Artykuł

NOWY FRANCUSKI EKSTREMIZM. Teatr okrucieństwa, droga przez mękę…

Autor: Mariusz Czernic
opublikowano

Nowy Francuski Ekstremizm (New French Extremism) to termin wymyślony przez krytyka Jamesa Quandta po to, aby wrzucić do jednego wora transgresywne, ultrabrutalne filmy, czerpiące pomysły z amerykańskich slasherów, Cronenbergowskich body horrorów i innych, równie paskudnych, ale mających swój specyficzny urok, straszaków.

Kino grozy we Francji nie ma tak bogatej tradycji jak w USA, Wielkiej Brytanii czy we Włoszech, ale istnieje grupa szczególnie wartościowych pozycji, które w ciekawy sposób ukazują mroczną granicę oddzielającą życie od śmierci, gdzie generuje się strach. Do klasyki kina zaliczane są pełne niepokoju Widmo (1955) Henriego-Georges’a Clouzota i Oczy bez twarzy (1960) Georges’a Franju. W następnym szeregu można umieścić kwintesencje kiczu, takie jak wampiryczny, sensualny spektakl Rogera Vadima …i umrzeć z rozkoszy (1960), a tuż za nim twórczość Jeana Rollina, autora takich obrazów jak Winogrona śmierci (1978) i Fascination (1979).

Wymienione produkcje nie tworzą spójnego nurtu, a niewielka liczba francuskich filmów grozy tylko potwierdza, że gatunek nie cieszył się w kraju dużym powodzeniem. Brakowało także twórców potrafiących umiejętnie korzystać z chwytów wywołujących strach i niepokój. O pełnokrwistym francuskim horrorze zaczęto mówić dopiero w XXI wieku, a stało się to za sprawą serii ekstremalnie brutalnych filmów o przemocy wkraczającej w życie przeciętnych obywateli. Można się dziwić, dlaczego w kraju nad Sekwaną tak późno zauważono ogromny potencjał tkwiący w krwawych horrorach. Historia Francji pisana była krwią – od rzezi hugenotów przez działalność seryjnych morderców, takich jak Gilles de Rais, Henri Désiré Landru, Marcel Petiot, a kończąc na życiu markiza de Sade’a, od którego wywodzi się termin „sadyzm”.

Kadr z filmu "Blady strach" (2003)

Na początku nowego milenium wkroczyła do kinematografii grupa francuskich filmowców, których celem było przetestowanie ludzkiej wytrzymałości na filmową przemoc. Oparte na technice szokowej historie miały odbiorcę nie tyle przestraszyć, ile raczej wytrącić z równowagi, zirytować, zostawić z uczuciem wstrętu. Wszystko to bez udziału pierwiastka niesamowitości, ale za pomocą bardzo przyziemnych fabuł o zwykłych ludziach, którzy skłonność do czynienia zła mają wpisaną w swoją naturę. Takie filmy mają swoje źródło w Teatrze Okrucieństwa Antonina Artauda. Za czołowego reprezentanta ekstremalnego kina uchodzi tworzący we Francji Argentyńczyk Gaspar Noé. Już pełnometrażowy debiut, Sam przeciw wszystkim (1998), to dzieło specyficzne, dalekie od gatunkowych schematów i denerwujące w wyrafinowany sposób. Twórczość Noé to materiał na osobny artykuł, bo to filmowiec niedający się łatwo zaszufladkować. Podobnie można rzec o Brunonie Dumoncie, twórcy równie wieloznacznym, wywołującym tyle samo zachwytów, co wyrazów dezaprobaty.

Bardziej konwencjonalne, bliższe rasowemu kinu grozy, produkcje też nie zawsze trzymały się sztywno reguł gatunku. Nierzadko pod płaszczykiem kiczu i makabry można było znaleźć ambitne, choć niekoniecznie odkrywcze, treści. Pierwszym istotnym przykładem tego typu kina jest Baby Blood (1990) Alaina Robaka, który w formie horroru gore opowiada o macierzyństwie i strachu przed tym, czym może stać się w przyszłości istota noszona pod sercem matki przez dziewięć miesięcy. W tej historii ważny jest element nadprzyrodzony, zazwyczaj unikany w gatunku – kobieta rozmawia ze swoim płodem, opętanym przez krwiożercze stworzenie, i zmuszona jest szukać dla niego ofiar. Do ważniejszych pozycji nurtu zaliczany jest również Głód miłości (2001) w reżyserii Claire Denis. Mamy tutaj do czynienia z bardzo stonowaną, nieśpieszną grozą psychologiczną, oszczędną zarówno w formie jak i treści. Autorka opowiada o pożądaniu, ale czyni to, pozbawiając historię żarliwego, sensualnego klimatu i ukazując przeraźliwy chłód, bezgraniczny smutek oraz niekończącą się apatię niczym w krainie zmarłych.

To, co odróżnia tę pozycję od innych, to niezwykle przewrotny twist fabularny, który kieruje intrygę w nieoczekiwaną stronę.

Filmem, który doskonale definiuje francuską ekstremę, jest Blady strach (2003). Opowieść o dwóch przyjaciółkach, które w zacisznej wiejskiej posiadłości zamierzają przygotowywać się do egzaminów. Ale zamiast tego czeka je egzamin z survivalu zafundowany przez tajemniczego mordercę. To, co odróżnia tę pozycję od innych, to niezwykle przewrotny twist fabularny, który kieruje intrygę w nieoczekiwaną stronę. Reżyser Alexandre Aja nie dbał o zasady prawdopodobieństwa, wychodząc z założenia, że zła nie da się jednoznacznie zdefiniować. Nie ma ono konkretnej twarzy, jest tylko maską, którą każdy może założyć. To produkcja doskonała technicznie, klimat zagrożenia wyczuwalny jest na każdym kroku, a poziom napięcia nie słabnie do ostatniej minuty. Dobre rzemiosło umożliwiło reżyserowi karierę za granicą i już kilka lat później Alexandre Aja stanął za kamerą horroru Wzgórza mają oczy (2006), remake’u obrazu Wesa Cravena.

Twórcą, który poszedł krok dalej w przedstawieniu zwichrowanej ludzkiej psychiki, jest Belg Fabrice Du Welz. W Kalwarii (2004) zestawił obok siebie dwóch mężczyzn, a ich relację poprowadził w mroczne rejony. Sprawcą nieszczęścia okazuje się pokrętny umysł, gdzie żyją bolesne wspomnienia i destrukcyjne żądze. Próby wydostania się z okowów umysłu przypominają Mękę Pańską, do czego zresztą nawiązuje tytuł. Niezwykła barowa scena tańca przybliża film w stronę groteski, ale ma głównie na celu podtrzymać uczucie niepokoju. Jak powiedział jeden z zagranicznych krytyków, ten film jest jak jazda we mgle – do końca nie masz pewności, gdzie się znajdujesz i co cię czeka.

Ostatnio dodane