Nowości kinowe

GHOSTLAND. Nie ma nic gorszego niż człowiek

Kiedy już się wydawało, że poruszającymi horrorami są dzisiaj tylko te z zacięciem artystycznym, Laugier niespodziewanie sięgnął w przeszłość i stworzył na jej bazie wybitne kino grozy.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Głośne miejsce

Ghostland instynktownie wrzuciłem do jednego wora z większością współczesnych horrorów nieprzejawiających arthouse’owego zacięcia. Na szczęście nie miałem racji, a pisząc te słowa, wciąż czuję dreszcze na skórze.

Niestety nie mogę napisać, dlaczego Pascal Laugier (autor Martyrs. Skazani na strach) nakręcił jeden z najciekawszych horrorów tego stulecia. Nie mogę, bo nawet ogólnikowe przybliżenie wydarzeń rozgrywających się mniej więcej po kwadransie zrujnowałoby seans. W scenariuszu nie ma wątków niepotrzebnych, nie ma dłużyzn, a jeżeli już pojawiają się gatunkowe klisze, to tylko jako zasłona, za którą spodziewamy się ujrzeć zabiegi doskonale znane z dziesiątek innych filmów, ale za każdym jednym razem wpadamy w sidła reżyserskiej rozgrywki. Historia jest świetnie rozplanowana, sceny sztywno ze sobą zazębione i kiedy już chwyci się przynętę, nawet napisy końcowe nie przynoszą ulgi.

Fabuła stanowi o wielkości Ghostland. Nie ma tu ukrytych treści społeczno-politycznych, jak na przykład w Uciekaj!, nie ma oryginalnego pomysłu na świat przedstawiony, jak w Cichym miejscu, i nie ma kameralnego, artystycznego nastroju, jak w To przychodzi po zmroku. Laugier sympatyzuje ze slasherowymi klasykami, a szczególnie z Teksańską masakrą piłą mechaniczną i okazuje się, że można do tej konwencji powrócić, opowiedzieć przy jej użyciu świeżą, fascynującą historię bez puszczania oczka do widza, bez nawiązań do lat 80. czy też innych zabiegów wysyłających komunikat: “Wiemy, że wiecie, skąd to wszystko wyciągnęliśmy, ale dzięki temu bilateralnemu, niememu porozumieniu nie grozi nam zarzut odtwórczości”.

Żaden duch czy zombie nigdy nie wzbudzi tak wielkiego strachu, jak obraz ludzkiego okrucieństwa. W dodatku jest to okrucieństwo nieprzerysowane na wzór Piły czy Srpskiego filmu i nie sposób pozbyć się wyobrażeń o tym, jak sami zachowalibyśmy się w podobnej sytuacji.

Z początku akcja zdaje się zmierzać ku historii o nawiedzonym domu, chwilę później wyraźniejsza staje się sugestia, jakoby czekało nas “home invasion”, a po kilku kolejnych minutach można podejrzewać dziwaczne połączenie obydwu. Wygląda to równie nieprawdopodobnie, co misterny plan barona Zemo w Wojnie bohaterów, ale reżyser (a jednocześnie scenarzysta) rozgrywa widzów niczym wprawiony szachista. Wielu twórców albo nie potrafi, albo nie chce obrać punktu widzenia publiczności (w konsekwencji powstają takie koszmarki, jak Rings albo Ouija), ale tym razem mamy do czynienia z kimś, kto zapewne sam wytykałby filmowi nieścisłości, brak logiki, niepotrzebne jump scare’y i całą resztę repertuaru narzekań typowego dla anonimowych “recenzentów”. W efekcie niemal za każdym razem, gdy wydawało mi się, że rozwiązałem kolejny fabularny banał zgodnie z kluczem, co rusz okazywało się, że byłem w błędzie… Chciałbym podać konkretne przykłady, ale mniejszą szkodliwością byłoby wyjawienie, kto umiera w Wojnie bez granic. Zdradzę tylko tyle, że w całej historii horroru policja chyba nigdy nie była równie skuteczna.

Przekroczona została także granica, która według niepisanego kanonu była nieprzekraczalna. Kobietom w horrorach można tu i ówdzie nałożyć kilka sztucznych rozcięć, przybrudzić je krwią, poszarpać ubrania, ale zazwyczaj na tym koniec. Nawet po najbrutalniejszych zmaganiach z zamaskowanymi świrami powinny emanować seksapilem. Powinny, ale Laugier ma to gdzieś. “Home invasion” w jego wykonaniu pomija grę wstępną z wyłączaniem prądu, pukaniem do drzwi i tym podobnymi. Natychmiast do boju zostaje wysłany potężnie zbudowany Rob Archer – prawie dwa metry wzrostu, sto trzydzieści kilo wagi – który zmiata drobne nastolatki niczym wykolejony pociąg uderzający w pasażerów wyczekujących na peronie. Emilia Jones i Taylor Hickson nie wychodzą z tego nierównego starcia z zaledwie delikatnie rozciętymi wargami. Ich twarze są opuchnięte, posiniaczone, potwornie zmasakrowane i jest w tym realizmie coś przerażającego. Żaden duch czy zombie nigdy nie wzbudzi tak wielkiego strachu, jak obraz ludzkiego okrucieństwa. W dodatku jest to okrucieństwo nieprzerysowane na wzór Piły czy Srpskiego filmu i nie sposób pozbyć się wyobrażeń o tym, jak sami zachowalibyśmy się w podobnej sytuacji.

Ilość i realizm przemocy ukazanej przez Laugiera dla części widzów mogą okazać się trudne do zniesienia, ale przecież horror ma nie tylko bawić radosną piosenką z lat 80. odgrywaną gdzieś w tle czy kosmitą o wymyślnych właściwościach stworzonym w całości na komputerze.

Praca na ekranie była zresztą do tego stopnia intensywna, że Hickson po nieudanej scenie z rozbijaną szybą trafiła do szpitala, gdzie założono jej na twarzy siedemdziesiąt szwów. Oczywiście producenci zostaną pociągnięci do odpowiedzialności, ale już pojawiają się teorie spiskowe mówiące o klątwie, czego dowodem ma być plakat, na którym widnieje kobieta z pociętą twarzą…

Już znaleźli się tacy, którzy przekonują, że Ghostland to promocja nienawiści wymierzonej w kobiety. Niektórzy snują nawet domysły, jakoby reżyser projektował w ten sposób własne, obrzydliwe żądzę na filmowe postacie, ale czy w takim razie Dzieci kukurydzy promują nienawiść do dzieci, a Kryjówka Białego Węża nienawiść do mężczyzn? Można też zapytać inaczej – czy istnieją zatem horrory, które nie promują nienawiści do kobiet? Podejrzewam jednak, że kobiety odgrywające pięć z siedmiu kluczowych ról w tym filmie miały pełną świadomość, na co się piszą, a biadolenie nad ich losem to uwłaczanie inteligencji każdej z nich.

Ilość i realizm przemocy ukazanej przez Laugiera dla części widzów mogą okazać się trudne do zniesienia, ale przecież horror ma nie tylko bawić radosną piosenką z lat 80. odgrywaną gdzieś w tle czy kosmitą o wymyślnych właściwościach stworzonym w całości na komputerze. Słowo “horror” w dosłownym tłumaczeniu z łaciny oznacza “przerażenie” i przy całym zalewie świetnych tytułów, które ukazały się w ostatnich dwóch-trzech latach, żaden inny nie zawierał tak dużej dawki swojego pierwotnego znaczenia.

Ostatnio dodane