Publicystyka filmowa
FAMILY GUY (według rodzimych tłumaczy GŁOWA RODZINY). Celna satyra i głupkowaty absurd
FAMILY GUY to animowany sitcom, który zrewolucjonizował humor telewizyjny, łącząc satyrę z absurdalnymi sytuacjami. Odkryj jego historię!
W momencie, w którym piszę te słowa, Family Guy (tłumaczenie tytułu było raczej zbędne i z tego powodu nie przyjęło się w Polsce ani w moim tekście) zbliża się do połowy szesnastego sezonu. Animowany sitcom Setha McFarlane’a niebawem przekroczy także próg trzystu odcinków – i to pomimo początkowego braku wiary w serial ze strony Fox. Włodarze stacji zniechęceni kontrowersjami czy okazjonalnie rozczarowującą oglądalnością (wynikającą głównie z nieprzemyślanego planowania godzin emisji) rozważali anulowanie ciągu dalszego po sezonie drugim, a ostatecznie zrobili to po wydaniu trzeciej serii.
Na szczęście wysoka sprzedaż płyt DVD z odcinkami oraz kult, jakim został otoczony Family Guy, doprowadziły do zmiany tej krótkowzrocznej decyzji. Zamówiono czwarty sezon, a spokojna egzystencja serialu trwa nieprzerwanie do dziś, prezentując widzom bardziej śmiałą i drastyczną rozrywkę niż Simpsonowie, ale zarazem grzeczniejszą niż to, co możemy zobaczyć w Miasteczku South Park. Zanim jednak zostanie poruszona kwestia różnic i podobieństw do innych animowanych produkcji, cofnijmy się do samego początku i przyjrzyjmy się, skąd się w ogóle wziął Family Guy.
Wszystko zaczęło się w 1995 roku, kiedy to uczęszczający do Rhode Island School of Design Seth McFarlane w ramach projektu zaliczeniowego stworzył krótkometrażówkę zatytułowaną The Life of Larry. Zachwycony nią profesor Setha zaprezentował jego dzieło studiu Hanna-Barbara, które zatrudniło młodego twórcę niecały rok później. Pierwszym płatnym projektem McFarlane’a była kontynuacja historii Larry’ego – Larry & Steve. Rysunkowa animacja przedstawiała losy dwójki bohaterów – mężczyzny w średnim wieku oraz jego antropomorficznego psa intelektualisty.
Jak nietrudno się domyślić, postaci te niedługo później posłużyły jako prototyp duetu Peter-Brian. Po wyemitowaniu perypetii Larry’ego przez Cartoon Network dyrektorzy Fox dostrzegli potencjał w rozwinięciu pomysłów McFarlane’a. Zaproponowali młodemu twórcy stworzenie serialu, który przedstawiałby życiowe perturbacje dysfunkcyjnej, ale zarazem pod wieloma względami typowej rodziny. Na pierwszym planie miał się znajdować umiarkowanie rozgarnięty mężczyzna w średnim wieku, a partnerowałby mu między innymi jego oczytany gadający pies. Tak powstał Family Guy – pierwotnie planowano wyświetlać go w formie krótkich filmów będących częścią programu rozrywkowego Mad TV, jednakże jego wymagania budżetowe okazały się zbyt wysokie. W 1999 roku produkcja McFarlane’a rozpoczęła swoje życie jako część ramówki Fox i tym sposobem dołączyła do grona najbardziej rozpoznawalnych animowanych seriali dla dojrzałych widzów.
You’d better watch who you’re calling a child, Lois. Because if I’m a child, you know what that makes you? A pedophile. And I’ll be damned if I’m gonna be lectured by a pervert.
Zapytany o największe inspiracje przy tworzeniu swojego sitcomu, McFarlane zawsze wskazuje Simpsonów oraz All in the Family. Z pierwszego zaczerpnięto głównie ogólną wizję rodziny, na którą składają się bohaterowie oraz pewne cechy szczególne postaci pobocznych. Drugi tytuł zainspirował twórców przede wszystkim, jeśli chodzi o odważne przełamywanie tabu i nieobawianie się konsekwencji przy poruszaniu kontrowersyjnych tematów.
Postanowiono także położyć nacisk na nawiązaniach do popkultury i polityki, najczęściej w formie krótkich humorystycznych wstawek i retrospekcji. To w nich często kryje się największy ładunek humoru, choć zazwyczaj nie mają one nic wspólnego z fabułą odcinka. Połączenie tych wszystkich elementów zapewniło Family Guyowi ogromny sukces. Barwne i zupełnie odmienne od siebie postaci, cięta i bezlitosna kpina, a to wszystko polane grubą warstwą absurdalnego i nierzadko surrealistycznego humoru. Jak już wspomniałem we wstępie, dzieło McFarlane’a to w moich oczach pewien pomost między dwiema najpopularniejszymi kreskówkami dla dorosłych.
Narracja Family Guya jest bowiem zdecydowanie mniej konwencjonalna i bardziej dynamiczna niż ta, którą znamy z Simpsonów. Ponadto życiowe ekscesy Griffinów nie próbują być przyjazną rozrywką dla całej rodziny i jest tam miejsce na znacznie więcej nieprzyzwoitości niż w Springfield. Ostrzejsze odcinki swoim poziomem „niegrzeczności” zbliżają się do Miasteczka South Park, jednak zazwyczaj daleko im do obsceniczności i bezkompromisowości serialu Treya Parkera i Matta Stone’a.
To jednak cecha późniejszych sezonów. Początek wyglądał bowiem nieco inaczej – zarówno w kwestii tonacji, rodzaju żartów oraz charakterów postaci. Widoczny powyżej kadr pochodzi z pierwszego odcinka serialu, w którym poznajemy „typową amerykańską rodzinę”. Mamy tu małżeństwo pełne miłości i koszmarnej dysfunkcji (Peter – niezbyt lotny, mizoginistyczny alkoholik i zarazem głowa rodziny, Lois – marudna, ale odpowiedzialna kura domowa), antropomorficznego psa, który pomimo swojej inteligencji jest zwierzęciem domowym (Brian – nieco pretensjonalny liberał i alkoholik), oraz trójkę kuriozalnych dzieci (Stewie – złowieszcze i planujące zamordowanie matki dziecko, którego mowę może zrozumieć tylko garstka bohaterów, Meg – zakompleksiona i nadwrażliwa nastolatka, Chris – zdziwaczały chłopiec, który intelekt odziedziczył po ojcu).
Fabuła początkowo koncentruje się na pełnych niedorzeczności przygodach Petera, podczas gdy jego bliscy pozostają niejako w tle. Większość odcinków otwiera scena mniej lub bardziej rodzinnego oglądania telewizji, a żarty koncentrują się na społecznych komentarzach i popkulturowych odniesieniach. Przemoc jest bardzo umowna, trudne tematy poruszane są w sposób złośliwy, ale nie okrutny. Pojawia się także całkiem sporo piosenek, jako że McFarlane jest fanem musicalowej formy i posiada nietuzinkowy muzyczny talent. Jak to wygląda obecnie?
Naturalnie poprawiona została animacja. Zmieniono format obrazu, otoczenie ma więcej barw i szczegółów, postaci poruszają się płynniej, a wszystko wygląda po prostu zgrabniej. To jednak standard i coś, przez co przechodzi większość seriali animowanych o tak długim stażu. Istotniejsze zmiany dotyczą prezentowanych treści. Piosenki pojawiają się rzadziej, a żarty i satyra stały się ostrzejsze, nierzadko wręcz niezwykle okrutne. Z pewnością więcej tu czarnego humoru, a także burzenia czwartej ściany i nabijania się z własnej konwencji. Z czasem coraz częściej zaczęły się pojawiać odcinki parodiujące znane filmy, a także zrywające ze standardowymi schematami fabularnymi.
W mojej opinii późniejsze sezony Family Guya pod wieloma względami są bardziej interesujące i zaskakujące niż te początkowe. Z pewnością niemały wpływ na to ma jednak fakt, że żarty z elementów dzisiejszego społeczeństwa są dla mnie bardziej czytelne i zabawne niż te sprzed piętnastu lat. To się wiąże z ogromną zaletą, ale zarazem potencjalną wadą serialu – brak znajomości pewnych faktów, zjawisk, osobistości czy dzieł kultury sprawia, że spora część dowcipów jest mocno niezrozumiała. Jeśli jednak wiemy, o co chodzi, to jest duża szansa, że zostaniemy rozbawieni.
Hey, mother, I come bearing a gift. I’ll give you a hint. It’s in my diaper and it’s not a toaster.
Oprócz wszelakich kulturowych odniesień podstawowym nośnikiem humoru w dalszym ciągu są postaci, które stały się jeszcze bardziej niedorzeczne niż kiedyś. Nie jest to nowość wśród seriali komediowych, które często z biegiem czasu potęgują kluczowe cechy swoich bohaterów albo decydują się uwypuklić elementy osobowości, które uczynią ich ciekawszymi. W ten sposób Peter stał się kompletnym niereformowalnym idiotą (z przebłyskami), Brian został interesownym i przeintelektualizowanym hipokrytą, a Stewie porzucił swoje plany dominacji świata na rzecz różnych dziwacznych aktywności (np.
podróży w czasie) oraz eksplorowania swojego homoseksualizmu. I choć bohaterowie nierzadko przypominają karykatury osób, które poznaliśmy w pierwszych sezonach (obdarzona głosem Mili Kunis Meg szybko stała się workiem treningowym dla całego świata serialu), to taka zabawa rozwojem ich postaci z pewnością jest czymś bardziej komicznym i ożywczym niż uparte trzymanie się tego samego. Zyskały na tym także niektóre relacje, zwłaszcza ta, która łączy Stewiego i Briana. Ich wspólne wątki, a w szczególności poświęcone w całości im odcinki (jak te z serii Road to…), zgodnie są uznawane za najświetniejsze chwile Family Guya, nierzadko pełne ciepła i scen prawdziwej przyjaźni (a innym razem żywiołowych kłótni i przemocy).
Eksperymenty z formą przysłużyły się również całości. Jedne z najbardziej pamiętnych odcinków to właśnie te, które zaskoczyły nas obranym przez twórców kierunkiem: kryminalna zagadka parodiująca jedno z dzieł Agathy Christie (odcinek And Then There Were Fewer), podróż po alternatywnych wymiarach (Road to the Multiverse), parodia Dwunastu gniewnych ludzi (12 and a Half Angry Men), pozbawiona muzyki i humorystycznych przerywników historia Briana i Stewiego, którzy spędzają noc zamknięci w sejfie (Brian & Stewie) czy pastisze oryginalnej trylogii Gwiezdnych wojen. Te ostatnie należą zresztą do najpopularniejszych i najzabawniejszych odcinków serialu, doczekały się nawet swojego osobnego wydania DVD/Blu-Ray. Z pewnością są one czymś, co powinien znać każdy fan kosmicznej sagi – trudno o tak trafną parodię i zarazem hołd dla obśmiewanego dzieła (wiele kadrów zostało żywcem wziętych z oryginalnych filmów i przerobionych na rysunkowy styl serialu.
Oprócz rozlicznych nominacji, wygranych nagród i ciepłego przyjęcia przez większość krytyków Family Guy ma na swoim koncie wiele kontrowersji i złej prasy. Według innych twórców animowanych seriali (np. autorów Miasteczka South Park) humor McFarlane’a opiera się na leniwym scenopisarstwie, gdyż charakterystyczne dla serialu wstawki w żaden sposób nie muszą łączyć się z jego fabułą. Perypetie rodziny Griffinów od samego początku spotykają się także z oburzeniem rozmaitych obrońców moralności, którzy czuli się dotkliwie obrażeni przez kolejne odcinki serialu.
Niemała część tego rabanu wynikała jednak z bardzo powierzchownego odbioru gagów, które często kpiły z rozmaitych uprzedzeń albo były częścią bardziej złożonej satyry. Sam McFarlane wielokrotnie zresztą określał się jako liberał i demokrata, co wcale nietrudno dostrzec w jego produkcji (chociażby ze względu na to, jak wiele jego cech przyjął Brian). Choć część zarzutów bywała zasadna (niektóre żarty zdecydowanie przekraczały granice dobrego smaku, a toaletowy humor mógłby być ograniczony), to zwykle dotyczyły one wyrwanych z kontekstu fragmentów i były krzywdzące dla całości. Ten brak zrozumienia ze strony części społeczeństwa tylko się przysłużył Family Guyowi, a kolejne konflikty prawne i krytyka ze strony organizacji pokroju Parents Television Council pełniły funkcję dobrej reklamy.
Niepodważalny sukces Family Guya zaowocował naturalnym rozwojem marki – grami komputerowymi, produkcją rozmaitych gadżetów, komiksami i książeczkami, a także spin-offem serii. The Cleveland Show koncentrował się na losach jednego z kumpli Petera, Clevelanda, i w naturalny sposób łączył się z jego chwilowym odejściem z głównego serialu. Choć wydawałoby się, że charakterystyczna dla McFarlane’a wizja afroamerykańskiej rodziny będzie kopalnią dobrych żartów formuła szybko się wypaliła, a odbiór dzieła okazał się dość chłodny. Kiedy było już jasne, że spin-off czeka przedwczesny koniec, kilka odcinków Family Guya odniosło się do tej porażki w niezwykle zabawny sposób, po raz kolejny potwierdzając, jak wiele dystansu do siebie mają jego twórcy.
Nie żeby były co do tego jakieś wątpliwości – samoświadome żarty często pojawiają się w serialu, np. w crossoverze z Simpsonami (The Simpsons Guy) czy w kapitalnym pierwszym odcinku najnowszego sezonu (Emmy-Winning Episode).
Początek szesnastej serii jest dowodem na to, iż scenarzyści Family Guya wciąż potrafią pozytywnie zaskoczyć i rozśmieszać do utraty tchu. Mniejsza liczba wyrwanych z kontekstu wstawek i większe skupienie na fabule pokazują, że wysłuchują oni głosów krytyki i są zdolni do ewolucji. Nadal zostało mi do obejrzenia kilka odcinków, ale na podstawie tego, co widziałem, mogę stwierdzić, że serial powrócił do formy sprzed dobrych kilku sezonów (nie żebym był szczególnie krytyczny wobec poprzednich serii – w mojej opinii na każdy miałki odcinek przypadał jeden przezabawny).
Wbrew pozorom nieobecność Setha McFarlane’a przy procesie scenopisarstwa wcale nie musi być odczuwalna, a reszta załogi może doskonale sobie poradzić przez niego. Seth naturalnie w dalszym ciągu jest odpowiedzialny za nagrywanie głosów do każdego odcinka (kultowe głosy Petera, Stewiego i Briana to jego zasługa), ale na tym kończy się jego udział w produkcji serialu. I o ile mój entuzjazm związany z Family Guyem w ostatnich latach stopniowo spadał, to najnowsze odcinki sprawiły, że ponownie z niecierpliwością wyczekuję premiery kolejnych. Jeśli lubicie absurd, nieprzyzwoitość i kulturowe nawiązania, a nie mieliście okazji zapoznać się z tą barwną produkcją, to gorąco polecam dać jej szansę. Pierwsze sezony obecnie są dość archaiczne, ale kryje się w nich prawdziwe komediowe złoto i początek szalonej przygody.
Freakin’ sweet.
korekta: Kornelia Farynowska
