Connect with us

Publicystyka filmowa

CZY POLSCY REŻYSERZY ŚNIĄ O FILMACH SCI-FI? (CZĘŚĆ 3)

„CZY POLSCY REŻYSERZY ŚNIĄ O FILMACH SCI-FI? (CZĘŚĆ 3) to nostalgiczna podróż przez polskie kino SF lat 70., pełna inspirujących odniesień.”

Published

on

CZY POLSCY REŻYSERZY ŚNIĄ O FILMACH SCI-FI? (CZĘŚĆ 3)

Autorem artykułu jest Brunon Hawryluk.

Advertisement

Lata 70. polskie kino science fiction za czasów Gierka

Kiedy 20 lipca 1969 roku załoga Apollo 11 wylądowała na Księżycu, Ziemię ogarnęło gwiezdne szaleństwo. To właśnie u schyłku lat sześćdziesiątych Stanley Kubrick, w wyniku współpracy z pisarzem SF, Arthurem C. Clarkiem, nakręcił Odyseję kosmiczną. Kolejne dziesięciolecie przyniosło m.in. Mechaniczną pomarańczę tego samego reżysera oraz pozostałe świetne filmy – Bliskie spotkania trzeciego stopnia, Stalker i parę innych.

Natomiast dla szerszego grona odbiorców były to początki kultowych serii sci-fi – Planeta małp, Gwiezdne wojny George’a Lucasa, Obcy – 8. pasażer Nostromo Ridleya Scotta, a także znany wcześniej z serialu Star Trek oraz mały australijski Mad Max George’a Millera z młodziutkim Melem Gibsonem.

Advertisement

PRZECZYTAJ O POLSKIM KINIE SF

NOWA PRZYGODA I „PÓŁKOWNIKI”

Advertisement

Te wszystkie produkcje (obok filmów z Brucem Lee) na długi czas odprawiły rewolwerowców z Dzikiego Zachodu z kwitkiem, wznosząc hollywoodzkie kino gatunkowe na inny poziom i zabierając nasze wyobraźnie do odległych, niesamowitych światów ze sceneriami i efektami specjalnymi wartymi wiele milionów dolarów. To właśnie wtedy filmy science fiction stały się swoistym El Dorado wielkich wytwórni, które do dziś raczą nas kontynuacjami losów rodziny Skywalkerów i załogi statku Enterprise, wprawiając internety w nieskończone wrzenie, a w dniu premiery osiągając szczyty box office.

Minie pewnie jeszcze wiele, wiele lat, nim kolejne pokolenia fanów przestaną spotykać się na wirtualnej ziemi for internetowych, czy stawać w szranki do walk słownych zakrapianych ognistymi trunkami, by rozstrzygnąć, co jest lepsze – Gwiezdne wojny czy Star Trek, miecz świetlny czy fazer.

Advertisement

Kadr z filmu „Test pilota Pirxa” (1979), reż. Marek Piestrak

Polskie kino sci-fi czasów Gierka, podobnie zresztą jak innych europejskich krajów, nie mogło się w ogóle równać z rozmachem amerykańskich blockbusterów. Powodem oczywiście były pieniądze, a raczej ich brak.

Podczas gdy Hollywood od zarania napędzane było przez wolnorynkową walkę pomiędzy wielkimi wytwórniami o widzów-konsumentów, w pozostałej części świata przyjęło się (i tak jest w znacznej mierze do dziś) traktować kino głównie jako czynnik wzrostu prestiżu państwa i w celach nieco terapeutycznych – „nie jesteśmy gorsi od Amerykanów, też mamy swoje kino, nawet lepsze”.

Advertisement

Nie inaczej było w PRL i innych państwach bloku wschodniego – rozchodziło się głównie o politykę. Partia była w stanie dofinansować każdy niemal film, nieważne jak kosztowny, byle tylko spełniał jeden podstawowy warunek – musiał poprawnie odnosić się do komunistycznego ustroju. Cenzura bezlitośnie zasilała zbiory „półkowników”, często zabierając twórcom wiele lat ciężkiej pracy. Wystarczyło tylko nieodpowiednio ująć coś w słowa, by kazano wyciąć całe sceny, a w razie odmowy zespołów filmowych wstrzymać premierę. Swego rodzaju weteranem w tej dziedzinie był Stanisław Bareja, który po wielu latach zabawy z cenzurą w kotka i myszkę zmarł ostatecznie na zawał serca.

Innym znamiennym przypadkiem są losy filmu Na srebrnym globie (1976-78; dokończony w 1987), zmarłego niedawno Andrzeja Żuławskiego, który, przez władze, kręcono z przerwami ponad dziesięć lat i w zasadzie nigdy go nie skończono (więcej o tym w części 4). Oczywiście, w latach odwilży przechodziło więcej, cenzorzy często przymykali oko, jednak przeważnie jedynym sposobem obnażenia wad systemu było ubranie fabuły w opowieść historyczną bądź fantastyczną, a szczególnie science fiction.

Advertisement

Z ROZMACHEM KU GWIAZDOM

I czego by nie powiedzieć złego o czasach komuny, w okresie postsocrealizmu nasi polscy filmowcy, o ile na to zasłużyli, nie mogli narzekać na hojność sponsora.

Rozmach takich filmów jak Krzyżacy, Faraon czy Potop robił ogromne wrażenie nawet na jankesach. Co z tego, że się na nich potwornie nudzili i ich nie rozumieli? Widok kilkunastotysięcznych, uposażonych armii wydawałby się nie do osiągnięcia dla nikogo spoza sypiącego dolarami Hollywood, a jednak. Za komuny po prostu wystarczyło zdobyć zgodę na przebranie kilku garnizonów stacjonujących radzieckich żołnierzy w średniowieczne fatałaszki i można było swobodnie panoramować kamerą aż po horyzont. W polskich szkołach filmowych dzisiaj opowiada się anegdoty o tym, jak wtedy dla potrzeb filmów dyplomowych studentów reżyserii specjalnie budowano domy i wspaniałe scenografie.

Advertisement

Kino PRL w latach siedemdziesiątych było sztuką wartą zachodu. Miało w końcu wielkie znaczenie dla społecznego morale i stricte propagandowe. Nie zostawało tam jednak dużo miejsca dla filmowców chcących kręcić fantastykę – gatunek podrzędny, bo z pozoru tylko rozrywkowy. Tych, którzy się na to decydowali, było jednak coraz więcej. Wszystko dzięki modzie na kino hollywoodzkie, rosnącej popularności literatów z Lemem na czele oraz postępom nauki.

Przypomnijmy tylko, że na przełomie czerwca i lipca 1978 roku miało miejsce niezwykłe wydarzenie, które było wówczas dla Polaków wstrząsem i wielkim powodem do dumy (i nie mam tu na myśli wyboru Wojtyły na papieża, choć konklawe odbyło się w tym samym roku, ale kilka miesięcy później). Otóż wtedy to właśnie pierwszy raz w historii Polak, Mirosław Hermaszewski, poleciał w kosmos.

Advertisement
Stanisław Lem

Stanisław Lem

NA UBOCZU MORALNEGO NIEPOKOJU

Lem wydaje wówczas świetne opowiadanie Kongres futurologiczny, coraz większą popularnością czytelników cieszy się Janusz A. Zajdel, który w Młodym techniku i Płomyku publikuje kolejne opowiadania o podróżach międzygwiezdnych, pisząc już po cichu pierwsze szkice swoich słynnych dystopii. Do grona polskich pisarzy sci-fi dołączają tacy twórcy jak – Marek Oramus, Wiktor Żwikiewicz, Lech Jęczmyk, Mirosław P. Jabłoński oraz Edmund Wnuk-Lipiński, który pisze Wir pamięci, pierwszą część trylogii Apostezjon, rozpoczynając tym samym, razem z Zajdlem, nurt polskiej fantastyki socjologicznej.

224876157_1024Jednak prawdziwą gwiazdą literatury SF był wtedy filozof i fizyk-samouk, Adam Wiśniewski-Snerg z fenomenalnymi powieściami Robot i Według łotra, twórca m.in. Teorii Nadistot i decentryzmu. Szerszej publiczności jego nazwisko mogło mignąć w wiadomościach przy okazji afery z filmem Matrix, w której oskarżano Wachowskich o plagiat z opowiadania Snerga pt. Anioł przemocy.

Była w nim bowiem scena, w której bohaterka Lucyna budzi się ze snu i orientuje, że jest naga i znajduje się w szklanym pojemniku wypełnionym cieczą. Miły kobiecy głos Mechanizmu przeprasza ją za przerwanie iluzji „filmolosu” i obiecuje naprawić błąd, gdy Lucyna widzi jak „We wszystkich kierunkach przestrzeni poza szybami ciasnych jak trumny prostopadłościanów spoczywały postacie ludzi pogrążonych we śnie”. Czyż nie przypomina to sceny, w której Neo, po zażyciu pigułki, budzi się z Matrixa? Wachowscy jednakże nie zgodzili się z zarzutami, twierdząc, że inspirowali się takimi cyberpunkowymi autorami jak Philip K. Dick, William Gibson czy kultowym anime Ghost in the Shell (polskiego tytułu brak, w oryginale Kôkaku kidôtai).

Advertisement

Cóż, nie nam dziś to rozstrzygać, choć podobieństwo scen jest porażające. Miło jest czasem pomyśleć, że Hollywood zrzyna od naszych fantastów, z drugiej strony trzeba się tu ustrzec pewnego „przesadyzmu”, bo z takim podejściem łatwo można by dojść do wniosku, że wszystkie fantastyczne filmy zza oceanu są plagiatami naszych twórców. Bo u nas, przynajmniej w literaturze, wymyślono niemal wszystko. Ale… jak ponoć mawiał reżyser Na srebrnym globie, Andrzej Żuławski (uwaga): „Wspaniałe pomysły zapierdalają wszędzie dookoła, trzeba je tylko umieć złapać.” Dodam, że niekoniecznie jako pierwszy, ale tak, żeby przekonana o tym była większość widzów.

264657_0001W latach siedemdziesiątych dobrze miał się także polski komiks SF, w 1976 powstało pismo „Relax”, w którym ukazywały się obrazkowe historie rysowane m.in. przez Grzegorza Rosińskiego czy Bogusława Polcha. To właśnie tam opublikowano wkrótce pierwszy zeszyt popularnego na całym świecie Thorgala Rosińskiego. Polch z kolei był autorem rysunków serii Bogowie z kosmosu. Według Ericha von Dänikena, która sprzedała się w dwunastu językach, łącznie w ponad pięciu milionach egzemplarzy.

Wielu czytelników ceniło sobie także serie zapoczątkowane we wcześniejszych dekadach – Tytus, Romek i A’Tomek oraz polski Asteriks i Obeliks, czyli Kajtek i Koko w kosmosie.

Advertisement

W polskim kinie SF w końcu, może nie tak kolorowo, ale również coraz ciekawiej. Dzięki rozwojowi techniki sprzętu filmowego (lżejsze kamery, lepszy dźwięk, światłoczułe taśmy) dużą popularnością cieszy się stylistyka francuskiej Nowej Fali – używanie zbliżeń (transfokatora), ostre cięcia po osi, kręcenie w plenerze. Równocześnie, jakby w kontrze do pozornie rozrywkowego kina SF, od połowy lat siedemdziesiątych powstają w Polsce filmy nazwane później Kinem moralnego niepokoju. Ale to już znana bajka.

Józef Nowak jako As w filmie „Hydrozagadka” (1970), reż. Andrzej Kondratiuk.

Józef Nowak jako As w filmie „Hydrozagadka” (1970), reż. Andrzej Kondratiuk.

NASZ SUPERBOHATER

Reżyser Andrzej Kondratiuk, po udanych debiutach fabularnych i telewizyjnych, w 1970 roku nakręcił może jeden z najgłupszych i jednocześnie najśmieszniejszych, najbardziej kultowych filmów w polskim kinie – Hydrozagadkę. Jej dialogi swego czasu znane były nawet wśród ludzi, którzy tej komedii nie widzieli. Takie teksty jak: „Język złota to jedyne esperanto”, „Ta ryba jest trochę radioaktywna” czy „To alkohol! Największa trucizna!” cytuje się do dziś, choć już nie z takim powodzeniem jak bareizmy.

Advertisement

Głównym bohaterem (dosłownie) jest detektyw Jan Walczak (Józef Nowak), w rzeczywistości superbohater As o nie tak bardzo nadprzyrodzonych mocach, który postanawia rozwikłać zagadkę zniknięcia wody w Warszawie podczas największych upałów. W końcu trop prowadzi do sprawców zamieszania i As musi zmierzyć się demonicznym doktorem Plamą (Zdzisław Maklakiewicz) i Maharadżą Kaburu (Roman Kłosowski).

Cały film jest utrzymany w konwencji groteski, co widać już od samej czołówki, która nie przypomina żadnej innej – zamiast typowych napisów i przewodniej muzyki, pojawia się twarz młodej Igi Cembrzyńskiej, która z wdziękiem i dowcipem, przez prawie cztery minuty, odczytuje nazwiska twórców, podrygując i terkocząc przy tym wydumaną melodię.

Advertisement

Mocne są także akcenty parodystyczne, szczególnie filmów akcji i komiksów o superbohaterach.

Na przykład na początku, gdy Jan Walczak zgadza się rozwiązać Hydrozagadkę i, kryjąc się za przeciwsłonecznymi okularami, prosi o dyskrecję, a zaraz potem widzimy go przylatującego w ciemnym, obcisłym stroju z peleryną, z kompletnie odsłoniętą twarzą i identyczną jasną grzywką. Podobnie kompletnie bezsensowne wydaje się zachowanie Maklakiewicza (dla wielu już na zawsze będącego inżynierem Mamoniem z Rejsu), który na powitanie Maharadży zabiera na lotnisko „karła przebranego za górala, udającego dziecko” i każdemu strażnikowi po drodze oznajmia, że w samolocie „jest wuj tego dziecka”.

Bo w końcu każdy wie, że w tamtych latach pilnowano na lotniskach jak w szpitalach i gdyby nie ten fortel, z pewnością nikt by doktora Plamy nie wpuścił. Z takich właśnie absurdów i suchych żartów składa się duża część tego filmu. I choć klimatycznie może się teraz młodym kojarzyć z „klasykami” internetu w stylu „Wściekłe pięści węża” czy „Sarnie żniwo”, ma jednak swój urok i do dziś, ponad czterdzieści lat po premierze, cieszy się niesłabnącym powodzeniem wśród fanów polskiego kina. I choć nie doczekaliśmy się jeszcze na srebrnym ekranie herosa na miarę Batmana, czy Supermana, to sympatyczny, prosocjalistyczny i zawsze przestrzegający przepisów BHP, As z pewnością był wówczas naszym jedynym, godnym zaufania bohaterem.

Advertisement
Sygnały MMXX

Sygnały MMXX

POLAK ZNÓW W KOSMOSIE

Nasz kolejny ważny lot w kosmos odbył się – podobnie jak w przypadku Milczącej gwiazdy dekadę wcześniej – dzięki koprodukcji z NRD. Tym razem bohaterowie lecą znacznie dalej, bo aż w okolice Jowisza. Akcja filmu rozpoczyna się w połowie XXI wieku. Statek „Ikaros” przepada w tajemniczych okolicznościach, na odsiecz rusza międzynarodowa załoga „Łajki”, która otrzymuje dziwne sygnały, według załogi pochodzące od obcej cywilizacji.

Produkcja, oparta na powieści niemieckiego pisarza Carlosa Rascha pt. Łowcy asteroidów, miała być komunistyczną odpowiedzią na Odyseję kosmiczną Kubricka.

Czy jej się to udało? Cóż, na pochwałę zasługują wszelkie aspekty wizualne – a więc często nieoczywiste kadry, bujająca się i wirująca w przestrzeni kamera, szybki montaż, kostiumy, scenografia Romana Wołyńca oraz efekty. Widok Polaków ubranych w próżniowe skafandry i spacerujących w przestrzeni kosmicznej z pewnością jest wart obejrzenia. Kawał dobrej roboty odwalił również kompozytor, Karl-Ernst Sasse (poza paskudnymi fragmentami na Ziemi).

Advertisement
Sygnały MMXX

Sygnały MMXX

Mimo wszystkich atutów, całość prezentuje się raczej miernie. Mnogość bohaterów początkowo dezorientuje, a powolna, przegadana fabuła skutecznie nudzi, choć jest parę ciekawych momentów z dobrze zbudowanym napięciem. W obsadzie znajdziemy zarówno aktorów niemieckich, polskich, jak i serbskich oraz egipskich. W pamięć zapadają dobrze zagrane role Gojka Miticia, Helmuta Schreibera, Ireny Karel oraz Piotra Pawłowskiego wcielającego się w komendanta statku.

Jednak zbytnio nie obchodzą nas ich losy, akcja wydaje się ciągnąć bohaterów, a nie odwrotnie. Największym zaś nieporozumieniem jest zakończenie – szczęśliwe i co prawda zaskakujące, jednak potwornie naiwne i czyniące oglądane przez cały film wysiłki załogi „Łajki” kompletnie bezsensownymi. Mianowicie (spoiler!) bohaterowie dowiadują się, że otrzymywane wcześniej sygnały tak naprawdę nie pochodzą od żadnej obcej cywilizacji, tylko od zaginionego statku „Ikaros”. To że na samym początku filmu „Ikaros” dostał przed katastrofą podobne sygnały schodzi na dalszy plan, najważniejsze, że Paweł odnalazł swoją Krystynę. Aż ma się ochotę krzyknąć do reżysera, żeby puknął się w łeb, bo zmarnował potencjał na niezły film. I to mimo że nie żyje już od ponad trzydziestu lat.

Stacja bezsenność

Stacja bezsenność

W KRÓTKIM ŚNIE

Kolejny film, Stacja bezsenność, porusza znacznie poważniejsze tony. W tym krótkometrażowym telewizyjnym dramacie w zasadzie nie znajdziemy elementów stricte fantastyczno-naukowych, a jednak wiele osób klasyfikuje go jako sci-fi.

Advertisement

Młody kolejarz, Adam Czerwiec (Edward Kusztal), przychodzi do przyjaciółki z dziecięcych lat. Doktor Weronika (Hanna Stankówna) jednakże go w ogóle nie pamięta, pyta go za to o sny. Czerwiec opowiada jej zmyślony sen i po niedługim czasie zaczyna go nękać pewien hipnotyzer (Marek Walczewski), domagając się ujawnienia prawdziwej treści snu. Kolejarz oczywiście odmawia. W odpowiedzi hipnotyzer sprawia, że Czerwiec nie może zasnąć.

Film z początku może wydawać się nudny, paradoksalnie wręcz usypiający. Gra aktorska jest nieco drętwa i w zasadzie jedynie Marek Walczewski (późniejszy „muz” Piotra Szulkina) potrafi wykrzesać z siebie trochę iskier. Obraz ma w sobie jednak coś osobliwego, dystopijnego. Postaci w jego świecie żyją na pograniczu jawy i snu, w ciągłym zmęczeniu, wiele spośród nich zostało zmanipulowanych przez hipnotyzera, który na spotkaniach każe im ustawiać się w kolejce z kartkami z zapisanymi snami. Jeśli ich treść mu się spodoba, może łaskawie da się komuś przespać i odpocząć, choć na kilka godzin.

Advertisement

Trudno nie zauważyć w tym pomyśle metafory obecnego w PRL systemu kartkowego, który w filmie urasta wręcz do kanibalistycznej symbiozy – hipnotyzer żywi się snami i marzeniami innych ludzi, ci zaś, żeby przeżyć i móc zaznać odpoczynku, muszą się mu podporządkować. Jedyną osobą, która mu się przeciwstawia, jest Czerwiec, zwykły kolejarz, nieco bardziej światły od innych, który ostatecznie, po zniszczeniu hipnotyzera, nie ulega pokusie władzy, mimo że doktor Weronika staje się jego bezwolnym narzędziem.

Józef Nowak i Ryszard Bacciarelli w filmie „Poprzez piąty wymiar” (1973, reż. Marek T. Nowakowski)

Józef Nowak i Ryszard Bacciarelli w filmie „Poprzez piąty wymiar” (1973, reż. Marek T. Nowakowski)

W tym samym roku TVP emituje inny krótkometrażowy film, Poprzez piąty wymiar, na podstawie opowiadania Konrada Fiałkowskiego, znanego pisarza SF i cybernetyka.

Redaktor, Jan Siwiec (Ryszard Bacciarelli, tak, z tych Bacciarellich) otrzymuje telefon od swego przyjaciela, doktora Kopota (Gustaw Holoubek), który zaprasza go do laboratorium na pokaz nowego wynalazku. Kiedy dziennikarz przybywa do instytutu, okazuje się, że został wpuszczony w maliny – portier (w tej roli nasz znajomy As, Józef Nowak) dziwi się, jak Siwiec wszedł do środka, pomimo iż przed chwilą sam go wpuszczał i twierdzi, że doktora Kopota nie ma, bo jest pierwsza w nocy i ten z pewnością śpi. Redaktor, jak typowy twardo stąpający po ziemi człek, nie daje sobie wmówić niepoczytalności i postanawia wyjaśnić całą sytuację.

Advertisement

W obecności portiera dzwoni do doktora, który gani go za żarty o tej porze i radzi się dobrze wyspać. W dalszej części Siwca spotyka parę innych dziwnych sytuacji, m.in. kiedy widzi siebie śpiącego we własnym łóżku i krok po kroku wszystko staje się jasne – przypadkiem został królikiem doświadczalnym i podróżnikiem w czasie, ku niezadowoleniu ludzi z przyszłości.

Film w dość zabawny sposób pokazuje reakcję człowieka na niecodzienne wydarzenia. Ryszard Bacciarelli, jako sceptyczny redaktor, wywiązał się ze swego zadania znakomicie. Ludzie z przyszłości, których później spotyka (Leon Niemczyk i Włodzimierz Nowakowski), fundują mu krótki wykład z dylatacji czasu i „paradoksu dziadka”, a na przykładzie metafory z drzewem, interesująco wtajemniczają go w ideę podróży poprzez piąty wymiar – „Wyobraź sobie, że idziesz ścieżką wśród pól. Wyobraź sobie jeszcze, że nie potrafisz spojrzeć za siebie, choćbyś nie wiem jak chciał. Przy tej ścieżce rośnie drzewo. Gdy zbliżasz się do niego, po prostu widzisz je – ono istnieje. Lecz gdy je wyminiesz, przestaje dla ciebie istnieć. Bo nie potrafisz się obrócić”.

Advertisement
Leszek Herdegen w filmie „Biohazard” (1977), reż. Janusz Kubik

Leszek Herdegen w filmie „Biohazard” (1977), reż. Janusz Kubik

BIOHAZARD

Janusz Kubik, znany wcześniej choćby z krótkiego metrażu o UFO Gdzie jesteś, Luizo?, nakręcił w 1977 roku Biohazard. Podobnie jak Nowakowski, wykorzystał do tego opowiadanie Konrada Fiałkowskiego. Film nie ma oczywiście niczego wspólnego z japońską serią gier o tym samym tytule i opartymi na niej horrorami o apokalipsie zombie Resident Evil. Choćby dlatego, że powstał od nich o wiele wcześniej. Nie ma w nim też, jak należałoby przypuszczać z angielskiej semantyki tytułu, żadnych odpadów, ani zanieczyszczeń biologicznych.

Na stronie filmpolski.pl możemy znaleźć taki oto opis filmu:

Advertisement

„Były szef Instytutu Naukowego – profesor Molnar, przybywa ponownie do Instytutu, aby poddać się kuracji w związku z chorobą serca. Jego dawny asystent, a obecnie szef Instytutu – Egberg, prowadzi badania, z których Molnar kiedyś się wycofał ze względu na możliwość przekroczenia dopuszczalnej, jego zdaniem, granicy ingerencji w strukturę człowieka. Molnar zostaje ubezwłasnowolniony i kiedy budzi się po operacji – odkrywa przerażającą prawdę: ma własny mózg, lecz powłokę cielesną Egberga”.

Biohazard

Biohazard

Ostatnie zdanie jest w zasadzie końcówką filmu i wtedy też robi się najciekawiej. Przez większość czasu profesor Molnar próbuje rozwikłać tajemnicę Egberga, co jest dość nużące. Mimo wszystko film ten jest jednym z najbardziej interesujących przedstawień „transferowania umysłów”, nie tylko w Polsce. Poza oczywistymi tematami poświęcenia dla nauki i moralnymi, mocno porusza zagubienie umierającego człowieka, który budzi się w nowym, młodym ciele i ostatecznie nie do końca umie zaadaptować się do nowego życia. Stąd też jest to tytuł godny polecenia, podobnie zresztą jak cała twórczość literacka Fiałkowskiego, po którą w przyszłości sięgnie może jeszcze niejeden polski filmowiec. Kadr z filmu „Test pilota Pirxa” (1979), reż. Marek Piestrak

 

Advertisement

KONKURENT OBCEGO

Pod koniec lat siedemdziesiątych w gatunku science fiction spróbował swoich sił także Marek Piestrak, niesłusznie nazywany polskim Edem Woodem oraz królem kina klasy B.

W rzeczywistości był jednym z pierwszych naszych twórców, którzy odważyli się robić filmy rozrywkowe, inspirowane zachodnimi produkcjami i gdyby nie on, polskie kino przygodowe, grozy, ale i SF byłoby dużo skromniejsze. Wystarczy wspomnieć jego najsłynniejsze dzieła, które gromadziły w kinach oraz przed telewizorami ogromne rzesze widzów: Śledztwo – kryminał na podstawie jedynej detektywistycznej powieści Lema, horror Wilczyca oraz nieco mniej udana kontynuacja Powrót wilczycy, a także kultowa Klątwa doliny węży (o której będzie w części 4) i rzecz jasna Test pilota Pirxa, półtoragodzinny film SF na podstawie opowiadania Rozprawa Stanisława Lema.

Advertisement

Za opisem dystrybutora filmu: Koncerny elektroniczne rozpoczynają produkcję androidów zwanych „nieliniowcami skończonymi”. Przypominają one do złudzenia człowieka, a jednocześnie są od niego doskonalsze. Roboty mają m. in. zastąpić ludzi w żegludze kosmicznej. Perspektywa zwielokrotnienia produkcji „nieliniowców” wzbudza niepokój UNESCO, która inicjuje próbny rejs kosmiczny.

Test Pilota Pirxa

Test Pilota Pirxa

Tutaj rozpoczyna się przygoda komandora Pirxa (Sergei Desnitsky), który obejmuje dowództwo statku kosmicznego „Goliath”. Oficjalnym celem misji jest lot do Saturna i umieszczenie sondy obserwacyjnej w Szczelinie Cassiniego. Tak naprawdę jednak chodzi o sprawdzenie załogi w części złożonej ze zwykłych ludzi, a w części z robotów.

Pirx nie wie, kto jest kim, i musi zdemaskować ukrytego androida oraz ocenić jego użyteczność. Jednak krótko po starcie statku wszystko się zaczyna wikłać – członkowie załogi zaczynają na siebie donosić, niektórzy podpowiadają, kto może być ukrytym robotem, niektórzy sami twierdzą, że nie są ludźmi. Rodzi się specyficzna gra pozorów, w której każdy jest podejrzany, wszyscy zaczynają przypominać roboty, a Pirx razem z widzem stopniowo rozwiązuje zagadkę.

Advertisement

Film powstał dzięki koprodukcji radzieckiej. Jak po latach wspomina reżyser: „Scenariusz bardzo się spodobał, ale okazało się, że nie możemy kręcić w Polsce, gdyż nie było u nas żadnego wydziału zdjęć specjalnych, techniki niezbędnej dla kina SF. Rosjanie skierowali nas do Estonii, gdzie były wolne moce przerobowe, wspaniała ekipa, wybitni scenografowie. Estoński producent wynajął w Kijowie największą w ZSRR halę zdjęciową, wykorzystywaną podczas I wojny światowej do produkcji zeppelinów. W niej powstały dekoracje rakiety kosmicznej… U nas nie byłoby to możliwe”. Znaczna część obsady była radziecka, jak m. in. Vladimir Ivashov oraz, znany ze Stalkera Tarkowskiego, Aleksandr Kaydanowskiy.

Dziełu Piestraka dziś zarzuca się wiele. Przede wszystkim momentami bolą efekty specjalne obrazujące przestrzeń kosmiczną, roje meteorów, statek i Saturn. Narzeka się dziś na tandetne ekrany, kolorowe diody i elektroniczne dźwięki urządzeń w sterówce „Goliatha”, należałoby je jednak potraktować jako oczywiste anachronizmy i skupić się na rzeczywistej wartości filmu – czyli fabule, która, choć nie jest genialna, dobrze oddaje treść opowiadania Lema i jego przesłanie. A na ostateczną obronę tej produkcji niech posłuży nam fakt, że w 1979 Pirx wygrał Złotego Asteroidę na Festiwalu Filmów SF w Trieście, pokonując m. in. Obcego Ridleya Scotta, w zachodniej prasie zaś film Piestraka nazywano „świeżym oddechem po Star Trekach i Gwiezdnych wojnach”.

Advertisement

Lista polskich filmów SF z lat 70:

  1. Sygnały MMXX (1970, reż. Gottfried Kolditz)
  2. Hydrozagadka (1970, reż. Andrzej Kondratiuk)
  3. Poprzez piąty wymiar (1973, reż. Marek T. Nowakowski)
  4. Stacja bezsenność (1973, reż. Piotr Wojciechowski)
  5. Maszyna Trurla (1975, reż. Jerzy Zitzman)
  6. Biohazard (1977, reż. Janusz Kubik)
  7. Odcinek XIII (1978, reż. Józef Gębski)
  8. Test pilota Pirxa (1979, reż. Marek Piestrak)

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *