search
REKLAMA
Artykuł

7 powodów, dla których KRWAWY SPORT to NAJLEPSZY film kopany WSZECH CZASÓW

Rafał Donica

12 stycznia 2021

REKLAMA

2. OBSZERNA GALERIA BARWNYCH POSTACI

Crème de la crème filmu, czyli kolorowa, zróżnicowana pod względem koloru skóry, gabarytów i szybkości galeria wojowników biorących udział w Kumite. Wojowników reprezentujących różnorodne style walki i pochodzących z różnych zakątków świata. Producenci filmu chcieli, aby większość z fighterów biorących udział w Kumite była prawdziwymi ekspertami w swoich dziedzinach. Paulo Tocha, który gra zawodnika muay thai Paco, był prawdziwym mistrzem muay thai, a Michel Qissi, grający kickboxera Suana Paredesa (któremu Chong Li złamał nogę), był przyjacielem Van Damme’a, z którym trenował w tym samym dojo karate shōtōkan w Belgii (rok później stanęli naprzeciwko siebie w Kickboxerze).

Jedynym zawodnikiem w filmie, który nie reprezentował żadnego rozpoznawalnego stylu, był… Ray Jackson, który machając łapami jak cepem i stosując taktykę szukania jednego nokautującego trafienia, wyjątkowym fartem dotarł w turnieju do pojedynku z Chongiem Li. Ciekawostką pozostaje fakt, że spośród kilkunastu zawodników występujących w filmie zaledwie czterech z nich (Jackson, Dux, Hossein i Chong Li) miało kwestie dialogowe. Istotnie, jeśli sięgniemy pamięcią, sztuczka z monetą obyła się bez słów, podobnie jak monolog na migi w wykonaniu jednego z przeciwników Duxa, który chciał naszemu protagoniście poderżnąć gardło i zgnieść jądra. Reasumując, w kwestii różnorodnych umiejętności i charakterystyki zawodników Krwawy sport jawi się nie tylko jako ojciec chrzestny takich gier komputerowych jak Mortal Kombat (na bohaterze Van Damme’a oparto ponoć sylwetkę Johnny’ego Cage’a) czy Street Fighter, ale też zapowiedź formuły MMA, która dziś święci tryumfy, spychając w cień klasyczny boks.

No i wreszcie on, cały na biało – Frank Dux, czyli Jean-Claude Van Damme w życiowej formie! Pozwólcie, że ekspresowo przybliżę sylwetkę aktora (za Wikipedią): Jean-Claude Camille François Van Varenberg urodził się w 1960 roku w Berchem-Sainte-Agathe, dzielnicy Brukseli, jako jedyny syn mającego żydowskie korzenie Eugene’a Van Varenberga i Eliany Van Varenberg. Mając 11 lat, zaczął trenować wschodnie sztuki walki i kulturystykę; jego ojciec zapisał go do szkoły shōtōkan, gdzie Van Damme zdobył czarny pas. W latach 1976–82 stoczył kilkadziesiąt walk karate (głównie w formułach light i semi contact). W 1979 roku był członkiem belgijskiej reprezentacji, która zdobyła w Brukseli drużynowe mistrzostwo Europy EKU w formule semi contact. W okresie tym stoczył też kilkanaście wygranych walk w kick-boxingu w formule full contact. W wieku 16 lat rozpoczął pięcioletnie studia baletowe, po których zaproponowano mu wstąpienie do zespołu baletowego. Ofertę jednak odrzucił. Jako 18-latek trenował w California Gym w Brukseli. W 1981 roku wyjechał do Los Angeles. Mówił wtedy tylko po francusku i flamandzku. Początkowo pracował dorywczo jako kierowca limuzyny, taksówkarz, barman, ochroniarz i doręczyciel pizzy. W międzyczasie uczył się poprawnej wymowy języka angielskiego.

W 1983 roku pod pseudonimem Jean-Claude Van Damme znalazł się na planie dreszczowca Cujo, jednak ostatecznie zdjęcia z jego udziałem zostały wycięte. Rok później jako Jean-Claude Vandam pojawił się w 48-minutowej niezależnej komedii o homoseksualistach Monako na zawsze (Monaco Forever, 1984) jako czarny charakter, gej karateka, następnie we francuskim dramacie Ulica barbarzyńców (Rue barbare, 1984) i komedii muzycznej Breakdance (Breakin, 1984) z udziałem Ice-T. Był także koordynatorem kaskaderów w wojennym filmie akcji Zaginiony w akcji (Missing in Action, 1984) z Chuckiem Norrisem.

Przełomową rolą, którą Van Damme dostał po wspomnianej autoprezentacji przed Menahemem Golanem, była rosyjska maszyna do walki: Ivan Kraschinsky w Bez odwrotu z 1986 roku. Ale dopiero wykreowany przez niego w roku 1988 szlachetny i nieskazitelny wojownik z zasadami Frank Dux, kierujący się honorem i naukami swojego mistrza, wyniósł Van Damme’a na szczyty popularności. Takiej postaci nie dało się z miejsca nie polubić i jej nie kibicować. Oglądanie wszystkich walk (czy też walek, jak mawiał jeden z przydupasów Kapitana Bomby) z udziałem Van Damme’a w Bloodsport, które cechowała gracja ruchów, baletowa elegancja, dynamika, szybkość i widowiskowość ciosów, ze słynnym szpagatem (o którym w osobnym akapicie) jako wizytówką, to nawet dziś czysta przyjemność.

3. NAJLEPSZY FINAŁOWY BOSS

Gimby nie znajo, chciałoby się powiedzieć, bo prawdopodobnie nikt urodzony w latach 90. i później nie zrozumie, jak bardzo czarnym charakterem był dla nas, ówczesnych gówniaków, reprezentujący na turnieju Koreę Południową zabójczy Chong Li. Każde pojawienie się antagonisty na ekranie przyprawiało nas o szybsze bicie serca, a gdy złowrogo poruszał piersią, drżały nam nogi. Chong Li miotał przeciwnikami jak szatan, łamał im kości, dusił na śmierć, a gdy czuł, że przegrywa, nie cofnął się przed podstępnym sypnięciem w oczy Duxa proszkiem oślepiającym. Nawet gdy wypowiadał słynny tekst (spapugowany od Bruce’a Lee), że „cegła nie oddaje”, wzbudzał postrach i respekt. Chong Li to dla mnie najlepszy, najgroźniejszy i najbardziej wyrazisty antagonista w historii kina kopanego.

Pod względem umiejętności siania lęku i paniki wśród przeciwników i widzów może się z nim równać jedynie kopiący gołą nogą w betonowe filary Tong Po z powstałego rok później Kickboxera. W rolę Chonga Li, co to się Duxowi nie kłaniał, wcielił się weteran kina spod znaku martial arts (przed występem w Krwawym sporcie jego filmografia liczyła już blisko sto tytułów!), urodzony w Chinach 42-letni Bolo Yeung, mający na swoim koncie zaliczony wpierdol od samego Bruce’a Lee w Wejściu smoka (errata: wpierdol dostał od Johna Saxona, Bruce się tylko przyglądał – dziękuję czytelnikom za czujność). Postać przerażającego i nieznającego litości wojownika z Krwawego sportu wykreował tak wiarygodnie, że nawet dziś, gdy patrzę na wspólne fotografie uśmiechniętych Van Damme’a i Bolo Yeunga po latach, zastanawiam się, jakim cudem ci dwaj zaciekli wrogowie pozują razem do zdjęcia, nie skacząc sobie do gardeł.

4. NAJLEPSZY SOUNDTRACK

No dobra, przyznaję, że obiektywnie rzecz biorąc najsłynniejszym soundtrackiem ever z filmów kopanych pozostaje zapewne ten z Mortal Kombat, choć swój sukces zawdzięcza głównie kozackiemu motywowi przewodniemu. Subiektywnie jednak rzecz biorąc, zdecydowanie bardziej cenię kompozycję Paula Hertzoga do Krwawego sportu. Znakomity soundtrack, którego równie dobrze słucha się w połączeniu z obrazem i w oderwaniu od filmu, skomponował Paul Hertzog. Ten bardzo tajemniczy muzyk, który poza stworzeniem w rok później ścieżki dźwiękowej do Kickboxera i Breathing Fire w roku 1991 (również kino kopane, tym razem z Bolo Yeungiem w roli głównej), nie kontynuował kariery kompozytora filmowego. Podobno porzucił współpracę z Hollywood przez różnice artystyczne, albowiem muzyka elektroniczna tak charakterystyczna dla lat 80. w latach 90. zaczęła odchodzić do lamusa. Na czym polega wielkość i jakość soundtracku do Bloodsport, wizytówki Paula Hertzoga?

Utwory idealnie odzwierciedlają dramaturgię i tonację energetyczną poszczególnych walk, tempem i dynamiką dopasowując się do ich przebiegu. Gdy na ring wkracza taki Chong Li, muzyka staje się wolniejsza, cięższa i agresywna, żebyśmy czuli jeszcze większy respekt przed tym bezlitosnym bydlakiem. Gdy dominują lżejsi wagowo i zwinniejsi zawodnicy, muzyka znacznie przyspiesza. A gdy walczy Frank Dux, ilustracja muzyczna staje się żywsza i pogodniejsza, podkreślając sprawność fizyczną i szybkość Duxa oraz uzupełniając muzycznie finezyjny sposób walki naszego protagonisty. Utwory skomponowane przez Paula Hertzoga oraz trzy napisane specjalnie do filmu piosenki to muzyczna kwintesencja lat 80. Pełno tu elektronicznych brzmień, przeplatanych zgrabnie muzycznymi wpływami Dalekiego Wschodu.

Jak pisze Dominik Chomiczewski z portalu FilmMusic.pl: Partyturę Hertzoga można określić, być może niezbyt precyzyjnie, jako mieszankę synth-popu, rock-popu i new age’u, do tego wspartą nieodzownymi orientalizmami. Już pierwszy utwór score’u, Kumite, gromadzi te elementy, dając nam pobieżny obraz reszty albumu. Subtelne syntezatory są tutaj wtórem dla partii rozpisanych na guzheng, czyli 18- lub 21-strunowy instrument, nazywany niekiedy potocznie chińską harfą. Następnie ustępują one miejsca iście „moroderowskiemu” rytmowi, na którym będzie bazować ilustracja niemałej części scen akcji. W początkowych ścieżkach Amerykanin dorzuca do niego etniczne flety, ale z czasem staje się on rytmicznym fundamentem dla tematu przewodniego. Pełny soundtrack znajdziecie na YouTube, polecam odsłuchać całość. Dla nowicjuszy urodzonych niedawno może to być ciekawe muzyczne odkrycie (bo muza mimo 30 lat na karku brzmi zadziwiająco nowocześnie), a dla staruchów jak ja – wzruszający muzyczny powrót do przeszłości.

5. ZNAKOMITA STRONA REALIZACYJNA

We współczesnym kinie to już norma, że kamera śmiga między walczącymi, wykonując różne esy-floresy i filmując bitkę pod kątami, o których istnieniu nie słyszeliśmy nawet na zajęciach z geometrii. Jednakowoż w latach 80. filmy, nie tylko kopane, kręcone były po bożemu i tak samo potem klejone na stole montażowym. Kino akcji zrewolucjonizował wówczas James Cameron, tnąc swojego Terminatora z takim zacięciem jak kucharz mięso tasakiem w chińskiej knajpie. Zerknijcie sobie tylko, jak dynamicznie pocięta jest scena w Tech Noir, gdy Kyle Reese ładuje w T-800 kilka kul z shotguna. Z podobnym nerwem zmontowany został Bloodsport (a dwa lata wcześniej walki w Bez odwrotu – z koncertowym popisem Van Damme’a).

Eleganckie, że je tak określę, i przemyślane zdjęcia, z pietyzmem ukazujące wszystkie ciosy (połączone w całość z kapitalną muzyką), dopełniają spektakularnego wizerunku filmu, który może rościć sobie prawo do najładniej sfotografowanego przedstawiciela kina kopanego. W Krwawym sporcie znajdziemy też sporo ujęć w zwolnionym tempie, zawsze użytym w odpowiednim miejscu i czasie. Scena, w której oślepiony Frank Dux w slow motion wykrzykuje swoje gorzkie żale do całego świata, że nie widzi Chonga Li, to małe arcydzieło filmowej ekspresji, choć niektórzy się z tej kapitalnej, rozsadzającej ekran sceny nabijają. A niesłusznie.

Rafał Donica

Rafał Donica

Od chwili obejrzenia "Łowcy androidów” pasjonat kina (uwielbia "Akirę”, "Drive”, "Ucieczkę z Nowego Jorku", "Północ, północny zachód", i niedocenioną "Nienawistną ósemkę”). Wielbiciel Szekspira, Lema i literatury rosyjskiej (Bułhakow, Tołstoj i Dostojewski ponad wszystko). Ukończył studia w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie na kierunku realizacji filmowo-telewizyjnej. Autor książki "Frankenstein 100 lat w kinie". Założyciel, i w latach 1999 – 2012 redaktor naczelny portalu FILM.ORG.PL. Współpracownik miesięczników CINEMA oraz FILM, publikował w Newsweek Polska, CKM i kwartalniku LŚNIENIE. Od 2016 roku zawodowo zajmuje się fotografią reportażową.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA