Fantastyczny cykl

WODNY ŚWIAT. Jakże piękna katastrofa

Jedna z najgłośniejszych klap w historii kina nie zasłużyła sobie na potępienie.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Dokąd płyniesz Odyseuszu?

Tym, co moim zdaniem przemawia za wyjątkowością science fiction, jest to, że bez względu na absurdalność przedstawionej wizji zawsze istnieje cień szansy, że może być ona prorocza. W latach 90. pewnie niewielu brało stanowiący podstawę Wodnego świata pomysł na poważnie. Jego niedorzeczność była aż nadto dostrzegalna, z czym twórcy się raczej nie kryli. Dziś jednak, po prawie dwudziestu pięciu latach od premiery filmu Kevina Reynoldsa, głośne zadawanie pytania o to, czy nasz świat czeka zagłada za sprawą globalnego ocieplenia oraz wynikającego z niego topnienia lodowców lub też z powodu innej ekokatastrofy, wcale nie jest już takie głupie.

Nas może to co prawda nie dotyczyć, ale co z pokoleniem naszych dzieci, wnuków, prawnuków? Jak długo jeszcze kinowa postapokalipsa będzie nas bawić, kiedy nastąpi moment, w którym zaczniemy traktować jej przesłania poważnie? Jak można wywnioskować z tego, co dają nam do zrozumienia bohaterowie Wodnego świata, wydarzenia, w których biorą udział, rozgrywają się w bardzo odległej, trudnej do sprecyzowania przyszłości. Cywilizacja lądu została już zapomniana i określona mianem starożytnej. Ludzie żyją na wodzie już tak długo, że zapomnieli, jak to jest, gdy nic nie buja, zapomnieli, czym jest suchy ląd – pojęcie to przeszło do sfery legend. Co niektórzy zdołali nawet wyewoluować i zyskać zdolność oddychania oraz sprawnego poruszania się pod wodą.

Jedną z takich osób jest główny bohater naszej opowieści.

Kim jest Żeglarz? To swoisty nadczłowiek. To też, podobnie jak Max Rockatansky, typowy egoista przyszłości. Osobnik w pełni skoncentrowany na swej sile i zaradności, widzący w sobie, swych umiejętnościach i swej niezłomności jedyną szansę na przetrwanie. To outsider żyjący na uboczu społeczeństwa, który dawno zapomniał, czym jest więź, a zwłaszcza więź z kobietą. Nieznający wartości miłości i przyjaźni. To osobnik, w którym wszystko się zmienia w momencie, gdy poznaje małą dziewczynkę. Bijący od niej blask rozświetla bowiem w końcu mroki jego duszy.

Wodny świat to jeden z tych filmów science fiction, które darzę szczerym uwielbieniem. To także jeden z tych filmów science fiction, którego finansowej klapy nigdy nie mogłem pojąć, podobnie jak nie mogłem nigdy zrozumieć przypisywanej mu rzekomej bezwartościowości. Jakże dobrze było zapoznawać się z dziełem Reynoldsa w czasach wolności odbioru, wolności interpretacyjnej. Dziś, zanim film na dobre pojawi się w kinach, już można się dowiedzieć, jak wiele milionów producenci są przez niego stratni, jak bardzo okazał się kiepski itp. I to wszystko za sprawą przedpremierowych recenzji (a raczej ich sumy, z której średnią wyrażoną w procentach wyciąga pewien „pomidorowy” serwis), będących z natury rzeczą całkowicie normalną, ale często przyczyniających się do trwałego etykietowania obrazów.

O ile łatwiej było kinomanom w latach 90., kiedy bez dostępu do internetu chwytało się to, co wydawało się atrakcyjne, i po prostu się to oglądało. A film o utopionym pod wodą świecie z Kevinem Costnerem w roli głównej wyglądał atrakcyjnie jak cholera!

Dopiero po latach zaczęły mnie dochodzić słuchy o rozmiarach finansowej porażki, za którą studio Universal musiało wziąć odpowiedzialność. Przy w owym czasie niebotycznym budżecie 175 milionów amerykańskich dolarów film zdołał zarobić jedynie ok. 265 milionów dolarów, co jest wynikiem mocno niezadowalającym, gdy weźmie się pod uwagę, że widowisko tego rozmiaru winno przynajmniej zarobić dwukrotność kwoty wyjściowej. Trudno mi jednak powiedzieć, co mogło się widowni nie spodobać i co ostatecznie stało się drzazgą w oku krytyków. Być może problem polega na tym, że ulegli oni niesprzyjającej aurze towarzyszącej widowisku. W negatywnych recenzjach przewijają się bowiem jedynie slogany wytykające obrazowi scenariuszową głupotę oraz brak możliwości emocjonalnego zaangażowania się w losy postaci.

Wspomina się też, że obraz katastrofy, który twórcy chcieli ukazać, wpłynął na proces tworzenia. Należy uwzględnić również takie trudności realizacyjne jak nieustanne przepisywanie scenariusza, przedłużanie zdjęć kręconych w wybitnie trudnych warunkach oraz niełatwe relacje z Kevinem Costnerem, borykającym się w tamtym czasie z problemami natury prywatnej. Trudno jednak ostatecznie stwierdzić, ile z tych trudności jest prawdą, a ile wymysłem prasy, która systematycznie robiła produkcji negatywny PR. Być może strzałem w stopę było dla twórców reklamowanie Wodnego świata jako najdroższego filmu w historii kina, co – choć było faktem – z automatu zwiększało oczekiwania tak krytyków, jak widzów.

Może i jestem naiwny, może za bardzo kojarzę Wodny świat z dawnymi emocjami, przez co – kierując się sentymentem – nie umiem patrzeć na niego w pełni krytycznie. Nie zmienia to faktu, że gdy oglądam ten film teraz, po latach, wciąż działa na mnie tak samo mocno. To nieco szalone, nietuzinkowe, a już na pewno odważne Kino Nowej Przygody nieustannie zachwyca mnie niebywałą wręcz widowiskowością. Akcja jest wartka, ma dobry rytm, są momenty uderzenia, są też momenty zastoju, wszystko w odpowiednich proporcjach. Świat przedstawiony – jego charakter, plastyka, styl, głębia (jakkolwiek dosłownie to brzmi) – będący najważniejszym elementem składowym tej historii to rzecz ze wszech miar fascynująca. Pobudza wyobraźnię i zachęca do refleksji tak nad autodestrukcyjnym charakterem ludzkości, jak nad niebywałym znaczeniem wody – czy to w świecie, czy w naszej małej codzienności. Miarą wyjątkowości oprawy wizualnej są też efekty specjalne. Warto dodać, że Wodny świat to jeden z ostatnich przypadków zastosowania praktycznego FX na tak szeroką skalę.

Główna postać od początku do końca intryguje swą tajemniczością, a także bijącymi od niej chłodem i szorstkością. Żeglarz w wykonaniu będącego wówczas u szczytu popularności Kevina Costnera to raczej przykład antybohatera, gdyż jego motywacji daleko do tej, która mogłaby stanowić wzór do naśladowania. Nie jest on jednak jeszcze tak zepsuty jak jego adwersarz, brawurowo zagrany przez Dennisa Hoppera. Mam wrażenie, że ta niezwykle charyzmatyczna kreacja nie została należycie doceniona i zwykle ginie wśród innych występów tego wybitnego aktora. Wodny świat to także dwa aktorskie przebłyski, które znacząco umilają seans. Mowa o naturalności Jeanne Tripplehorn, aktorki, która zdołała pokazać się z dobrej strony, po czym zniknęła w mrokach zapomnienia, oraz o błyskotliwości Tiny Majorino, młodej aktorki, którą spotkał podobny los, gdyż dziś kojarzona jest bardziej ze swymi dziecięcymi występami.

To, czego nie widać, być może da się usłyszeć.

Wodny świat po latach potrafi nadal zaskakiwać. Był świeży i nowatorski w 1995 i pozostał taki do dziś. Przynajmniej w moich oczach. To, czego nie widać, być może da się usłyszeć. Bo jeśli ktoś zraził się kostiumami czy scenografią, które choć budują niesamowity klimat, to na upartego mogą być obśmiewane za udawanie realizmu, jeśli podczas żeglowania z bohaterem przez bezkres wody ktoś nie poczuł atmosfery fantastycznej przygody, to powinien przynajmniej przyznać, że jeden element Wodnego świata działa bez zarzutu i trudno podważyć jego mistrzostwo. To muzyka Jamesa Newtona Howarda, która wespół z obrazem działa na korzyść filmu bardziej niż tysiące moich słów, wyrażając prawdziwą magię kina. Dajcie się ponieść, dajcie się przekonać.

Ostatnio dodane