search
REKLAMA
Action Collection

DESPERACI (2000). Twardzi faceci w morzu ognia

Jacek Lubiński

25 lipca 2019

REKLAMA

The Way of the Gun – bo tak brzmi oryginalny tytuł debiutu twórcy ostatnich części Mission: Impossible, Christophera McQuarriego – rozpoczyna popularna w internetach i niezwykle zabawna scena eskalacji przemocy. Te kilka minut to czyste filmowe złoto, które od razu pokazuje nam, z jakimi bohaterami będziemy mieli do czynienia, i ustawia cały film. Jest to bodaj najlepsza jego scena. Na drugą równie smakowitą musimy poczekać aż półtorej godziny, do samego finału. Warto jednak, bo Desperaci – nie mylić ze starszymi o parę lat Desperatkami ani tym bardziej z pochodzącą z tego samego roku produkcją z Ashley Judd o bliźniaczym tytule – to takie kino, które pamięta się właśnie dzięki tego typu perełkom.

Aż trudno uwierzyć, że produkcja ta liczy sobie już blisko dwadzieścia lat. Wydaje się, że dopiero co powstała, a i twarze za nią stojące nie zdążyły się specjalnie zestarzeć ani opatrzyć. Mamy zatem rok 2000, stan Utah, skromny budżet w wysokości ośmiu i pół miliona zielonych oraz będącego u szczytu popularności Ryana Phillippe’a w duecie z już doświadczonym, ale dopiero na dobre rozkręcającym swoją karierę Beniciem del Toro, który w tym samym sezonie zabłysnął w doskonałym filmie Traffic Stevena Soderbergha oraz pokazał się w Przekręcie Guya Ritchiego. Wcześniej zresztą dał popis w Podejrzanych – za scenariusz do tego obrazu McQuarrie otrzymał Oscara. To właśnie tamten sukces zrodził u niego reżyserski głód, który mógł zaspokoić dopiero Desperatami. Ponownie napisał więc skrypt, do którego realizacji udało mu się pozyskać jeszcze takich aktorów jak: Juliette Lewis, Taye Diggs, Scott Wilson, James Caan i widoczna w przytoczonym prologu Sarah Silverman, a także uznanego operatora Dicka Pope’a (filmy Mike’a Leigh) i kompozytora Joe Kraemera, który został jego długoletnim przyjacielem i stałym współpracownikiem (do czasu ukazania się Fallout).

Owocem tej kolaboracji jest taki współczesny western, którego akcja rozgrywa się w zabitych dechami dziurach pośrodku prerii, przydrożnych motelach oraz ciemnych zaułkach miasta, gdzie policja zdaje się rzadko zaglądać. Zresztą reżyser nie kryje się ze swoimi inspiracjami, z których biorą się jego aspiracje do stworzenia czegoś więcej niż zwykłego „akcyjniaka”. Dość napisać, że końcowa, obowiązkowa strzelanina odbywa się w tej samej lokacji co finał Butcha Cassidy’ego i Sundance’a Kida; to po tytułowych bohaterach tej produkcji Desperaci otrzymali też nazwiska (Parker i Longabaugh to prawdziwe personalia słynnych rewolwerowców z Dzikiego Zachodu).

W te ramy wpisano jednak zdecydowanie bardziej tarantinowską fabułę, pełną nierzadko barwnych, a nawet przejaskrawionych postaci, które w przerwie od celowania do pozostałych bronią przerzucają się ciętymi ripostami i życiowymi mądrościami. Jest w tym wszystkim jakieś porwanie, jakiś okup, są zdeptane bądź niespełnione marzenia i chęć dużego zarobku, z którym nieodzownie łączy się podwójny przekręt, a wszystkiemu towarzyszą kolejne, mniej lub bardziej zaskakujące wolty scenariuszowe. Oraz bezustanny potok słów. Wpisuje się to dobrze w ówczesny trend kinowy pełen podobnych, opowiedzianych półserio gangsterskich porachunków z pazurem, na które składają się fascynujące, niejako zamknięte minisceny, łączące się w większą, najczęściej przewrotnie ironiczną całość.

I to właśnie tej przewrotności najbardziej wydaje się brakować w tej dwugodzinnej sensacji. Podobnie jak nieco większej dramaturgii lub jakiegoś emocjonalnego haka na widza. Clou historii oraz najważniejsi (anty)bohaterowie nikną bowiem ostatecznie w całym natłoku atrakcji, w których wybuchy trudno się tak naprawdę bardziej zaangażować. I choć McQuarrie wyraźnie porzuca tu humor, a niekiedy także i swoistą lekkość narracji, na rzecz powagi sytuacji i maksymalnego realizmu (od strony technicznej produkcję nadzorował były członek słynnej formacji komandosów „Foki”, a prywatnie… brat reżysera), to jego dzieło jest wyraźnie nierówne, dalekie od najlepszych dokonań QT i Guya Ritchiego na tym polu. Paradoksalnie kaliber ma również wyraźnie mniejszy.

Tam, gdzie powyższa dwójka bawiła się kinem i przyzwyczajeniami widza, oferując mu zgrywę połączoną z celnymi obserwacjami społecznymi, McQuarrie preferuje tradycyjną formę opowieści i prostą w sumie intrygę, którą z czasem niepotrzebnie gmatwa i komplikuje mało trafnymi pomysłami, często w dodatku nierozwijanymi fabularnie. Rezultatem są mocno rwane pod względem klimatu czy też emocji sceny, które mieszają się z tymi o wiele bardziej dopracowanymi, przemyślanymi. Przy całym tym braku świeżości, a niekiedy również polotu, Desperaci pozostają jednak filmem zaskakująco szczerym w przekazie – co podkreślał potem dumny z niego po dziś dzień twórca.

Jasne, próżno szukać tu iście autorskiej wizji oraz wyjątkowego stylu wizualnego, który mógłby charakteryzować kolejne objawienie reżyserskie Hollywoodu. Ambicje, dominująca na ekranie brutalność (którą, co ciekawe, stonowano, aby uniknąć przyporządkowania do najwyższej kategorii wiekowej), brud i swego rodzaju ascetyzm wyzierający ze spalonych słońcem kadrów dają wyraźny sygnał dojrzałego, samoświadomego kina, przynajmniej próbującego sprzedać nam coś więcej niż efektowne wymiany ognia, soczyste „fucki” i kolejną historię przemocy. Gorzką zresztą, gdyż samo zakończenie nie pozostawia nam już żadnych złudzeń co do niecnych zamiarów McQuarriego.

Jak można się domyślić, te chęci i talent nie przełożyły się na dobry odbiór filmu, który mizernie poradził sobie na amerykańskim rynku, a na światowym praktycznie nie istniał -przemknął przez kina niczym toczony wiatrem suchy krzak przez step. Ale trudno się temu dziwić, gdyż początkowa fascynacja seansem szybko zmienia się w tym przypadku w rutynę dobrowolnego rzucania okiem na ekran. A gdy ten w końcu ciemnieje, w głowie widza zostaje niewiele. Natomiast po latach ma się ochotę wrócić jedynie do tych dwóch scen (no, może trzech, bo gdzieś mimochodem egzystuje jeszcze dość nietypowy pościg samochodowy). Szkoda tylko, że nawet z nich niewiele wynika.

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA