Publicystyka filmowa
Filmy, które powinieneś zobaczyć, jeśli REQUIEM DLA SNU zrobiło na tobie wrażenie
Gdybyśmy po seansie „Requiem dla snu” nie czuli się wystarczająco wycieńczeni, warto sięgnąć po kilka tematycznie współbrzmiących tytułów
Requiem dla snu trzeba oglądać ze skupieniem, ponieważ drugiego seansu może już nie być. Depresyjny i niepozostawiający żadnej nadziei obraz Darrena Aronofsky’ego wymieniany jest często jako pierwszy na liście filmów traktujących o nałogach. Gdybyśmy po jego seansie nie czuli się jednak wystarczająco wycieńczeni, warto sięgnąć po kilka tematycznie współbrzmiących tytułów, które rozprawiają się z trudną tematyką uzależnień, ale nie tylko, po swojemu.
U kresu dnia (1962), reż. Sidney Lumet
Opasła adaptacja sztuki Eugene’a O’Neilla daje nam to, co najgorsze, i to w przeciągu jednej fabularnej doby. Więzy rodzinne są w niej argumentem i trampoliną do kłótni i spożywania na zmianę alkoholu (to mężczyźni) i morfiny (to kobieta). Pomiędzy Tyrone’ami jest zatem źle, a każde próby czysto ludzkich odruchów spotykają się z patologią i nieustającą frustracją. U kresu dnia nie wyróżnia się na tle oszałamiającego dorobku Lumeta, ale sprawdza się jako teatr w kinie. Trzy godziny mijają szybko – co zawdzięczamy przede wszystkim Katharine Hepburn w roli matki. Zamknięta w czterech ścianach przytulnego z pozoru domu w stanie Connecticut Mary Tyrone przejawia paranoiczne stany w stopniu porównywalnym do Sary Goldfarb.
Coś zresztą musi być na rzeczy, Darren Aronofsky bowiem poznał Ellen Burstyn, kiedy ta wcielała się w Mary na deskach teatralnych. Jej udział w filmie reżysera Pi można traktować jako pogłębienie tamtej postaci i przeniesienie jej traum o kilka dekad wprzód.
Mniej niż zero (1987), reż. Marek Kanievska
To ponury dramat dziejący się za niewidzialną kurtyną blichtru Los Angeles. Tragizmu Mniej niż zero dodaje fakt, że Robert Downey Jr. niemalże odbił się od narkotykowego dna podczas jego realizacji. Z Downeyem było źle, co upiornym zrządzeniem losu przełożyło się na jego fenomenalną grę i jedną z lepszych kreacji w karierze. Jego Julian Wells, jak przyznał aktor, stanowił przejaskrawienie jego samego. Wells jest ćpunem, zarabiającym na towar prostytucją. Odtrącony przez rodzinę, szuka pomocy u przyjaciół, którzy również nie stronią od prochów. Mamy zatem w filmie Kanievski zgubne skutki brania, rozpad relacji i mozolne wyjście z dołka.
Pomimo że akcja Mniej niż zero rozgrywa się w święta Bożego Narodzenia, raczej nie zaserwujemy go w pakiecie z Tym wspaniałym życiem.
Gummo (1997), reż. Harmony Korine
Mariaż dokumentu i fabuły potrafi wywołać obrzydzenie. Kiedy fikcyjne tornado przechodzi przez Xenię, małą mieścinę w Ohio, jej mieszkańcy tracą nie tylko dobra materialne, ale również pogrążają się w obyczajowej degrengoladzie. W początkowych scenach Gummo widzimy samozwańczych, nastoletnich szeryfów upadłego miasta, którzy ruszają na polowanie na koty. Pieniądze ze sprzedanych trucheł wydają na klej i prostytutki. A to dopiero pierwsza para zdziwaczałych bohaterów u Korine’a. Mieszkańcy Xeni przejawiają na zmianę rasizm, przemocowość i nadmierną skłonność do używek. Są żywym krajobrazem po katastrofie, w którym nie ma miejsca na współczucie i normalność.
Ich miejsce zastępuje dziki i zdeprawowany ląd, pełen okrucieństw, ale tym samym niepokojąco prawdziwy. Gummo chce sprowokować malującą się przed naszymi oczami makabrą. Jest w tym dosadnie szczery, przez co koło filmu nie sposób przejść obojętnie.
Titane (2021), reż. Julia Ducournau
Z pozoru niewiele łączy Titane z Requiem dla snu. Jednak gdy pomyślimy, jaka ilość bólu przelewa się przez ekran w tych dwóch produkcjach, łatwo wysnuć analogię. U Aronofsky’ego to ból wewnętrzny wydaje się najsilniejszy, podczas gdy Ducournau stawia na fizyczność. To, w jaki sposób Alexia traktuje swoje ciało, bulwersuje, ale nie stanowi o sile filmu. Więcej w nim, mimo wszystko, komentarzy o potrzebie bliskości i poszukiwaniu rodziny. Można w Titane wypatrywać kinowego ekstremum, wybicia ze strefy komfortu na samą krawędź fotela albo można potraktować go również jak obyczajowy dramat. To dokładnie te same drogi pasujące do Requiem i pokazujące, jak trudno dopasować się do rzeczywistości.
Narkomani (1971), reż. Jerry Schatzberg
Gdyby nie rola w Narkomanach, Francis Ford Coppola nigdy nie wybrałby Ala Pacino do roli Michaela Corleone. Pacino gra ćpuna marzącego o wielkich pieniądzach, ale żyjącego z dnia na dzień. Nowy Jork to jego teren działania. Tutaj zna wszystkich, wie, gdzie zaglądać, a które ulice unikać. Dla Schatzberga to pretekst, by odsłonić mroczne oblicze Manhattanu, przesiąknięte hipisami i ich destrukcyjnym stosunkiem do używek. Narkomanów, w odróżnieniu od Requiem dla snu, ogląda się bez wewnętrznego sprzeciwu. To dramat o silnym podłożu romantycznym, napędzany wybuchową ekspresją Pacino i jego miłością do początkującej narkomanki Helen (nagrodzona Złotą Palmą Kitty Win).
Nie brakuje w nim jednak scen nieprzyjemnych, dobitnie prezentujących sam nałóg. Weźmy niezwykle sugestywne i mechaniczne wstrzykiwanie sobie heroiny przez jednego z bohaterów.
Trainspotting (1996), reż. Danny Boyle
Możliwość wyboru jest podkreślana u Boyle’a grubym markerem od samego początku. Może dlatego bohaterzy Trainspotting nie wydają nam się takimi popaprańcami. Mając furtkę i będąc świadomi swojej niedojrzałości, łatwiej nam uwierzyć, że w rzeczywistości każdy z nich sprawuje absolutną kontrolę nad swoim życiem. Ich bunt wobec wszelkich działań w stronę lepszego bycia, tak dźwięcznie i obrazowo przedstawiony w monologu Rentona, sprawia, że cała piątka wydaje się sympatyczniejsza, a ich niedoskonałość bliższa. Oczywiście taki obrót spraw zawdzięczamy twardym dragom. Jak bardzo jednak zabawnie i rytmicznie zrealizowana jest ta czarna komedia, nie możemy zapominać, że jej przesłanie jest dość jasne – po prostu nie bierz.
Magnolia (1999), reż. Paul Thomas Anderson
Kilka misternie splecionych ze sobą historii, w których grupka ludzi bierze na warsztat trudny do uniesienia bagaż emocji. Może to właśnie czyni Magnolię filmem wyjątkowym, uniwersalnym, uderzającym w najwrażliwsze rejestry. Podobnie jak narkomani z Coney Island, paleta postaci Paula Thomasa Andersona nie potrafi odnaleźć się w życiowym zagubieniu, zdając się na przypadkowość. Niebezpieczeństwo kryjące się za tego typu dynamiką nie jest tak dosadne jak wpuszczanie heroiny do krwiobiegu, ale również potrafi doprowadzić do spustoszenia. Jego efekt śledzimy, kiedy to bohaterowie Magnolii łapią na chwilę oddech, intonując w samotności wzruszające Wise Up Aimee Mann.
W tym miejscu Frank, Linda, Earl i cała reszta, wtórując uzależnionym Sarze i Harry’emu Goldfarbom, zadają pytanie: co dalej?
Mój piękny syn (2018), reż. Felix Van Groeningen
Groeningen ani myśli o odpuszczeniu trudnych tematów. Twórca poruszającego W kręgu miłości przeniósł się za ocean, by zmierzyć się z problemem narkotyków i ojcowskiej miłości. W roli uzależnionego – Timothée Chalamet, fundujący najlepszą jak do tej pory kreację w swojej karierze. W roli ojca – bezbłędny Steve Carell, który szuka sposobu, jak pomóc swojemu jedynemu synowi i tym samym sprowadzić życie rodzinne na właściwe tory. Film Groeningena to smutna weryfikacja nałogu. Oglądamy, jaką siłą jest chęć zażycia i jak trudno przeciwstawić jej rodzicielską relację, wzajemne zrozumienie i umiejętność przebaczania.
Bezradność jest tutaj domeną Carella, żywiołem Chalamet. Ich docieranie się i poszukiwanie dialogu jest tym, czego zabrakło bohaterom Requiem, z góry skazanym na samodzielną walkę z używkami.
