Publicystyka filmowa
Filmy z ostatniej DEKADY, które powinny stać się KLASYKAMI
Które filmy z ostatniej dekady zasługują na miano współczesnych klasyków?
Ostatnia dekada w światowym kinie przyniosła nam mnóstwo nowych obiecujących aktorów młodego pokolenia, a także dziesiątki tytułów filmowych, które całkowicie zrewolucjonizowały postrzeganie współczesnej sztuki filmowej. Nie sposób w zaledwie jednym rankingu pomieścić wszystkich wyjątkowych produkcji, które zachwyciły koneserów na całym świecie – od największych i najdroższych blockbusterów, po refleksyjne niezależne produkcje. Postaram się jednak przekonać was do kilku tytułów, które reprezentują sobą wyjątkową gatunkową różnorodność, jaka z upływem czasu może zapewnić im miano prawdziwych klasyków. W dzisiejszym zestawieniu prezentuję zatem 8 tytułów z lat 2014–2024, które mają ogromną szansę stać się klasykami współczesnego kina, do których będziemy wracać niejednokrotnie.
„Babilon” (2022), reż. Damien Chazelle
Po seansie Babilonu widzowie dzielą się na zaledwie dwie kategorie: tych, którzy film Damiena Chazelle’a pokochali bez reszty, oraz tych, którzy do reszty go nienawidzą. Ja zdecydowanie zaliczam się do tej pierwszej grupy, która od początku do końca, od pamiętnej 8-minutowej sceny otwarcia, pełnej dzikiej, niepohamowanej energii i dekadenckiej ekstrawagancji, po pojedynek z jadowitym wężem i wyśmienitą sekwencję z Tobeyem Maguirem uważa Babilon za arcydzieło. Chazelle wykracza poza ramy swoich poprzednich, znacznie bardziej stonowanych, produkcji i nie zwalnia tempa choćby na chwilę.
W Babilonie wszystko jest pompatyczne, epickie, składające wzruszający hołd dla filmów lat 20. i wszystkich tych, których kariery drastycznie przecięła transformacja do kina dźwiękowego. Margot Robbie jest zachwycająca, podobnie jak partnerujący jej Diego Calva i Brad Pitt, a Justin Hurwitz ze swoim soundtrackiem zdobywa wszelkie możliwe muzyczne szczyty. Sama Robbie wspominała, że za 20 lat możemy o Babilonie myśleć podobnie jak o Skazanych na Shawshank, którzy – choć trudno w to dziś uwierzyć – nie cieszyli się nadmiernym uznaniem krytyków. Cóż, mam ogromną nadzieję, że i w tym przypadku do miana prawdziwego klasyka współczesnego kina Babilon musi się nieco postarzeć.
„Midsommar. W biały dzień” (2019), reż. Ari Aster
Hipnotyzujący, psychodeliczny, dziwaczny i zachwycający jednocześnie. Ari Aster w Midsommar dla A24 porywa nas w niepokojącą podróż do odizolowanej szwedzkiej wioski, której mieszkańcy co kilkadziesiąt lat obchodzą tajemniczy, pełen makabrycznych elementów rytuał. Pierwsza tak ważna rola przypadła Florence Pugh w horrorze, który z pewnością zapisze się w historii tego gatunku. Aster przeraża i szokuje bez zbędnego rozlewu krwi, z początku arkadyjską, malowniczą, wolną od problemów współczesnego świata wioskę minuta po minucie zamieniając w prawdziwe piekło. W Midsommar to właśnie próba ucieczki od rzeczywistości, żałoby po stracie i nieszczęśliwego związku staje się dla Dani prawdziwą lekcją przetrwania: piękno natury, barwne stroje i niewinne uśmiechy apatycznych członków społeczności skrywają pod sobą mrok i niesłychaną zwierzęcą rządzę. Midsommar to prawdopodobnie najbardziej nowatorski i nieoczywisty horror XXI wieku i wprost nie wyobrażam sobie, że miałby w najbliższym czasie tę pozycję utracić.
„1917” (2019), reż. Sam Mendes
Realia I wojny światowej ukazane w naturalistycznej, nowatorskiej, niemal jednoujęciowej formie z zachowaniem zasady trzech jedności. Zapierające dech w piersiach zdjęcia mistrza Rogera Deakinsa, epicki soundtrack Thomasa Newmana, detalicznie dopracowana, kompletna historia, opowiedziana w iście mitologicznym tonie… Choć w 2019 roku Sam Mendes przegrał na gali rozdania Oscarów w starciu z Bongiem Joon-ho, stworzył unikatowy na miarę naszych czasów portret zagubionego pośród wojennych zgliszczy, zostawionego samemu sobie żołnierza, który wraz z niepokojącym dźwiękiem tykającego zegara przechodzi przez piekło okopów.
Sztuką 1917 jest nie tylko poruszające rozliczenie z krzywdą, jaką niesie ze sobą wojna, czy dramatyczny talent George’a MacKaya i Deana-Charlesa Chapmana, ale i absolutnie widowiskowy pokaz gry świateł i mistrzowska scenografia, w najmniejszych szczegółach oddająca surową, obskurną rzeczywistość wojny. 1917 to wizualne i storytellingowe arcydzieło, które zapamiętamy na naprawdę długo.
„Przesilenie zimowe” (2023), reż. Alexander Payne
Zjawiskowe odkrycie zeszłorocznych Oscarów – film zrealizowany w duchu kina lat 60. i 70. ze znakomitymi kreacjami aktorskimi Paula Giamattiego, Da’Vine Joy Randolph (która za swoją drugoplanową rolę otrzymała zresztą Oscara) oraz debiutującego na wielkim ekranie Dominica Sessy, wschodzącej gwiazdy młodego pokolenia, która już niedługo pojawi się w trzeciej części serii Iluzja. Przesilenie zimowe mylnie postrzegane jest jako typowy świąteczny feel-good movie; fabuła nie bez przyczyny osadzona jest oczywiście w okresie bożonarodzeniowym, jednak dzieło Alexandra Payne’a to coś znacznie głębszego i poruszającego od niewymagających świątecznych komedii.
Znajdziemy tu motyw samotności, odrzucenia czy żałoby, okraszony jednak konkretną dawką błyskotliwego humoru, a wyjątkowa relacja między zagubionym Angusem i jego ekscentrycznym profesorem przywraca wiarę w magię i wciąż istotną rolę tzw. cichego, autorskiego kina. Głęboko wierzę w to, że Przesilenie zimowe zestarzeje się niczym dobre wino i po latach będziemy je wspominać jako TEN kultowy debiut, który stał się dla młodego Sessy kluczem do długiej i pięknej kariery.
„Wolny strzelec” (2014), reż. Dan Gilroy
Wolny strzelec to bez wątpienia życiówka Jake’a Gyllenhaala. Ten niepokojący i prowokacyjny tytuł, na przykładzie postaci Lou Blooma – drobnego złodziejaszka, który swoje życiowe powołanie odnajduje w dokumentowaniu ludzkich tragedii zgodnie z zasadą „im więcej krwi, tym lepiej”, poddaje skrupulatnej analizie kondycję społeczeństwa współczesnej Ameryki i bezduszną pogoń za sensacją. Ewolucja Blooma jest doprawdy imponująca: z przeciętnego zjadacza chleba łapiącego się wszelakich zleceń, byleby tylko mieć za co żyć, staje się manipulującym, psychotycznym indywidualistą, którego kluczem do kariery jest nieszczęście drugiego człowieka.
Wolny strzelec to pesymistyczna, mroczna wizja świata pozbawionego hamulców i bazującego na najbardziej prymitywnych instynktach. Jake Gyllenhaal całkowicie zatraca się w szaleństwie swojego bohatera, przyprawiając widza o ciarki i nieustanne zaszokowanie.
„Blue Jay” (2016), reż. Alex Lehmann
Jeżeli poszukujecie minimalistycznego, autorskiego, emocjonalnego i niewyeksploatowanego wciąż tytułu, Blue Jay w reżyserii Alexa Lehmanna powinien spełnić wasze oczekiwania. Film utrzymany w nostalgicznym klimacie noir opowiada nam z pozoru zwykły, osadzony w szarej, niezmiennej od lat rzeczywistości dzień z życia Jima – faceta nieśmiałego i mimo dojrzałego wieku wciąż nie do końca umiejącego się odnaleźć w otaczającym go świecie. Podczas jednej z bardziej prozaicznych codziennych czynności – szybkiej wizyty w supermarkecie – Jim niespodziewanie wpada na Amandę, licealną miłość, z którą niegdyś wyobrażał sobie wspaniałą przyszłość.
Byli kochankowie, zaszokowani tym, że los podarował im jeszcze jedną szansę, porzucają wszystkie plany i obowiązki, by choć przez kilka ulotnych godzin znów poczuć się młodymi, niesfornymi i szalenie w sobie zakochanymi. Sarah Paulson i Mark Duplass, dysponujący zaledwie zarysami scenariusza (większość dialogów to bowiem wynik ich znakomitej improwizacji) dostarczają nam całe spektrum wzruszeń, poruszają najgłębiej skryte poczucie tęsknoty i sprawiają, iż niemal przez cały seans przejdziemy wraz z nimi z twarzą aż bolącą od uśmiechu. Chemia, na jakiej budują swoją przepiękną relację, ma niezwykłą zdolność przenikania wprost do serca widza. Blue Jay to urocze, bezpretensjonalne, słodko-gorzkie kino, którego uczuciowa szczerość dobitnie wami wstrząśnie.
„Zimna wojna” (2018), reż. Paweł Pawlikowski
W dzisiejszym rankingu nie mogło zabraknąć także i polskiego akcentu, a tak się składa, że Zimna Wojna Pawła Pawlikowskiego to duma nie tylko na arenie państwowej, ale dzieło, które skradło serca odbiorców na całym świecie, określane mianem jednej z najpiękniejszych historii miłosnych kina niezależnego ostatnich lat. Wzorowana na burzliwej relacji rodziców reżysera opowieść jest gorzkim powrotem do zimnej, bladej, pozbawionej perspektyw Polski okresu głębokiego stalinizmu, w której nasi bohaterowie niespodziewanie odkrywają własne przeznaczenie – siebie nawzajem. Zjawiskowa Zula Joanny Kulig i wcale nie mniej zachwycający neurotyczny Wiktor wykreowany przez Tomasza Kota przyciągnęli wzrok całego świata, a Kulig udział w Zimnej wojnie zapewnił kolejne międzynarodowe projekty, jak serial The Eddy czy Miłość bez ostrzeżenia.
Bardziej niż do laureatki Oscara Idy, która otworzyła Pawlikowskiemu drogę do Hollywood, za jakiś czas sentymentalnie powracać będziemy właśnie do wyjątkowo osobistej, zanurzonej w miłości do muzyki jazzowej Zimnej wojny. A przy odrobinie szczęścia dla Joanny Kulig rola Zuli może okazać się początkiem pięknej światowej kariery.
„Mudbound” (2017), reż. Dee Rees
Rodziny McAllanów i Jacksonów mieszkają w tym samym gospodarstwie, pragną tej samej wolności od hitlerowskiej propagandy, a jednak gdy przychodzi do kwestii segregacji rasowej, pomimo rozwoju w świadomości zachodniego społeczeństwa, południe Stanów Zjednoczonych pozostaje niezmienne, skąpane w wielopokoleniowym rasizmie i wykluczeniu. Mudbound na podstawie powieści Hillary Jordan opowiada z pozoru nieskomplikowaną historię o rywalizacji między braćmi o tę samą kobietę (niestrudzoną Laurę, w którą wcieliła się bezbłędna Carey Mulligan), trudach życia na farmie, ale i buduje iście uniwersalny przekaz o prześladującej Amerykę nietolerancji rasowej, jaka silniej oddziałuje w Missisipi niż w powojennych Niemczech.
Film Dee Rees to dzieło kompletne, pozbawione fałszu i upiększania. I choć momentami reżyserka balansuje na granicy moralizatorstwa, to edukacja i nawet nieco przedobrzony finałowy akt wydają się jej głównym celem od samego początku. Ta opowieść ma sprawić, że poczujemy się skrępowani, poddani próbie i świadomi zła, które nigdy nie powinno się wydarzyć. Mudbound jest absolutnie wyjątkowy, choć dziś jeszcze niewystarczająco doceniany.
