search
REKLAMA
Artykuł

CZY POLSCY REŻYSERZY ŚNIĄ O FILMACH SCI-FI? (CZĘŚĆ 3)

Brunon Hawryluk

20 marca 2016

REKLAMA

Stacja bezsenność
Stacja bezsenność

W KRÓTKIM ŚNIE

Kolejny film, Stacja bezsenność, porusza znacznie poważniejsze tony. W tym krótkometrażowym telewizyjnym dramacie w zasadzie nie znajdziemy elementów stricte fantastyczno-naukowych, a jednak wiele osób klasyfikuje go jako sci-fi.

Młody kolejarz, Adam Czerwiec (Edward Kusztal), przychodzi do przyjaciółki z dziecięcych lat. Doktor Weronika (Hanna Stankówna) jednakże go w ogóle nie pamięta, pyta go za to o sny. Czerwiec opowiada jej zmyślony sen i po niedługim czasie zaczyna go nękać pewien hipnotyzer (Marek Walczewski), domagając się ujawnienia prawdziwej treści snu. Kolejarz oczywiście odmawia. W odpowiedzi hipnotyzer sprawia, że Czerwiec nie może zasnąć.

Film z początku może wydawać się nudny, paradoksalnie wręcz usypiający. Gra aktorska jest nieco drętwa i w zasadzie jedynie Marek Walczewski (późniejszy „muz” Piotra Szulkina) potrafi wykrzesać z siebie trochę iskier. Obraz ma w sobie jednak coś osobliwego, dystopijnego. Postaci w jego świecie żyją na pograniczu jawy i snu, w ciągłym zmęczeniu, wiele spośród nich zostało zmanipulowanych przez hipnotyzera, który na spotkaniach każe im ustawiać się w kolejce z kartkami z zapisanymi snami. Jeśli ich treść mu się spodoba, może łaskawie da się komuś przespać i odpocząć, choć na kilka godzin. Trudno nie zauważyć w tym pomyśle metafory obecnego w PRL systemu kartkowego, który w filmie urasta wręcz do kanibalistycznej symbiozy – hipnotyzer żywi się snami i marzeniami innych ludzi, ci zaś, żeby przeżyć i móc zaznać odpoczynku, muszą się mu podporządkować. Jedyną osobą, która mu się przeciwstawia, jest Czerwiec, zwykły kolejarz, nieco bardziej światły od innych, który ostatecznie, po zniszczeniu hipnotyzera, nie ulega pokusie władzy, mimo że doktor Weronika staje się jego bezwolnym narzędziem.

Józef Nowak i Ryszard Bacciarelli w filmie „Poprzez piąty wymiar” (1973, reż. Marek T. Nowakowski)
Józef Nowak i Ryszard Bacciarelli w filmie „Poprzez piąty wymiar” (1973, reż. Marek T. Nowakowski)

W tym samym roku TVP emituje inny krótkometrażowy film, Poprzez piąty wymiar, na podstawie opowiadania Konrada Fiałkowskiego, znanego pisarza SF i cybernetyka.

Redaktor, Jan Siwiec (Ryszard Bacciarelli, tak, z tych Bacciarellich) otrzymuje telefon od swego przyjaciela, doktora Kopota (Gustaw Holoubek), który zaprasza go do laboratorium na pokaz nowego wynalazku. Kiedy dziennikarz przybywa do instytutu, okazuje się, że został wpuszczony w maliny – portier (w tej roli nasz znajomy As, Józef Nowak) dziwi się, jak Siwiec wszedł do środka, pomimo iż przed chwilą sam go wpuszczał i twierdzi, że doktora Kopota nie ma, bo jest pierwsza w nocy i ten z pewnością śpi. Redaktor, jak typowy twardo stąpający po ziemi człek, nie daje sobie wmówić niepoczytalności i postanawia wyjaśnić całą sytuację. W obecności portiera dzwoni do doktora, który gani go za żarty o tej porze i radzi się dobrze wyspać. W dalszej części Siwca spotyka parę innych dziwnych sytuacji, m.in. kiedy widzi siebie śpiącego we własnym łóżku i krok po kroku wszystko staje się jasne – przypadkiem został królikiem doświadczalnym i podróżnikiem w czasie, ku niezadowoleniu ludzi z przyszłości.

Film w dość zabawny sposób pokazuje reakcję człowieka na niecodzienne wydarzenia. Ryszard Bacciarelli, jako sceptyczny redaktor, wywiązał się ze swego zadania znakomicie. Ludzie z przyszłości, których później spotyka (Leon Niemczyk i Włodzimierz Nowakowski), fundują mu krótki wykład z dylatacji czasu i „paradoksu dziadka”, a na przykładzie metafory z drzewem, interesująco wtajemniczają go w ideę podróży poprzez piąty wymiar – „Wyobraź sobie, że idziesz ścieżką wśród pól. Wyobraź sobie jeszcze, że nie potrafisz spojrzeć za siebie, choćbyś nie wiem jak chciał. Przy tej ścieżce rośnie drzewo. Gdy zbliżasz się do niego, po prostu widzisz je – ono istnieje. Lecz gdy je wyminiesz, przestaje dla ciebie istnieć. Bo nie potrafisz się obrócić”.

Leszek Herdegen w filmie „Biohazard” (1977), reż. Janusz Kubik
Leszek Herdegen w filmie „Biohazard” (1977), reż. Janusz Kubik

BIOHAZARD

Janusz Kubik, znany wcześniej choćby z krótkiego metrażu o UFO Gdzie jesteś, Luizo?, nakręcił w 1977 roku Biohazard. Podobnie jak Nowakowski, wykorzystał do tego opowiadanie Konrada Fiałkowskiego. Film nie ma oczywiście niczego wspólnego z japońską serią gier o tym samym tytule i opartymi na niej horrorami o apokalipsie zombie Resident Evil. Choćby dlatego, że powstał od nich o wiele wcześniej. Nie ma w nim też, jak należałoby przypuszczać z angielskiej semantyki tytułu, żadnych odpadów, ani zanieczyszczeń biologicznych.

Na stronie filmpolski.pl możemy znaleźć taki oto opis filmu:

„Były szef Instytutu Naukowego – profesor Molnar, przybywa ponownie do Instytutu, aby poddać się kuracji w związku z chorobą serca. Jego dawny asystent, a obecnie szef Instytutu – Egberg, prowadzi badania, z których Molnar kiedyś się wycofał ze względu na możliwość przekroczenia dopuszczalnej, jego zdaniem, granicy ingerencji w strukturę człowieka. Molnar zostaje ubezwłasnowolniony i kiedy budzi się po operacji – odkrywa przerażającą prawdę: ma własny mózg, lecz powłokę cielesną Egberga”.

Biohazard
Biohazard

Ostatnie zdanie jest w zasadzie końcówką filmu i wtedy też robi się najciekawiej. Przez większość czasu profesor Molnar próbuje rozwikłać tajemnicę Egberga, co jest dość nużące. Mimo wszystko film ten jest jednym z najbardziej interesujących przedstawień „transferowania umysłów”, nie tylko w Polsce. Poza oczywistymi tematami poświęcenia dla nauki i moralnymi, mocno porusza zagubienie umierającego człowieka, który budzi się w nowym, młodym ciele i ostatecznie nie do końca umie zaadaptować się do nowego życia. Stąd też jest to tytuł godny polecenia, podobnie zresztą jak cała twórczość literacka Fiałkowskiego, po którą w przyszłości sięgnie może jeszcze niejeden polski filmowiec.

s
Kadr z filmu „Test pilota Pirxa” (1979), reż. Marek Piestrak

 

KONKURENT OBCEGO

Pod koniec lat siedemdziesiątych w gatunku science fiction spróbował swoich sił także Marek Piestrak, niesłusznie nazywany polskim Edem Woodem oraz królem kina klasy B.

W rzeczywistości był jednym z pierwszych naszych twórców, którzy odważyli się robić filmy rozrywkowe, inspirowane zachodnimi produkcjami i gdyby nie on, polskie kino przygodowe, grozy, ale i SF byłoby dużo skromniejsze. Wystarczy wspomnieć jego najsłynniejsze dzieła, które gromadziły w kinach oraz przed telewizorami ogromne rzesze widzów: Śledztwo – kryminał na podstawie jedynej detektywistycznej powieści Lema, horror Wilczyca oraz nieco mniej udana kontynuacja Powrót wilczycy, a także kultowa Klątwa doliny węży (o której będzie w części 4) i rzecz jasna Test pilota Pirxa, półtoragodzinny film SF na podstawie opowiadania Rozprawa Stanisława Lema.

Za opisem dystrybutora filmu: Koncerny elektroniczne rozpoczynają produkcję androidów zwanych „nieliniowcami skończonymi”. Przypominają one do złudzenia człowieka, a jednocześnie są od niego doskonalsze. Roboty mają m. in. zastąpić ludzi w żegludze kosmicznej. Perspektywa zwielokrotnienia produkcji „nieliniowców” wzbudza niepokój UNESCO, która inicjuje próbny rejs kosmiczny.

Test Pilota Pirxa
Test Pilota Pirxa

Tutaj rozpoczyna się przygoda komandora Pirxa (Sergei Desnitsky), który obejmuje dowództwo statku kosmicznego „Goliath”. Oficjalnym celem misji jest lot do Saturna i umieszczenie sondy obserwacyjnej w Szczelinie Cassiniego. Tak naprawdę jednak chodzi o sprawdzenie załogi w części złożonej ze zwykłych ludzi, a w części z robotów. Pirx nie wie, kto jest kim, i musi zdemaskować ukrytego androida oraz ocenić jego użyteczność. Jednak krótko po starcie statku wszystko się zaczyna wikłać – członkowie załogi zaczynają na siebie donosić, niektórzy podpowiadają, kto może być ukrytym robotem, niektórzy sami twierdzą, że nie są ludźmi. Rodzi się specyficzna gra pozorów, w której każdy jest podejrzany, wszyscy zaczynają przypominać roboty, a Pirx razem z widzem stopniowo rozwiązuje zagadkę.

Film powstał dzięki koprodukcji radzieckiej. Jak po latach wspomina reżyser: „Scenariusz bardzo się spodobał, ale okazało się, że nie możemy kręcić w Polsce, gdyż nie było u nas żadnego wydziału zdjęć specjalnych, techniki niezbędnej dla kina SF. Rosjanie skierowali nas do Estonii, gdzie były wolne moce przerobowe, wspaniała ekipa, wybitni scenografowie. Estoński producent wynajął w Kijowie największą w ZSRR halę zdjęciową, wykorzystywaną podczas I wojny światowej do produkcji zeppelinów. W niej powstały dekoracje rakiety kosmicznej… U nas nie byłoby to możliwe”. Znaczna część obsady była radziecka, jak m.in. Vladimir Ivashov oraz, znany ze Stalkera Tarkowskiego, Aleksandr Kaydanowskiy.

Dziełu Piestraka dziś zarzuca się wiele. Przede wszystkim momentami bolą efekty specjalne obrazujące przestrzeń kosmiczną, roje meteorów, statek i Saturn. Narzeka się dziś na tandetne ekrany, kolorowe diody i elektroniczne dźwięki urządzeń w sterówce „Goliatha”, należałoby je jednak potraktować jako oczywiste anachronizmy i skupić się na rzeczywistej wartości filmu – czyli fabule, która, choć nie jest genialna, dobrze oddaje treść opowiadania Lema i jego przesłanie. A na ostateczną obronę tej produkcji niech posłuży nam fakt, że w 1979 Pirx wygrał Złotego Asteroidę na Festiwalu Filmów SF w Trieście, pokonując m.in. Obcego Ridleya Scotta, w zachodniej prasie zaś film Piestraka nazywano „świeżym oddechem po Star Trekach i Gwiezdnych wojnach”.

Lista polskich filmów SF z lat 70:

  1. Sygnały MMXX (1970, reż. Gottfried Kolditz)
  2. Hydrozagadka (1970, reż. Andrzej Kondratiuk)
  3. Poprzez piąty wymiar (1973, reż. Marek T. Nowakowski)
  4. Stacja bezsenność (1973, reż. Piotr Wojciechowski)
  5. Maszyna Trurla (1975, reż. Jerzy Zitzman)
  6. Biohazard (1977, reż. Janusz Kubik)
  7. Odcinek XIII (1978, reż. Józef Gębski)
  8. Test pilota Pirxa (1979, reż. Marek Piestrak)

korekta: Kornelia Farynowska

REKLAMA