nowości kinowe

DIVERSION END. Polski hołd dla kina Tarantino

Dowód na to, że nad Wisłą da się kręcić interesujące i audiowizualnie dopracowane kino gatunkowe.

Autor: Brunon Hawryluk
opublikowano

Kiedy spytacie polskich baronów kina, dlaczego właściwie robią filmy, wielu z nich odpowie, że z chęci uzewnętrznienia, samorealizacji czy poczucia misji. Często motywem, do którego się publicznie nie przyznają, będą oczywiście względy finansowe, ale każdy z powyższych powodów można uznać za prawdopodobny (bo w swym prawdopodobieństwie wręcz banalny). Jednak twórcy Diversion End – nasz wywiad z nimi można przeczytać tutaj – takimi filmowcami nie są, a przynajmniej nie tylko. Po seansie tego tytułu ma się wrażenie, że ktoś po prostu chciał zrobić taki film, na jaki sam z chęcią poszedłby do kina. I, co bardziej znamienne, właśnie taki film udało się stworzyć. Film nowy, oryginalny, lecz każdemu dobrze znany.

Parafrazując słowa o piosenkach inżyniera Mamonia z Rejsu uwielbiamy takie filmy, które już kiedyś widzieliśmy. Bo jak miałyby się nam podobać historie, które poznajemy po raz pierwszy? Jest to, rzecz jasna, stwierdzenie dość paradoksalne, ale sądzę, że wszyscy wiemy, o co chodzi. Ekipa Diversion End postawiła na obrazy, wątki i dźwięki, które u każdego kinomana wywołają sentyment. Znajdziemy w nich więc nawiązania do kultowych filmów Tarantino, wczesnego Finchera, Scorsesego, Refna czy muzyki Ennia Morricone oraz wielu, wielu innych, a ich rozpoznawanie może być doskonałą gratką dla wymagającego zjadacza popkultury. Reżyser Michał Krzywicki (będący też głównym aktorem, współscenarzystą i jednym z producentów) prawdopodobnie wziął sobie do serca słowa twórcy Pulp Fiction mówiącego, że wszyscy wielcy artyści kradną od innych. Autorzy Diversion End, filmu określanego przez producenta jako pulpowy thriller kryminalny, również „pożyczają” sobie sporo rozwiązań od bardziej doświadczonych kolegów, ale w przeciwieństwie do wielu, którzy próbowali nie dają się na tym złapać wprost i sprawiają, że każdy środek służy najważniejszemu celowi, czyli fabule.

Akcja filmu rozgrywa się w alternatywnej Nowej Warszawie w bliżej nieokreślonej współczesności. Drobny złodziejaszek i ćpun, Oleg (w tej roli Michał Krzywicki), w wyniku sado-masochistycznego stosunku przypadkowo morduje kochankę. W zatarciu śladów zbrodni pomaga mu przyjaciel glina, Blaz (Kevin Oestenstad) oraz jego szef, Wrona (Philip Lenkowsky). Wkrótce jednak bohaterów dopadają konsekwencje tych czynów, a na dobitkę poznają prostytutki, Klarę (Dagmara Brodziak) i Verę (Ida Jabłońska), które wciągają ich w konflikt z Alem (Andres Faucher), najgroźniejszym przestępcą w mieście.

Reżyser zdecydował się stworzyć w naszym kraju własne uniwersum zainspirowane amerykańskim kinem postmodernistycznym lat 90. oraz pulpowymi filmami klasy B, z małą domieszką polskiej kuchni. Nowa Warszawa (jej nazwa nie pada na ekranie bodaj ani razu), za dnia spokojna, skąpana w słonecznym golden hour, w której kawiarniach można zjeść pierogi z jagodami, wieczorami zamienia się w swoiste neonowe Sin City. Motocyklowe bary, rockandrollowe koncerty i kluby techno przyciągają różnorodną klientelę. Różowowłose prostytutki, dilerów narkotyków w futerkach, eleganckich, wybrokatowanych gangsterów oraz ubranych w skóry i kolorowe koszule tajniaków. Choć mieszkańcy mówią po angielsku, po nazwiskach bohaterów oraz czasem widocznych warszawskich adresach można zorientować się, że to jeszcze nie Las Vegas.

Diversion End to film o męskiej i kobiecej przyjaźni wystawionej na ciężką próbę. Ale czy w tak zepsutym świecie jest w ogóle miejsce na szczerą, silną więź, a tym bardziej na miłość? Zagubiony, nieśmiały Oleg skrywa w sobie tajemnicę nie mniej mroczną od sekretu, którym nie dzieli się z nim Blaz. Jak przyznaje sam kryminalny „Nie fantazjuję o łapaniu przestępców i nie ćwiczę przed lustrem monologów jak pieprzony Robert De Niro”. Ich relacja nasuwa poniekąd skojarzenia z więziami postaci Tima Rotha i Harveya Keitela we Wściekłych psach oraz Brada Pitta i Edwarda Nortona z Fight Clubu. Co ciekawe, Blaz nosi nawet czerwoną skórzaną kurtkę, bardzo podobną do tej, którą miał na sobie filmowy Tyler Durden u Finchera.

Z kolei prostytutki, Vera i Klara, które wiszą bossowi półświatka duże pieniądze, postanawiają wykiwać mafiosa i rozpocząć objazdową karierę w stylu Urodzonych morderców lub Bonnie i Clyde’a, z tą różnicą, że mają zamiar nazywać się „Bonnie i Bonnie”. Nad wszystkim jednak czuwa Al, nieprzewidywalny psychopata o głębokim głosie, który nieposłusznych kara torturami i wrzuceniem do dziwacznych walk na arenie. Bohaterów w filmie Krzywickiego w żadnym razie nie można by nazwać nudnymi lub papierowymi, wręcz przeciwnie są pełnokrwiści, niekiedy naiwni, ale przeważnie cyniczni do szpiku kości i silnie zmotywowani do działania. Dobrymi tego przykładami są irytujący glina Seba (Adam Bobik), gadający z własnym wackiem, wampiryczny gangus Brando (Marek Kossakowski) czy sarkastyczny komisarz, Wrona, który, żeby wesprzeć swojego człowieka i uratować dobre imię policji, nie waha się złamać prawa, a nawet popełnić makabrycznej zbrodni.

Nie oszukujmy się, w tej produkcji nie spotkamy typowego polskiego snuja, który przez większość filmu nie wie, co ma ze sobą zrobić. Scenariusz Diversion End w tym rozumieniu jest skonstruowany bardzo po amerykańsku (nie mylić z „hollywoodzku”) nie brakuje w nim zabaw strukturą i retrospekcjami, ale wszystko jest robione z dużym przymrużeniem oka, a w ogólnym rozliczeniu, niczym w Podejrzanych Bryana Singera, akcja prowadzi do zaskakującego, gorzko-słodkiego finału i pozostawia pole do późniejszych refleksji i dyskusji. Każda scena popycha fabułę do przodu, każda kwestia (lub milczenie) mówi coś ważnego o postaci, każdy dialog jest wygrany przez aktorów naturalnie i w punkt.

Ostatnio dodane