Publicystyka filmowa
STRACH ma ZAMKNIĘTE oczy. HORRORY, na których PRZYSYPIAM
STRACH MA ZAMKNIĘTE OCZY to zabawna podróż przez horrory, które nie porwały widza na tyle, by obudził go strach.
Jednym z założeń twórcy horroru jest doprowadzenie widza do stanu, w którym nie może zasnąć po seansie. Ostatecznie jednak dobrze jest, gdy odbiorca obejrzy cały film opatulony kocem, drżąc z przerażenia. Nieźle, gdy kilka razy trochę się zaniepokoi lub przestraszy. Kiepsko, gdy widza film w ogóle nie obejdzie – obejrzy go raczej z obowiązku albo niechęci do nieukończenia zaczętego seansu. Najgorzej jednak jest wtedy, kiedy widz zaśnie w trakcie horroru.
Przez ostatnie dwadzieścia lat z przeżytych trzydziestu nie zdarzyła mi się pusta noc po horrorze. Z dzieciństwa mgliście pamiętam przerażenie E.T. (naprawdę, atmosfera tego filmu dla sześcioletniego mnie była po prostu zbyt gęsta) i garścią innych rzeczy, ale chyba najbliższy rasowemu horrorowi było W mgnieniu oka z Rutgerem Hauerem. Fanem gatunku – ale bardzo specyficznym fanem – stałem się dopiero jakiś rok temu. Nadrabiam zaległe klasyki i oceniam je przez pryzmat soczewki własnego oka. Jeśli jest ona przykryta powieką – to znaczy, że horror był nijaki. Jeśli pozostawała odsłonięta przez większość seansu – zaliczam film na plus.
A tutaj podaję horrory, na których przysnąłem. (Wszystkie filmy dokończyłem.)
Koszmar z ulicy Wiązów

Przespała najlepszy moment!
Numer jeden na liście – film, którego fenomenu nie potrafię w żaden sposób zrozumieć. Może nigdy nie miałem porządnego koszmaru, może jestem pozbawiony wrażliwości, a może wszyscy wokół za bardzo przeżywają postać Freddy’ego Kruegera. Zdaję sobie sprawę, że Wes Craven uznawany jest za mistrza horroru, który dwukrotnie zmienił oblicze tego gatunku – w tym pierwszy raz właśnie za pomocą Koszmaru. Ba, uwielbiam jego kolejny „przełom”, czyli Krzyk, genialnie punktujący schematy tego typu kina, jednocześnie będąc niemal szablonowym przykładem tego, czego jest pastiszem.
Cenię również techniczną wprawę Cravena i wizualną wyobraźnię, która w Koszmarze powołała do ekranowego życia kilkanaście świetnie wykonanych ujęć. Razi mnie jednak sztuczność, która chwilami bije z ekranu – i nie tylko ta dotycząca rekwizytów czy inscenizacji (jak przedostatnie ujęcie dmuchanej lalki wciąganej przez drzwi), ale sztuczność… prawdziwości. Koszmar przenika tu do rzeczywistości, ale ta rzeczywistość jest koszmarnie nieprawdziwa. Skrótowe rozwiązania narracyjne, sztucznie brzmiące dialogi, sztuczne emocje, bohaterowie. W rezultacie w połowie seansu film uśpił moją czujność, bo nie brałem na poważnie niczego, co dzieje się na ekranie.
Przymknąłem oko raz i drugi, a na sequele lub powtórkę nie mam na razie ochoty.
Zanim się obudzę

Czy ja śnię? A nie, zaraz, ja gram w horrorze.
Tytuł – idealny! Przespałem chyba dwadzieścia minut, a film oglądałem w ramach nocy horrorów w bydgoskim Cafe Kino. Atmosfera więc nie była bynajmniej senna. Ale film już tak. Jacob Tremblay, którego nie trawię za ten film i inny, nędzny horror – Osaczoną, jest tutaj ucieleśnieniem wszystkiego, co drażni mnie w dziecięcych rolach. Słodki, niewinny chłopiec z wielkimi, mokrymi oczami i cieniutkim głosikiem. No jakże mu nie współczuć? Jakże go nie kochać? Gwoździem do trumny, w której spoczywa warstwa emocjonalna tego filmu, jest Kate Bosworth, która jest chyba najgorszą aktorką współczesnego Hollywood.
No może Katherine Heigl jest gorsza. Mike Flanagan, skądinąd świetny fachowiec od dreszczowców, popełnił tutaj największy grzech – taśmę filmową pomazał plamami nudy. Wszyscy się snują po lokacjach, wszyscy płaczą, wszyscy cierpią. Muzyka sugeruje, kiedy dzieje się coś złego, a kiedy można odetchnąć, bo inne elementy składowe narracji nie są w stanie. Zanim „przyciąłem komara”, ciągle miałem wrażenie, że z filmu wycięto jakieś istotne sceny i wątki, bo nie mogłem poskładać tej historii w całość. Ostatecznie udało mi się coś zrozumieć, ale nadal mam wrażenie, że wewnątrz tego wieje nuda i świeci pustka.
Tak jakby wszystko działo się w zwolnionym tempie, żeby dobić do tych wymaganych dziewięćdziesięciu minut. Do dziś, kiedy nie mogę zasnąć, myślę o filmie Flanagana – pomaga.
Amerykański wilkołak w Londynie

Mówiłem wyraźnie – nie budzić mnie przed jedenastą!
Griffin Dunne. Charakteryzacja. Efekty specjalne. To było dobre! Ale od momentu, w którym główny bohater trafia do szpitala, obok niego powinien położyć się scenarzysta i reżyser tego dzieła. Wątek romantyczny jest tak naciągany, że aż pęka cienka guma łącząca racjonalność z niedowierzaniem. Prawdziwy „horror” zaczyna się tu na jakieś dwadzieścia minut przed końcem. Wcześniej ciągle chodzą, gadają. Ekspozycja na poziomie opowiadania gimnazjalisty. Wilk jest dziki, wilk jest zły! Wilk ma bardzo ostre kły! Czy coś w tym rodzaju. Aha, ten film jest także komedią. Nie to, żeby było w nim cokolwiek śmiesznego, ale w sumie ta przynależność gatunkowa pozwala mu wybronić rażące idiotyzmy.
Mniej więcej w połowie zacząłem sprawdzać, kiedy się skończy. Tu akurat nie zasnąłem, ale siedziałem zgarbiony, oparty na dłoniach, wyczekując końca. A gdy ten nadszedł, nie marzyłem już o niczym innym poza drzemką.
Resident Evil, Resident Evil 2, Resident Evil 3

– Wstawaj! Do szkoły! – Jeszcze pięć minut…
Do obejrzenia tych filmów zostałem niejako zmuszony przez znajomą, która była fanką serii. Tutaj mój rozmach zawodowego spacza był dużo większy. Po trzydziestu minutach każdego odcinka zasypiałem, a budziłem się na dwadzieścia minut przed końcem. I uczciwie przyznam, że nie dokończyłem żadnego. Nawiążę więc tylko do pierwszych ich aktów. Od dobrego rozpoczęcia filmu oczekuję tylko jednej rzeczy: że polubię, albo przynajmniej – „poczuję” – bohatera. Kim jest, o co mu chodzi, te sprawy.
Milla Jovovich jest w mojej opinii obłędnie piękną kobietą, wręcz zjawiskową, ale w parze z wyglądem idzie u niej antytalent do tworzenia wiarygodnych postaci. Nawet Piąty element wyłączyłem ostatnio w połowie. Wracając do Residenta – nie odczułem absolutnie żadnego, najmniejszego nawet skrawka zaangażowania w losy bohaterki. Czy zawinił reżyser (prywatnie – mąż Milli, Paul W.S. Anderson), czy scenarzysta (ten sam człowiek), czy sama Milla – nie mam pojęcia. Ale z sequelem i kolejnym było dokładnie tak samo.
Bezduszna mechaniczność i emocjonalna pustka tych filmów działa na mnie usypiająco. Co do ostatnich dwudziestu minut – bohaterowie zarzynający fale wygenerowanych komputerowo potworów wyglądających równie sztucznie, co w grze komputerowej – nie byli w stanie sprawić, bym chciał wiedzieć, co się wydarzyło w drugim akcie.
Obcy: Przymierze

Tak się kończy oglądanie Obcego: Przymierza.
Mógłbym godzinami rozpisywać się o tym, jak bardzo zły to film, ale nie chcę, żebyście zasnęli. Ograniczę się więc do puenty: Na Przymierzu zasnąłem celowo. Kiedy zobaczyłem dwóch Fassbenderów bawiących się fletem, postanowiłem nie przedłużać agonii. Przewróciłem się na drugi bok. Potem miałem piękny koszmar: śnił mi się pierwszy Obcy.
Lśnienie

Nie spałam, coś mnie oczy pieką i muszę zamykać na godzinkę-dwie.
No cóż… fanem Stanleya Kubricka jestem chyba od zawsze. Ciężko nie być fanem najwybitniejszego outsidera wśród filmowców i najwybitniejszego filmowca wśród outsiderów. Reżyser podjął się każdego ważnego gatunku filmowego i w niemal każdym objawił swój niesamowity talent. Niemal – bo, w mojej ocenie, nie wyszedł mu tylko horror. Nie to, żebym zgadzał się z nominacją do Złotej Maliny za reżyserię, ale też nie widzę w tym filmie niczego poza wyraźną próbą zjedzenia własnego geniuszu.
Wszystkie składowe stylu reżysera są tutaj obecne, ale większość z nich jest poddana dziwnej obróbce, jakby Kubrick chciał przetestować, gdzie jest granica w używaniu steadicamu albo rozciągania ujęć w czasie, stosowania zoom-inów i zoom-outów czy psychicznego wyczerpywania aktorów. Współczuję Shelley Duvall, która musiała przez to przechodzić, a także nieco identyfikuję się z odgrywaną przez nią postacią. Oglądając Lśnienie miałem wrażenie, że tak jak bohaterka Duvall, ciągle snuję się po długaśnych korytarzach, toczę długie rozmowy z anty-dramatycznymi pauzami i tylko czekam na kolejne ataki opętanego, strasznego, przerażającego, złego Nicholsona.
Reżyserska wersja, poszerzona o dwadzieścia minut chodzenia operatora steadicamu za aktorami, usypia mnie jeszcze bardziej niż okrojona.
