator (1984)
Długo zastanawiałem się, która część Terminatora powinna znaleźć się w tym zestawieniu. Pytanie o to, czy lepsza jest jedynka, czy dwójka, dla sympatyków gatunku z czasem stało się dylematem niemalże egzystencjalnym (podobna sytuacja panuje w serii Obcy).
Z całym jednak uwielbieniem, jakim darzę Dzień sądu, to pierwszego Terminatora muszę uznać za pozycję ważniejszą w kontekście fantastyki naukowej. Powód jest prozaiczny – bo jest otwarciem tak silnym, jak uderzenie pięścią w splot słoneczny. W latach 80. XX wieku powoli zaczęły narastać społeczne lęki skierowane w stronę komputerów, a to dlatego, że ich obecność stała się w końcu namacalna. Lata wcześniej twórcy SF jedynie zakładali, że powstaną myślące maszyny, które z czasem mogłyby stać się dla człowieka zagrożeniem. W momencie pojawienia się komputerów osobistych człowiek zaczął rozumieć, w czym tkwi niebezpieczeństwo, przez co kolejne wizje konfrontacji człowieka z robotem stały się jeszcze bardziej przerażające.
To dlatego właśnie oficjalnie cyberpunk jako podgatunek powstał w latach 80., a nie wcześniej – bo to, co wcześniej twórcy jedynie sobie wyobrażali, teraz się im urzeczywistniło. Skynet jest w zagrożeniu, jakie stwarza człowiekowi, niezwykle kompletny, esencjonalny. James Cameron wybrał drogę zasiania w widzu niepokoju poprzez epatowanie mrokiem i brutalnością, co sprawiło, że bardzo trudno lekceważyć wymowę tej wizji. Wspominając Terminatora, nie sposób nie przywołać Arnolda Schwarzeneggera, który w sposób perfekcyjny stworzył postać cyborga – bezwzględnej humanoidalnej maszyny. Zrobi to, co został mu zaprogramowane, bo przewyższa człowieka w jeden istotny sposób – nie ograniczają go emocje. Mam wrażenie, że ta rola jest dla gatunku SF tak samo ważna, jak cały film.
Nowa fantastyka
Steven Spielberg, Park Jurajski (1993)
Wspominana przy okazji Frankensteina zabawa w Boga zostaje tu zaprezentowana w iście spektakularny sposób. Spielbergowi udaje się bowiem w końcu coś, co dotychczas wyglądało w kinie albo pokracznie, albo amatorsko, albo po prostu nierealistycznie.
Mowa rzecz jasna o ożywieniu dinozaurów, czyli istot na stałe wpisanych w kod genetyczny naszej planety, acz funkcjonujących głównie w obrębie naszej wyobraźni. Na dzisiejszym dzieciaku ten film może nie robić wrażenia, ale pamiętajmy, że dla widza z początku lat 90. Park Jurajski był ogromnym przełomem. Widowiskowym, rzecz jasna. Co prawda, już kilka lat wcześniej to James Cameron pokazał w Otchłani czy drugim Terminatorze, jak dobrze można bawić się komputerem przy tworzeniu zapierających dech efektów specjalnych. Mam jednak silne przekonanie, że CGI na piedestał zostało postawione właśnie dzięki Parkowi Jurajskiemu.
Za sprawą sukcesu Spielberga od 1993 roku rozpoczęła się w kinie era wielkich widowisk SF wspomaganych spektakularnymi efektami specjalnymi. I głównie dzięki temu ta fascynująca przygodowa opowieść okazała się być dla gatunku punktem zwrotnym.
Mamoru Oshii, Ghost in the Shell, 1995
Tworząc listę filmów obowiązkowych dla każdego fana fantastyki naukowej, nie można zapomnieć o Japończykach i ich dokonaniach na polu anime. Japończycy kulturowo mają wpisane w geny niezwykłą wrażliwość dla SF. Zdołali w fantastycznych treściach ukryć sporo lęków związanych z zagrożeniem atomowym, postępującym rozwojem technologicznym czy wynikającym z tego kryzysem społecznym. Sztandarowa manga Astro Boy opowiada o młodym androidzie obdarzonym ludzkimi emocjami. Ta idea posłużyła lata później także Mamoru Oshiiemu do opowiedzenia historii znacznie poważniejszej, a co za tym idzie – znacznie bardziej przejmującej.
Przy udziale wspaniałej, głębokiej muzyki Kenjiego Kawaiego w Ghost in the Shell wtapiamy się w animowany poemat, traktujący o fundamentalnym dylemacie cyberpunkowych wizji, pokrewny temu, co zasugerowała już wspominana wcześniej Mary Shelley – czy perfekcyjnie zaprojektowane i zaprogramowane androidy, patrzące na świat za sprawą zerojedynkowego kodu, mogą mieć duszę? Bo jeśli tak i nawet reprodukcja im nie straszna, to czym właściwie różnią się od człowieka? I najważniejsze – czy żyjąc obok maszyny podobnie myślącej, tylko robiącej to lepiej, podobnie czującej, tylko robiącej to lepiej, i podobnie działającej, tylko robiącej to lepiej, ułomny w swych w fizycznych ograniczeniach człowiek nie winien czuć się zagrożony? Mam wrażenie, że nikt tak dobrze tego nie rozumie, jak znacznie bardziej zaawansowana technologicznie Japonia – SF z tego obszaru kulturowego zdaje się być o krok dalej niż zastygły w schematach i mitach Zachód.
Rodzeństwo Wachowskich, Matrix (1999)
Z niedowierzaniem czytam uskuteczniane po latach komentarze kierowane w stosunku do Matrixa, jakoby film nie zasłużył na swój kult, jakoby nie był tak dobry, jak wszyscy mówią, że jest.
Otóż, moi drodzy, Matrix to fantastycznonaukowe arcydzieło i wedle mnie trudno z tym polemizować. Jego oprawa audiowizualna wciąż budzi szczery podziw. Na poziomie morałów i potencjału interpretacyjnego kino science fiction nie miało i długo mieć nie będzie tak głęboko filozoficznego spojrzenia. Kulturowy wpływ Matrixa jest wciąż silny, wielu twórców po latach świadomie odnosi się do technik realizacyjnych Wachowskich. Można powiedzieć, że tak jak po Parku Jurajskim CGI na dobre weszło na arenę kina popularnego, tak po Matrixie swoistej rewolucji dostąpiło kino akcji, które z infantylnych opowieści stało się narzędziem silnego przekazu socjologicznego.
Jestem przekonany, że Matrix otworzył w nowym tysiącleciu furtkę zupełnie odmienionemu obliczu kinowej widowiskowości, czego pokłosiem jest chociażby dzisiejsza kondycja Marvel Studios, reprezentującego kino rozrywkowe, a jednocześnie mocno zaangażowane. Śmieszne wydają mi się argumenty, jakoby rodzeństwo Wachowskich nie dało w swym scenariuszu niczego oryginalnego, ponieważ bez Ghost in the Shell, Mrocznego miasta czy też niepowstałego w konsekwencji filmu The Immortals Matrixa by po prostu nie było. Zadam więc pytanie – czy pierwszy Obcy powstałby, gdyby nie Ciemna gwiazda? Czy James Cameron stworzyłby Terminatora, gdyby nie obejrzał jednego odcinka serialu The Outer Limits? Czym byłby Park Jurajski bez Zaginionego świata czy King Konga? Czerpać, przetwarzać, nawiązywać – to też trzeba umieć, gdy wykuwa się nową jakość, a słynne rodzeństwo zrobiło to w 1999 roku po prostu doskonale.
Alfonso Cuarón, Ludzkie dzieci (2006)
Meksykanin Alfonso Cuarón – to kolejne nazwisko, które na stałe zapisało się w annałach kina science fiction. Zarówno za sprawą Ludzkich dzieci, jak i Grawitacji Cuarón udowodnił, że kino SF, prócz tego, że może oszałamiająco wyglądać (w obu przypadkach stery kamery objął Emmanuel Lubezki, jeden z najlepszych współczesnych operatorów filmowych) może też być inteligentne.
Najmocniejsze, najbardziej dosadne przesłania, odczuliśmy właśnie w Ludzkich dzieciach, gdzie na modłę tradycyjnej dystopii twórca wykreował wyjątkowo negatywny, pozbawiający wszelkich złudzeń przekaz. Dodajmy do tego, że niemal na każdym kroku jesteśmy w filmie zaskakiwani, tak doborem środków wyrazu, jak i rozwiązaniami fabularnymi. Dodajmy także, że Cuarón obrał niebywale realistyczne metody inscenizacyjne. Dodajmy w końcu, że film z 2006 roku to socjologicznie bardzo przemyślana i kompleksowa wizja. To właśnie, wespół z finalnym, dojmującym smutkiem, sprawia, że Ludzkie dzieci otwierają w naszej duszy trwałą ranę, będącą pamiątką po doświadczeniu, które uczyniło nas mądrzejszymi. A o taki efekt w SF bardzo trudno.
James Cameron, Avatar (2009)
Jakiś czas temu w autorskim „Fantastycznym cyklu” podsumowywałem znaczenie Avatara w kulturze z perspektywy dziesięciu lat po premierze. Generalnie swój wywód sprowadziłem do tezy, jakoby Avatar był zwycięzcą tamtego konkretnego okresu, w którym okoliczności pozwoliły na wprowadzenie na wielkie ekrany widowiska SF, jakiego świat jeszcze nie widział. I owszem, był to wielki sukces marketingowy. Ale mam też silne przekonanie, że Avatar okazał się równie istotny dla kina SF.
Nie, nie dlatego, że oparty został o wspaniały, pionierski scenariusz, bo to, jak wszyscy wiemy, akurat jest nieprawdą. Cameron świadomie wykorzystał jednak sprawdzone schematy fabularne do tego, by dać widzom nową definicję widowiska. Nie oszukujmy się, aspekt wizualny był częścią kina fantastycznonaukowego od samego początku. Służyło ono do dostarczania widzowi wygodnej i atrakcyjnej przestrzeni eskapizmu, pozwalającej na ucieczkę w senne marzenia i wizje nasączone niesamowitością. I mówiąc krótko – tym właśnie Avatar dla gatunku, dla popkultury jest i tak winien zostać zapamiętany.
Jako kolejna symboliczna gruba kreska między tym, co było, a tym, co będzie powiedziane w fantastyce naukowej. Jako ogromna, bogata, niemalże namacalna wizja z pięknym, uniwersalnym przesłaniem, którą można się po prostu raczyć.
Christopher Nolan, Interstellar (2014)
Otworzyłem ten artykuł Podróżą na księżyc, filmem opowiadającym o odwiecznym marzeniu człowieka, aby sięgnąć gwiazd. Zamknę go zatem zgrabną klamrą, ponownie kierując się ku niebu.
Nolanowski Interstellar uważam bowiem za ostatnie wielkie arcydzieło science fiction XXI wieku. Arcydzieło, dodajmy, bardzo istotne dla rozwoju gatunku, bo ponownie przywołujące tradycję opartej na nauce twardej fantastyki. W tym aspekcie Interstellar praktycznie nie ma sobie równych. Korzystanie z porad renomowanego fizyka na planie zaprocentowało tym, że film wypadł niezwykle przekonująco w materii naukowej, co nadało widowisku aspekt edukacyjny. Ale nie to głównie pobrzmiewa we mnie po latach od seansu. Mam wrażenie, że Nolan w Interstellar bardzo dobrze zdiagnozował ekologiczne problemy Ziemi, słowami bohatera Michaela Caine’a sugerując, że ludzkości nigdy nie było pisane pozostanie na Ziemi.
Było za to jej pisane narodzić się na niej i rozwinąć do tego stopnia, by móc pozwolić sobie na ekspansję kosmosu. Umierająca przyroda jest dla człowieka tylko pretekstem do ucieczki, determinującym decyzję o powołaniu kluczowej dla losów świata ekspedycji. Malkontenci zwykle narzekają na nieco infantylne zakończenie Interstellar, zachęcające do chwycenia za chusteczkę do nosa pod wpływem wzruszenia. I co w tym złego? Mam nawet wrażenie, że tego filmu po prostu nie dało się zakończyć lepiej. W końcu tym, co spaja wszelkie przewidywania przyszłości, jest pobożna nadzieja, że bez względu na zastałe okoliczności naszym życiem zawsze rządzić będzie nadrzędna, pozostająca ponad naszym wpływem siła podtrzymująca nasze człowieczeństwo.
Dużo miłości życzę.
Po więcej tekstów autora na temat filmów science fiction zapraszamy do „Fantastycznego cyklu”.

















