Publicystyka filmowa
5 najlepszych ról EWANA MCGREGORA. Klątwa Obi-Wana
EWAN MCGREGOR, znany z roli Obi-Wana, dostarcza niezapomnianych kreacji w filmach. Odkryj, jak klątwa gwiazdy kształtuje popkulturę!
To wyrażenie „KLĄTWA” jest oczywiście stwierdzeniem trochę na wyrost, powiedzmy, że takim zaczepnym puszczenie oka do wszystkich tych, którzy do tej pory uważali, że części Gwiezdnych wojen od 1 do 3 są kompletnym zdeptaniem artystycznym „pierwotnej” sagi. Aż nastały czasy Disneya i trzeba było zweryfikować swój osąd. Co do samego Obi-Wana zaś, a dokładnie obsadzonego w jego roli Ewana McGregora, jest on nieodłączną już częścią gwiezdnej sagi, cokolwiek by mówili skłonni do krytykanctwa miłośnicy jego tzw. niefantastycznych kreacji. Owszem, było ich sporo, jednak nie scaliły się tak dobrze z ogólnie dostępną każdemu medialną popkulturą, no, może za wyjątkiem Rentona z Trainspotting. W jego przypadku jednak wolałbym mówić o kultowości, a nie popkulturalnej furorze.
Obi-Wan Kenobi, Gwiezdne wojny (część 1–3), reż. George Lucas
Klątwa w tym sensie, że Ewan McGregor przebił Aleca Guinnessa w popularności aktorów znanych z Gwiezdnych wojen i postawił komercyjną kropkę nad i w swojej karierze, podobnie zresztą jak nieżyjący już Alan Rickman rolą Severusa Snape’a. Obydwaj udowodnili, że udział w mainstreamowych produkcjach wcale nie oznacza zrobienia czegoś aktorsko gorszego, co będą potem im wytykać zawiedzeni fani. Romans z Gwiezdnymi wojnami Aleca Guinnessa trwał zbyt krótko, żeby widzowie mogli się w głębszym sensie z nim utożsamić, a przecież postać Obi Wana jest tak ważna dla całej historii i rodu Jedi. Na szczęście George Lucas, ten niepokorny fantasta, zdecydował się tchnąć w Kenobiego nowe życie i pokazać go od momentu, gdy terminował jako padawan u Qui-Gon Jinna, aż do momentu, gdy boleśnie naznaczył Anakina Skywalkera, a właściwie w pewnym sensie pomógł uczynić ze swojego obiecującego ucznia Dartha Vadera.
Po pierwszej części sagi nie spodziewałem się, że Ewan McGregor tak dobrze osadzi się w stylu życia Jedi. Najpierw wydawał się taki nieopierzony, wręcz niegotowy do poważnych zadań w uniwersum GW, lecz z czasem swoją determinacją udowodnił, że mimo wieku potrafi być podobnie dostojnym i wyważonym aktorem, co Alec Guinness. Nie bał się wysiłku fizycznego ani walk mieczem świetlnym, w przeciwieństwie do Guinnessa. Posiadając charakterystyczny głos, górował artystycznie nad Haydenem Christensenem umiejętnością odgrywania trudnych, wieloznacznych emocji.
Teraz, po wielu latach, gdy po 50-tce znów powrócił do roli Obi-Wana, nareszcie będzie mógł dopełnić historię mistrza Jedi i scalić się z mocą jak Guinness, z tym że grono jego wielbicieli będzie o wiele szersze, jeśli chodzi o wiek.
Renton, Trainspotting (1996), reż. Danny Boyle
Ewan McGregor może być dumny, że posiada w swoim portfolio kreację Rentona.
Przy czym nie zamierzam po raz kolejny rozpływać się nad kunsztem jego gry aktorskiej, a tym bardziej analizować sceny, gdy musiał wejść w ścisłą interakcję z wybrudzoną kałem muszlą klozetową. Była mocna, ohydna oraz dehumanizująca – i to powszechnie wiadomo. Gdy piszę o dumie McGregora, mam tym razem na myśli to, że ogląda się go w tym świecie narkomanów i zapomina, że to film fabularny, grany przez aktorów, którzy przecież na takim dnie nigdy nie byli, a zwłaszcza McGregor. Mogli sobie jedynie wyobrażać, jak to jest żyć w społeczności narkomanów, gdzie wyrwanie się z objęć nałogu nie oznacza jedynie walki ze sobą, z własnym uzależnieniem, tylko wejście w konflikt z całym otoczeniem, które funkcjonuje na zasadzie ciekawie wykształcającej się równowagi, mimo że każdy element systemu działa na granicy życia i śmierci.
Duma McGregora z roli Rentona może mieć zatem uzasadnienie w znaczeniu Trainspotting w uświadamianiu, na czym problem narkomanii polega w sensie znacznie ogólniejszym niż dociekania natury psychologicznej, ograniczonej do osobistego problemu ćpającego. On w swoim ćpaniu nie jest sam – jest częścią siatki, rządzącej się wieloma zasadami, które trzeba wpierw złamać, nim się wyjdzie na wolność. Założę się, że wielu z nas, widząc na ulicy narkomana, omijała go z daleka, jakby bała się, że coś od nas będzie chciał albo coś nam zrobi.
Reakcja całkiem zrozumiała i nie namawiam do innej. Warto jednak pomyśleć o tym, że ci ludzie funkcjonują w paradoksalnie dla nas poukładanych społecznościach, a ich walka z nałogiem często oznacza utratę domu, gdyż innego nie mają. Ludzie biedni, którzy ćpają i chcą się wyrwać z nałogu, są na zupełnie innym biegunie możliwości niż ci z wyższych klas społecznych, mimo że tych drugich nałóg często sprowadza dokładnie do tych samym narkomańskich komun co tych pierwszych. Tak więc Ewan McGregor wraz z Dannym Boyle’em stworzyli bolesny obraz niesprawiedliwego świata, w którym nikomu nie zależy, żeby narkomanów było mniej.
Młody Ed Bloom, Duża ryba (2003), reż. Tim Burton
Niektórzy złośliwi twierdzą, że to ostatni wielki film Tima Burtona.
Zapominają np. o Wielkich oczach czy Charliem i fabryce czekolady. Faktem jest jednak, że Duża ryba to jedno z większych dokonań Burtona na polu działalności filmowej.
McLeoda z Dannym Kaye’em w roli głównej czy też Bill Murray jako Steve Zissou. Od tamtych postaci czuć teatralną pozą, jakimś przeformalizowanym, hiperrealistycznym humorem, który na dłuższą metę przestaje śmieszyć, tylko pozostawia w głowie niepokojące zażenowanie. Ed Bloom zaś jest bliski nam, swojski, trochę jak Danny Boon w Bazylu Jeana-Pierre’a Jeuneta. McGregor nie stosuje żadnych karkołomnych trików zawodowych. Stara się zaprezentować głównego bohatera jako postać pełną życia, czerpiącą ze świata to, co najlepsze.
I chociaż w filmie doświadczymy wielu wzruszeń i może stwierdzimy, że Ed Bloom nie był dobrym ojcem, to jednak na końcu być może zrozumiemy, że przy swojej osobowości zrobił wszystko, co umiał, żeby przeżyć życie i sobie ze sobą jakoś poradzić.
Lincoln Sześć-Echo, Wyspa (2005), reż. Michael Bay
Technicznie Wyspie daleko do perfekcji, ale to dobrze, jeśli film wyszedł akurat spod ręki Michaela Baya. Widać, że gdzieś między Armageddonem a Transformersami reżyser zechciał nareszcie nieco odpocząć od patosu w stylu zapatrzonej w swój patriotyzm Ameryki.
Nakręcił ciekawy, dystopijny obraz o sytuacji, która być może czeka nas w przyszłości na szerszą skalę, a na pewno w nieco innym sensie zdarzała się np. na Bałkanach, gdzie działały i wciąż działają mafie trudniące się nielegalnym zdobywaniem organów dla zasobnych pacjentów. Czy ktoś zauważy, gdy ubędzie kilkoro biednych dzieci lub młodych ludzi żyjących w biedzie? Inną sprawą jest to, że wielu z nich dobrowolnie decyduje się sprzedawać nerki za marne pieniądze. Handel organami kwitnie. Wykorzystanie tematu nielegalnych transplantacji w filmie Wyspa zostało posunięte oczywiście do znacznie bardziej zdehumanizowanych rozmiarów.
Ewan McGregor musiał poradzić sobie z podwójną rolą kopii zapasowej i jej właściciela, nie do końca zdającego sobie sprawę z konsekwencji takiej produkcji i hodowania ludzi. Główna trudność dla aktora polegała na zagraniu w jednej fabule dwóch kompletnie różnych bohaterów, a jednocześnie pod względem biologicznym identycznych. Różnice między nimi musiały być dla widza dostrzegalne na pierwszy rzut oka. Mało tego, przez chwilę jeden i drugi bohater zdawali się bliscy sobie jak bracia.
Być może wizualna forma Wyspy mogłaby estetycznie wyglądać lepiej, jednak odegrane przez McGregora stopniowe dojrzewanie Lincolna do wolności i emocjonalna konfrontacja z Tomem Lincolnem przyćmiewa wszelkie rzemieślnicze niedoskonałości.
Dan Torrance, Doktor Sen (2019), reż. Mike Flanagan
Zwykle obawiam się ekranizacji powieści, zwłaszcza pisarzy, których dobrze znam i jestem z nimi związany emocjonalnie. Stephen King jest jednym z nich. Pisze wielowątkowo, z podtekstami, z charakterystyczną aluzyjnością, którą wręcz niemożliwe jest zawrzeć w filmie, budując nawet najbardziej wymyślnie skonstruowany klimat fabuły.
Jedynym ratunkiem, żeby wybrnąć z tego adaptacyjnego ambarasu, jest podejść do książek Kinga kreatywnie i w pewnym sensie wybiórczo. Rzecz jasna nie tak, jak np. zrobił to Nikolaj Arcel w Mrocznej wieży. Nie o aż taką szkicowość mi chodziło. Bardziej o przetworzenie wymyślonych przez Kinga elementów historii i osadzenie ich w niekoniecznie podobnym, lecz – co ważne – zmodyfikowanym na potrzeby sztuki filmowej kontekście. Ta arcytrudna sztuka udała się Stanleyowi Kubrickowi w Lśnieniu. Co prawda King nie był z takiej interpretacji zadowolony, jednak fakty są takie, że do historii kina przeszło dzieło Kubricka, a nie sygnowana przez pisarza późniejsza miniserialowa adaptacja powieści. Po Doktorze Sen Mike’a Flanagana nie ma sensu spodziewać się podobnie ikonicznego miejsca w historii kina, jednak twórcom udało się nakręcić wciągającą, straszną i niepozbawioną głębszej refleksji fabułę. Ewan McGregor miał wielkiego przeciwnika w postaci Jacka Nicholsona, filmowego ojca z Lśnienia, Jacka Torrance’a. McGregor zagrał jego syna, Dana, tak przecież niegdyś doświadczonego przez duchy hotelu Panorama. Dorosły Dan musiał jeszcze raz skonfrontować się ze swoją przeszłością, nietypowymi zdolnościami oraz kultem nieśmiertelnych.
Przyznaję, Jack Nicholson nie został aż tak bardzo z tyłu. Dopiero po latach na tle innych aktorów widać jakość jego wejścia w rolę Jacka Torrance’a. McGregor aż tak głęboko nie potrafił ukazać swojej szalonej nietypowości. Nie wciągnął widza w szaleństwo. Nie sprawił, że sam jeden jest w stanie spowodować u widza pojawienie się gęsiej skórki. Musiał korzystać z pomocy innych aktorów. Mimo wszystko całość jego roli i filmu warta jest uwagi i powinna uchodzić za jedną z lepszych adaptacji prozy Stephena Kinga. Zasługa w tym również McGregora, chociaż nie perfekcyjna, której spodziewałbym się od aktora zdolnego zagrać np. Marka Rentona w Trainspotting.
Sprawdźcie też wybór Dawida Konieczki – KLIK.
