ŻÓŁTA CEGLANA DROGA #17: #OSCARSSOWHITE OBNAŻONE | FILM.ORG.PL

ŻÓŁTA CEGLANA DROGA #17: #OSCARSSOWHITE OBNAŻONE








Darek Kuźma
30.03.2016


Świat oszalał właśnie na kilka chwil na punkcie pojedynku Batmana i Supermana z reżyserem Zackiem Snyderem, a ja chciałbym wrócić do pewnej sprawy, nieco już zakurzonej dla mającej krótką pamięć popkultury, acz ciągle szalenie ważnej. Oto bowiem pojawił się nowy, smutny dowód na istniejące w branży filmowej podwójne standardy i rasowe uprzedzenia, o które czarnoskórzy twórcy oskarżyli w styczniu Amerykańską Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej. Można wręcz ironicznie stwierdzić, że dowód obnażający to, co już dawno zostało obnażone.

Nie chciałem wypowiadać się wcześniej na temat wszystkich tych kontrowersji, które zostały zgrupowane pod internetowym hashtagiem #OscarsSoWhite. Z tego prostego powodu, że rozumiem argumenty i postulaty obu stron. Bo przecież trzeba być chyba ślepym, żeby nie zauważać dyskryminacji rasowej w Hollywood, nie tylko wobec twórców czarnoskórych, ale w gruncie rzeczy wszystkich, którzy nie są biali. Rdzenni Amerykanie, filmowcy pochodzący z różnych rejonów Azji, twórcy latynoamerykańscy: oni wszyscy mają ciekawe historie do opowiedzenia, nierzadko o wiele bardziej fascynujące od tych, które powstają – choćby tylko z tego względu, że prezentujące inne perspektywy, uwarunkowania kulturowe i sposoby postrzegania świata. Brak różnorodności filmowych punktów widzenia jest problemem. I to dużym. Z drugiej strony jestem całkowicie przeciwny temu, żeby narzucać gremiom przyznającym nagrody, by rozdawały swe nominacje wedle reguł poprawności politycznej, doceniając kogoś tylko dlatego, że ma kolor skóry, który jest gorzej reprezentowany w branży. Zmienić trzeba system, który został powołany do życia w oparciu o takie wypaczenia – należy sięgnąć przyczyn, a nie bawić się w niwelowanie skutków.

oscarssowhite

Ale do rzeczy. Oto mamy film Daughter of God, czyli Córkę Boga, nakręcony przez debiutującego w pełnometrażowym kinie fabularnym Gee Malika Lintona, Amerykanina jamajskiego pochodzenia. Jest to w zamierzeniu opowieść o pewnej dominikańskiej rodzinie, która próbuje żyć z dnia na dzień w nowojorskiej dzielnicy Washington Heights, mająca pokazać perspektywę w kinie raczej niespotykaną. Inną od tej, którą znamy z filmów o różnych obliczach „Wielkiego Jabłka”. Trochę w Córce Boga surrealizmu i realizmu magicznego (w rodzaju Labiryntu Fauna), najprawdopodobniej uzupełniających się z tradycjami i wierzeniami głównych bohaterów, wychowanych inaczej od Johna i Jane Smith z naprzeciwka. Mimo to całość jest raczej realistyczna, nakręcona w ponad 60% w rodowitym języku głównych bohaterów. Na anglojęzyczne 40% składają się ich codzienne interakcje z Amerykanami, a także drugoplanowy wątek gliniarza prowadzącego śledztwo w sprawie śmierci swego partnera i odkrywającego w ten sposób świat korupcji i policyjnej brutalności wobec zamieszkałych w Nowym Jorku mniejszości etnicznych.

Brzmi na tyle ciekawie i oryginalnie, że gdybym dostał taki film w swoje ręce, z przyjemnością bym go obejrzał.

Czas jednak na zwrot akcji. Córka Boga nie istnieje, mimo że film został nakręcony, zmontowany i zaprezentowany na kilku pokazach, zbierając w większości bardzo dobre opinie. W zamian powstał odtwórczy i mało spójny dreszczowiec Objawienie – a przynajmniej pod takim tytułem obraz zadebiutował w Polsce na DVD, bo w wersji anglojęzycznej nosi nazwę Exposed. Czyli, w wolnym tłumaczeniu, Zdemaskowanie lub Obnażenie. Obnażenie korupcji i podwójnych standardów policji, do którego doprowadza sam Keanu Reeves, wcielający się w rolę wspominanego gliniarza. Otóż aktor zaciekawił się scenariuszem Lintona i zgodził wziąć udział w projekcie. A Keanu Reeves to nie tylko jeden z najmilszych i najbardziej samoświadomych gości w Hollywood, ale także właściciel nazwiska będącego w stanie „sprzedać” film, nawet jeśli jego rola miałaby być drugoplanowa. Sęk w tym, że tuż przed rozpoczęciem zdjęć pojawiły się problemy finansowe, zwrócono się więc o pomoc do Lionsgate Films, znanej firmy produkcyjnej i dystrybucyjnej odpowiadającej za wiele niezależnych i komercyjnych hitów. Ta uruchomiła właśnie nowy oddział, Lionsgate Premiere, który miał zajmować się takimi filmami jak Córka Boga.

EXPOSEDFilm Lintona został więc uratowany, ale tylko po to, by niedługo później zginąć tragicznie pod montażową gilotyną. Gdy przyszło bowiem co do czego, okazało się, że ludzie z Lionsgate weszli w projekt, bo myśleli, że dostaną efektowny thriller z Keanu Reevesem, a nie jakiś etniczny dramat o ludziach, których nikt nie zechce w kinach oglądać. Bez wiedzy reżysera wycięli więc ponad dwadzieścia minut i przerobili surrealistyczną, oryginalną Córkę Boga na nużące, nieskładne Objawienie, żeby dopasować się – jak sądzili – do gustów masowej widowni. Mimo że relatywnie mało osób słyszało o tej sprawie, film zasłużenie zbiera baty w recenzjach i dystrybucji (w brytyjskich kinach zarobił rekordowo niskie… 88 funtów). Nawet zwiastun wygląda marnie: wybiela etniczną tożsamość filmu i skupia się na jego sugerowanej gatunkowości i oryginalnie drugoplanowych Reevesie, Mirze Sorvino i Christopherze McDonaldzie. Prawdziwa gwiazda Córki Boga, kubańska aktorka Ana de Armas, miga zaledwie kilka razy na ekranie, a dominikańskiej rodziny ani widu, ani słychu. Linton wycofał się z projektu i na drodze sądowej zmusił Lionsgate do usunięcia swojego nazwiska z napisów – reżyserem Objawienia został pseudonim, Declan Dale. Linton poradzi sobie w życiu, przed karierą filmową miał w Kalifornii intratny biznes fitness i już przygotowuje nowy projekt (częściowo w Europie), ale i tak pozostaje uczucie niesmaku.

To, co mogło być ciekawym głosem dochodzącym z niedostrzeganego przeważnie w popkulturze świata, równie prawdziwego jak ten na Manhattanie czy w Warszawie, stało się smutną pointą w dowcipie zwanym różnorodnością współczesnego kina.

Nie wiem, czy Córka Boga byłaby dobrym filmem, równie dobrze mogłaby okazać się artystycznym knotem zachwyconego swymi pomysłami niedoświadczonego reżysera. I nigdy się tego zapewne nie dowiem, choć uruchomiono niedawno internetową petycję, by Lionsgate wypuściło wersję reżyserską filmu. Nie będzie mi to jednak spędzało snu z powiek, takie rzeczy zdarzają się niestety w tej branży nie od dziś. Wiem natomiast, że Objawienie jest filmem zupełnie niepotrzebnym, kolejnym dźwiękiem w morzu białego szumu, w którym coraz częściej trudno odnaleźć jakość. Smutny jest w tym wszystkim sposób myślenia ludzi z Lionsgate, firmy potrafiącej wspierać różnorodne głosy filmowe, ale tym razem dającej przykład kulturowego i społecznego zacofania sporej części branży rozrywkowej, która z jakiegoś powodu stara się nie zwracać uwagi na to, że trochę się w ciągu ostatniej dekady na świecie zmieniło. Popularny argument biznesowy („nie dziwmy się, bronili swego interesu”) nie ma w tym przypadku sensu, bo przy odpowiedniej dozie kreatywności można by Córkę Boga „sprzedać” w kinach i dystrybucji VoD przedstawicielom mniejszości etnicznych w Stanach Zjednoczonych, którzy stanowią ciągle przede wszystkim atrakcyjną niszę dla mniejszych dystrybutorów i lokalnych kiniarzy.

To oczywiście czyste spekulacje, a cała sprawa jest zapewne znacznie bardziej skomplikowana, ale nie wierzę w to, że budżet Córki Boga był tak wysoki, że międzynarodowa korporacja, która może sobie spokojnie ukrywać ewentualne straty w gargantuicznych sukcesach takich pozycji jak Seria Niezgodna czy cykl Igrzyska śmierci, nie mogła zaryzykować z ambitniejszym produktem, skierowanym do nieco bardziej wymagającej publiczności. Zabrakło chęci, wiary, być może szerszej świadomości istniejących możliwości, niemniej jednak casus Objawienia jest boleśnie symptomatyczny dla tego, na czym polegały głosy sprzeciwu w przypadku #OscarsSoWhite – większości protestujących nie chodziło bowiem o to, by każdego roku wśród nominowanych byli czarnoskórzy aktorzy i reżyserzy, lecz żeby zmienił się sposób traktowania filmowców innych niż biali. Walczyli, ciągle walczą i jeszcze długo będą walczyć o to, by twórcy o innych kolorach skóry mieli po prostu takie same możliwości rozwoju. W idealnym świecie dobry film broniłby się własną jakością, nie potrzebując dodatkowych bodźców czy aktorskich marchewek, ale że jest jak jest, należy przynajmniej mówić głośno o tym, co warto przemyśleć i co trzeba zmienić.

Napisz prywatnie do autora.

korekta: Kornelia Farynowska

Darek Kuźma

Darek Kuźma

Lubię zarówno intelektualnie niejednoznaczne filmy moralnej przygody, jak i bezpieczne, eskapistyczne kino bez niepokoju. I rozmawiać o obrazach, dźwiękach, słowach, myślach i innych takich...
Darek Kuźma






  • Artur Gralla

    To moze pare bialych powinno sie pomalowac na czarno wtedy nie bedzie problemu.

    • Darek Kuźma

      Dokładnie, tak jak to było w „Śpiewaku jazzbandu”.

      • Patryk Głażewski

        Żyd i czarnoskóry w jednej osobie ;).

  • Mefisto

    Sorry, ale tym razem się nie zgodzę – abstrahując już od tego, że Oscarssowhite są tak nachalne w swoim nacisku, że wręcz rasistowskie same w sobie – byjamniej przykład Exposed nie uważam za przejaw dyskryminacji rasowej. To raczej zwykła ignorancja studia, które postąpiło by tak samo, gdyby film dotyczył dajmy na to polskiej rodziny. Jest cała masa projektów białych autorów, które są zakopywane dokładnie tak samo – zero w tym „diversity”, jakby chciały sądzić miliony piewców równości, za to mnóstwo po prostu głupoty producentów, która jest rzeczą nagminną. No, ale nie oszukujmy się, publika im w tym pomaga, skoro takie gówna jak Jurassic World, FF7 i kolejne Wierne, Niewierne, Głupie nastolatki w utopijnych światach zarabiają krocia, a co drugi oryginalny pomysł jest zakopywany ze strachu przez porażką.

    • Darek Kuźma

      Masz oczywiście rację w tym, co piszesz o głupocie producentów, ale w tym konkretnym przypadku chodziło o dyskryminację rasową – opowieść o dominikańskiej rodzinie została zamieniona na historię o białych policjantach (choć niektórzy twierdzą, że Keanu, ze względu na swoje pochodzenie, nie może być nazywany białym, ale to inna sprawa). To jest dyskryminacja rasowa, nawet jeśli ukryta pod płaszczykiem biznesowej argumentacji, bo wynika ze strachu przed tym, że biała publiczność nie doceni „kolorowych” bohaterów. To po pierwsze.
      Po drugie, skoro piszesz (słusznie), że to normalne w tej branży, ile znasz przypadków produkcji, w których opisywana przeze mnie sytuacja została odwrócona – tzn. film o białych został w podobny sposób podciągnięty/przemontowany bez wiedzy twórców pod czarną gwiazdę lub jakąś etniczną opowieść? „Piewcy równości” nie chcą, wbrew obiegowej opinii, tego, by w co drugim filmie pojawiał się czarnoskóry czy czerwonoskóry aktor w ważnej roli, lecz by wszyscy filmowcy mieli równe szanse w opowiadaniu własnych historii i graniu postaci dla nich stworzonych. Nie dla Rooney Mary w roli Tygrysiej Lilii, tak dla rdzennych Amerykanów w „Zjawie”. Nie dla zmuszania Woody’ego Allena, żeby tworzył role specjalnie dla zwiększenia poprawności politycznej, tak dla różnorodności w tych filmach, które jej wymagają. I tak dalej.
      Po trzecie, ile widzisz w tych filmach o utopijnych światach dla nastolatków ważniejszych postaci, które nie są białe i odgrywają jakieś ważne role, oprócz bycia „wymiennymi” pomocnikami głównych gwiazd? Albo ile znasz niedawnych blockbusterów, w których czarnoskórzy aktorzy nie są dodawani na siłę, tylko po to, żeby byli? Poza „Przebudzeniem Mocy”, które się pięknie z tego szablonu wyłamało – i do pewnego stopnia serią FF, choć jej popularność wynika z czego innego – jest to niewielki odsetek. Ale nie można mówić o braku różnorodności, bo to są złe filmy, które są robione dla kasy i konkretnej publiczności, tak? Otóż nie. To wszystko jest ze sobą połączone.
      Tak, oryginalne pomysły zostają zakopywane z obawy przed porażką, przez ignorancję producentów, głupotę ludzi zaangażowanych w promocję czy inne czynniki, ale to nie jest równoważne z brakiem różnorodności. To zakopywanie wynika bowiem z czynników ekonomicznych, ale każdego roku powstają przecież kolejne dziesiątki filmów, którymi studia próbują zarabiać kasę. I mimo że wszyscy wiedzą, że granie w takich blockbusterach jest ryzykowne i mało kreatywne (casus „Fantastycznej czwórki” jako porażki dekady), niezmiennie powstają nowe – i jest mnóstwo chętnych białych aktorów i reżyserów na miejsce tych, którzy je tworzą czy w nich grają. Filmowcy czarnoskórzy, czerwonoskórzy i inni nie dostają w ogóle takiej szansy, bo z samego założenia uznaje się ich obecność, ich głosy, za porażkę. I na tym polega problem, który warto byłoby rozwiązać, a nie tylko podkreślać ciągle, że biali i „kolorowi” mają w gruncie rzeczy tak samo źle, bo są podobnie kiwani. Nie, nie są. Jedni są kiwani, ale w większości przypadków wiedzą, że ryzykują wejście w „pakt z diabłem”, drugim przeważnie w ogóle się tej szansy nie daje. Chyba że na Sundance lub jakimś prestiżowym europejskim festiwalu jakiś film zdoła się wybić, wtedy niesie go fala popularności i darmowy internetowy hype.
      To napisawszy, cała sprawa jest bardzo delikatna i posiada wiele różnych odcieni, łącznie z podkreślonym przezCiebie pewnym rodzajem „rasizmu”, który rzeczywiście jest integralną częścią całej kampanii #OscarsSoWhite, i nie promuje rozsądnego podejścia do tematu. O czym też napisałem. Tyle że to dalej nie zmienia sedna zagadnienia, które wiąże się przede wszystkim w wyrównaniem proporcji. Już nawet nie 50-50, ale żeby chociaż było 70-30.

      • Mefisto

        Widzisz, właśnie tak działa poprawność polityczna, że wyolbrzymia się to, czego nie powinno się wyolbrzymiać, bo nie ma tak naprawdę znaczenia. Sorry, ale nie widzę tu dyskryminacji rasowej. Film o rodzinie (nie ważne jakiej) został zamieniony na film o policjantach, zatem to jest czysty skok na kasę. Co drugi czy trzeci film miewa podobne problemy, jak grzebanie w gotowym dziele bez jego wiedzy, czy próby zrobienia z historii czegoś bardziej kasowego. Ale się o tym nie pisze na pierwszych stronach gazet właśnie dlatego, że ich reżyserzy są biali albo filmy opowiadają o białych ludziach.

        Dokładnie tak samo prasa pieje na każdą śmierć czarnego zastrzelonego przez policjantów, ale już jak policjant ginie na służbie zabity przez madafaków z Harlemu nie ma wzmianki. Twój argument/pytanie o „odwróceniu sytuacji” nie ma żadnego sensu, bo to w tym momencie tak jakbyś pytał się: „a jaki film komercyjny został bez wiedzy twórców przerobiony na artystyczny dramat?”. Bo właśnie to jest taki przykład – historia rodzinna zamieniona została na historię policyjną. Tyle. No, ale ciśnienie skacze, bo reżyser czarny, a rodzina z Dominikany. A gwarantuję ci, że gdyby rodzina była z Bośni, a reżyser z Warszawy, byłoby podobnie i pies z kulawą nogą by się nie przejął.

        Ale skoro tak bardzo chcesz przykładów, to poczytaj sobie internet, gdzie co chwila jest jakaś gównoburza. Ostatnio na przykład zakrzyczano jakieś studio, bo białoskórego obsadzono w komiksowej roli – uwaga uwaga! – białoskórego bohatera, który jest biały w oryginale! No ale chuj z tym, ważne żeby zrobić reklamę diversity. Dlatego właśnie ostatnie Oscary i cała ta kampania jest żenująco-śmieszna, bo nie chodzi o wskazywanie jakiegoś problemu (który z pewnością w jakimś stopniu może istnieje, nie neguję tego całkowicie), tylko o krzyczenie, że „black lives matter, but fuck the rest of mankind”. Tak to w tej chwili wygląda. A sorry, ale równość działa w obie strony. Także wybacz, jeśli nie udowodnisz, że faktycznie studio wzięło i stwierdziło, że „kto by chciał oglądać czarnuchów”, to dla mnie jest to nietrafiony przykład dla udowodnienia pewnej tezy i nic ponad to.

        I jeszcze, bo widzę, że wszyscy o tym zapominają, a już najbardziej sami zainteresowani: czarna społeczność w Ameryce to mniejszość. MNIEJSZOŚĆ. Zatem nie dziwne, że jest ich mniej także na ekranie i trudno wymagać (co właśnie ma miejsce w internecie i mediach) żeby każdy film parł na różnorodność rasową. Zresztą ona w tych filmach jest i tak przecież, bo właściwie w każdym blockbusterze hollywoodzkim jest jakiś czarny i azjata i ktoś tam jeszcze (żeby nie być gołosłownym właśnie przeglądam top10 box office i mniejszości etnicznych nie ma tylko w dwóch pozycjach: filmie o GRECKIEJ rodzinie oraz filmie z trzema osobami w jednym pomieszczeniu; we wszystkich innych, wliczając w to część utopijną dla nastolatków są). Że ich role są schematyczne? Bardzo dużo białych bohaterów także pisanych jest na pewien schemat. Sam zresztą piszesz, że różnorodność powinna być w tych filmach, które jej wymagają, także przydałoby się do tego zastosować i wyciągnąć oczywiste wnioski płynące z dodania dwóch do dwóch, czyli: mniejszość społeczna+wymagania fabularne. A tymczasem jest dokładnie tak, jak piszesz, że wciska się do każdego filmu te czarne i skośne twarze, po to by były, dla zachowania pozorów. Czy to jest rasizm? I owszem, ale raczej uderzający w stanowiących większość białych ludzi, ewentualnie latynosów, którzy stoją na drugim miejscu, ale jakoś w ich imieniu nikt nie krzyczy, to już nikogo nie interesuje, bo, jak pisałem wcześniej, w XXI wieku tylko blacklivesmatter haszkombotkspl (ewentualnie ci potulni islamiści, biedni uchodźcy zakrzyczani przez nielicznych terrorystów, którym przecież trzeba za wszelką cenę pomóc, chociaż nie radzimy sobie z własnymi „białymi” problemami, ale jesteśmy tacy czuli i kochający i nosimy kwiaty na klapie od garniturka i tak kurwa do zajebania).

        Chcesz się skupić na jakimś problemie? Już lepiej bylo sobie wybrać na temat Bogów Egiptu lub Exodus, gdzie faktycznie białych zatrudniono do odgrywania „nie swojego koloru skóry”. Tylko, że też jak mniemam uczyniono to bardziej z pobudek ekonomicznych, dlatego, że akurat nazwiska pokroju Bale’a czy Butlera wydały się producentom bardziej nośne, bardziej przemawiające do „ciemnego ludu”, niż, nie oszukujmy się, jakieś no-name’y arabskiego pochodzenia, które kasy nie gwarantują. Postawiono na białych, żeby ratować kiepskie widowiska – oczywiście one i tak potem poległy, ale finalnie taka polityka studia jest o wiele bardziej zastanawiająca, niż jakiś, mimo wszystko b-klasowy, film o rodzinie, który postanowiono zamienić na policyjny akcyjniak.

        • Darek Kuźma

          Widzisz, a dla mnie fakt, że do kin trafia pięćdziesiąt marnych thrillerów o takich samych, schematycznych białych bohaterach i ich schematycznych, wyolbrzymionych problemach, podczas gdy różnorodność głosów i perspektyw jest z radością zarzynana pod banderą ekonomii i kapitalizmu, ma całkiem spore znaczenie. Bo szlag mnie trafia teraz za każdym razem, gdy widzę na Camerimage znakomity, wielowymiarowy dramat, który sporo osób by zapewne pokochało, ale którego nigdy prawdopodobnie nie obejrzą (przykład: „Songs My Brothers Taught Me” – cudowny, przejmujący, ściskający za gardło, ale także piękny film fabularny z akcją osadzoną wśród Lakotów w amerykańskim rezerwacie), a trzydzieści parę z tych marnych thrillerów ledwo na siebie zarabia.

          Tak, to ma dla mnie znaczenie. Tak jak dla wielu innych ludzi, zapewniam Cię, że naprawdę dla wielu. Nie rozumiem więc, dlaczego chcesz mi za wszelką cenę udowodnić, że wyolbrzymiam coś, co właśnie jest za każdym razem zakopywane. Bo poprawność polityczna – a przynajmniej w kontekście, o którym piszesz – to miecz obosieczny. I w ostatnim czasie jest tak, że za każdym razem, gdy ktoś odważy się napisać o dyskryminacji wobec twórców etnicznych czy – broń Boże! – kobiet, podnosi się lament, że biali mają też źle, że też są lekceważeni przez innych białych, że niedługo – o zgrozo! – dojdzie do tego, że biali staną się „nowymi czarnymi”. Są często lekceważeni i cierpią przez wypaczenia branży, pewnie, że tak, tyle nie na tym polega sedno całej sprawy, lecz na tym, że biali są tak ogromną większością, że w XXI wieku, mimo wszelkich zmian społecznych, zagarniają dla siebie zbyt wiele, nie pozwalając przebić się innym.

          I nie, problemem nie jest, że „black lives matter, but fuck the rest of mankind”, tylko to, że tak wiele osób jest ciągle przeciwnym tego typu ruchom, że są one potrzebne, mimo że czasami stają się rzeczywiście karykaturami własnych założeń. Problemem jest to, że Ty piszesz z perspektywy większości, która może wszystko, ale nie znosi wobec siebie sprzeciwów, a przecież na najprostszym, najbardziej uniwersalnym poziomie na tym to właśnie przecież powinno polegać – mniejszość krytykuje większość, a nie na odwrót. Równość działa w obie strony, ale najpierw musi zaistnieć, podczas gdy równości rasowej i etnicznej w branży filmowej nigdy tak naprawdę nie było. Ale lepiej i łatwiej przyrównać większość i mniejszość do siebie i pożalić się na to, że świat nie jest dla nikogo idealny, niż zrozumieć, że to są dwie zupełnie różne perspektywy.

          Problemem jest też fakt, że napisałeś, że to kino B-klasowe, i że nie ma
          znaczenia, o jakiej rodzinie miała opowiadać „Córka Boga”, podczas gdy
          właśnie to ma znaczenie. Dlaczego wartościować? Bo blockbustery są o
          wiele bardziej wdzięcznym tematem do krytyki, z którą w zasadzie zawsze
          można ujść na sucho? Blockbustery są po to, żeby zarobić kupę kasy, ale to mniejsze projekty, bardziej niezależne, mówią coś o świecie i jego różnorodności. Rozumiem, jeśli ktoś kocha tylko i wyłącznie eskapistyczne kino, nikomu tego nie zabraniam, bo bywa ono naprawdę fajne, ale to nie jest wszystko, lecz jedynie mały ułamek tego, co wartościowe. Nie mówimy zresztą teraz o blockbusterze, w którym
          Egipcjan zagrali Australijczycy i Amerykanie z toną mascary na twarzach
          (choć, co oczywiste, była to dyskryminacja natywnych aktorów), lecz o
          filmie, który miał być dedykowany celebrowaniu etniczności, świeżemu spojrzeniu. Udowodniłem w tekście, przynajmniej
          teoretycznie, że uważam, iż spokojnie można by było ten film sprzedać w
          wersji reżyserskiej, tylko nikomu się nie chciało tego zrobić, natomiast
          Ty zarzucasz mnie jedynie agresywnym rzucaniem mięsa, jak to biali mają
          źle na tym świecie, bo są większością i wszyscy się na nich za to obrażają.

          I nie, nie powstało
          wielkie larum w mediach o „Exposed”. To wierutna bzdura. Jest dosłownie
          kilka artykułów, które parę minut później zginęły w nawale popularnych
          informacji o castingu do jakiegoś blockbustera czy kolejnym memem z
          DiCaprio, Travoltą albo „smutnym Benem Affleckiem”.

          Kolejnym problemem jest to, że albo nie przeczytałeś uważnie mojej wypowiedzi, albo miałeś ją w głębokim poważaniu, bo chciałeś tylko po raz kolejny wyrzucić z siebie swoje racje.

          „Że ich role są schematyczne? Bardzo dużo białych bohaterów także
          pisanych jest na pewien schemat. Sam zresztą piszesz, że różnorodność
          powinna być w tych filmach, które jej wymagają, także przydałoby się do
          tego zastosować i wyciągnąć oczywiste wnioski płynące z dodania dwóch do
          dwóch, czyli: mniejszość społeczna+wymagania fabularne”

          O to właśnie chodzi, że hegemonia białego kina jest tak wielka, że blokuje się bardzo często projekty spełniające te wymagania fabularne dla mniejszości etnicznych i społecznych, nie pozwalając im na dłużej zaistnieć. I decydując się na wciskanie tych samych twórców, czasami na siłę, do projektów, które w teorii ich nie potrzebują. O to właśnie chodzi, że Twoje dodawanie dwóch do dwóch jest mylne, bo nie zauważasz w swoim świętym gniewie, że pointą mojego tekstu i wypowiedzi w komentarzach nie było stwierdzenie, że różnorodność trzeba wywalczyć na siłę. Nie, chodzi o to, żeby dać różnorodności podatny grunt do rozwoju, dać wykiełkować ciekawym projektom, wspomóc je w fazie pre-produkcji, „raczkowania”, podczas gdy w rzeczywistości zbyt często są one z góry skazywane na porażkę. Albo, jak w przypadku „Córki Boga”, przerabiane pod gwiazdę, która – jak na ironię – podjęła się pracy przy danym projekcie, żeby zapewnić właśnie komuś innemu taki grunt do rozwoju. To jak ta różnorodność ma dotrzeć do widzów, którzy są zapracowani, żyją w swoich światach i nie mają czasu na szukanie jej na własną rękę?

          „I owszem, ale raczej uderzający w stanowiących większość białych ludzi,
          ewentualnie latynosów, którzy stoją na drugim miejscu, ale jakoś w ich
          imieniu nikt nie krzyczy”

          Nikt nie krzyczy? Naprawdę? Biedni latynosi, wszyscy nagle ich biorą za pewnik…

          A poza tym, dyskusja nie polega na tym, że jak z jednej strony pada prośba o podanie argumentów, to druga strona odsyła do internetu, bo tam jest tego mnóstwo. Jeśli nie potrafisz mi podać konkretnego przykładu na ingerencję studia w gotowy film w celu zarobienia kasy na czarnym aktorze lub etnicznym temacie, to uznaję, że albo go nie potrafisz podać, albo nie chce Ci się samemu szukać, bo masz to gdzieś. Nie, to nie jest to samo co przerabianie komercyjnego filmu na artystyczny dramat, bo – widzę, że o tym najwyraźniej zapomniałeś na parę zdań – rozmawiamy o dyskryminacji rasowej, nie gatunkowej. Udowodnij mi, proszę, że się mylę, ale nie negując to, co napisałem, lecz podając konkrety.

          PS. I gwarantuję Ci, że jeśli Polak zrobiłby dobry dramat o życiu w Bośni, który zostałby pocięty przez producentów i zamieniony na kino akcji o mężnych wojakach walczących ze złymi wojakami, wiele osób by się przejęło. Jeszcze więcej poszłoby zapewne do kin na tę drugą opcję, ale to temat na inną dyskusję.

          • Mefisto

            Widzisz, nie da się z tobą rozmawiać, skoro zarzucasz mi ignorancję i spojrzenie przez pryzmat większości, a jednocześnie sam nie potrafisz albo nie chcesz zrozumieć faktów. Przede wszystkim zastanów się, o co mnie w ogóle prosisz. Bo najpierw podajesz przykład filmu, który przerobiono pod masową widownię w głupi sposób, bo najwyraźniej nie wiedziano jak go sprzedać, a następnie pytasz mnie o taki sam przykład, tylko w drugą stronę. To jest bez sensu prośba, bo przerabianie tego w drugą stronę wiązałoby się właśnie z przerabianiem typowo komercyjnego filmu na jakiś dramat, którym zainteresuje się garstka osób. Bo tak by pewnie właśnie było z pierwotną wersją Exposed. To są filmy, jak sam je ładnie nazwałeś, etniczne, a więc stricte festiwalowe, podobnie jak festiwalowe są wszelkie Bergmany, Tarkowskie czy Fellini, a nie kino dla mas. Zbrodnią jest tu więc sama ingerencja w dzieło, a nie jakiś podskórny rasizm, bo akurat film prawi o czarnych i ma czarnego za kamerą. O ile nie podasz mi konkretnych dowodów jest to dla mnie jedynie nadinterpretacja producenckich zapędów, zgodna w dodatku z obecną modą. Nie muszę ci zresztą podawać przykładów, skoro razem zauważyliśmy, że w co drugim filmie dodaje się „kolorowych” aktorów od czapy tylko po to, żeby byli obecni.

            Dalej, skoro podajesz przykład filmu Lakotów, skoro Mel Gibson potrafi nakręcić film w martwym języku z udziałem południowoamerykańskich i meksykańskich aktorów, to chyba nie jest tak tragicznie. Trudno jednak wymagać, co właśnie robisz, by każde studio hollywoodzkie wykładało kasę na podobne projekty, tylko po to, by było różnorodnie i wieloperspektywicznie, bo to fizycznie niemożliwe, a i nie po to wszak LA istnieje. Znowu zresztą wychodzi tutaj nadinterpretacja rasistowska, bowiem na własnym podwórku masz całe multum przykładów ciekawych projektów rodzimych twórców, które mają problemy, by powstać lub w ogóle nie powstają. No, ale u nas nie ma czarnych, zatem smuteczek, to cię już nie interesuje i nie jesteś w stanie wymusić „white guilt”, bo do tego to się wszystko właśnie obecnie sprowadza i właśnie to mnie wkurwia, bo mam już po dziurki w nosie (białym! jakże śmiem się wypowiadać!) podpinanie pod każdy precedens i każde zdarzenie rasistowskich podtekstów.

            Piszesz, że wątpisz, iż nikt nie krzyczy za latynosów, to pokaż mi palcem, że jednak jest coś na rzeczy. Bo póki co wszędzie, gdzie nie spojrzeć, lobbuje się tylko czarną skórę. To raz. Dwa. Skoro już przy tym jesteśmy, to może warto zauważyć, że organizacji, również filmowych, zrzeszających lub wspierających poszczególne rasy, tudzież narodowości jest multum, zatem może warto w pierwszej kolejności wyciągnąć rączki do nich, a nie dziubać palcem złe Hollywood „pełne białasów”. Podejrzewam, że przywołany „Songs My Brothers Taught Me” raczej nie powstał wespół z Warner Bros. (którego szefem jest tak w ogóle Azjata) tylko robiony był pokątnie przede wszystkim przez, nazwijmy to, „ekipę indiańską” i istnieje w pierwszej kolejności dzięki ichniejszemu wkładowi, raczej nie jest robiony „dla białych”, zatem trudno wymagać od zwykłych „białych” biznesmanów odgórnego wkładu w jakieś niszowe projekty, nieważne jak ciekawe, na których jedynie stracą. Bo to przypomina trochę to popularne również ostatnimi czasy czepianie się bogatych tego, że są bogaci, no i w związku z tym powinni biednych non-stop wspomagać. Nie chodzi mi oczywiście o to, by każdy od razu odwracał się plecami od tego, co go potencjalnie nie interesuje lub nie jest z nim związane, ale jednak na zdrowy rozum podobne pretensje wydają się śmieszne. Równie dobrze ja mógłbym wymagać od Spike’a Lee, żeby dofinansował mój projekt o Mazowszu czy Podlasiu. Oczywiście, mogę spróbować, ale jak odmówi lub uzna, że jest w stanie zrobić to tylko wtedy, jeśli do filmu zatrudnię 30 czarnych, to raczej nie będę oskarżał go o rasizm.

            Piszesz, że gdyby Polak zrobił to i to i zostałoby pocięte, to wiele osób by się przejęło. Tak, z pewnością – pewnie równie mocno co niedawnym Westerplatte, o którym wszyscy już chyba zapomnieli, choć to zdecydowanie większej rangi beka, niż jakiś Exposed, w dodatku dziejąca się tu i teraz, na twoim podwórku. No, ale to nieważne, bo najwyraźniej nie zobaczyłeś go na Camerimage (przytyk zamierzony, ale mam nadzieję, że zrozumiesz tym samym niejaką pretensjonalność swojego tekstu).

            Piszesz też, że podobno co chwila biali lamentują, kiedy ktoś o coś ich oskarży, a tymczasem prawda jest taka, że żyjemy w takich śmiesznych czasach, iż w tzw zachodnim świecie oni w większości skulają uszy po sobie i przytakują, nieważne co pod ich adresem pada. I to ich jakikolwiek głos sprzeciwu jest zakopywany – wystarczy przejrzeć wszelkie newsy, twittery i inne bajery. I to nie jest fajne, temu się sprzeciwiam. Bo równość bynajmniej nie polega na jakiejś abstrakcji, że „mniejszość ma prawo krytykować większość, a nie na odwrót”. I co to znaczy „hegemonia białego kina”? Jak pojedziesz do Indii to też im powiesz, że u was to jest hegemonia Bollywoodu, a przecież tak być nie może, bo macie 10% białej czy jakiejkolwiek innej ludności i ich też trzeba promować. Podejrzewam, że zostałbyś wyśmiany i spalił się ze wstydu. No ale jasne, najlepiej wytykać palcami „swoich” i krzyczeć, że równość dla wszystkich, niezależnie od udziału poszczególnych ras w rynku. Bo wybacz, ale jeśli przyjmiemy czysto statystycznie, że z powodów mniejszościowych ilość składanych przez czarnych projektów jest mniejsza, niż tych, które składają biali, to chyba jasne, że i filmów takowych będzie mniej. W ogóle nie wiem zresztą jak można patrzeć na to przez pryzmat rasowy. Tak długo jak koleś nie usłyszy „nie dostaniesz kasy, bo jesteś czarny” albo „przerabiamy twój projekt, bo jesteś czarny” nie widzę w tym problemu rasistowskiego, tylko typowe dla Holly kierowanie się większą atrakcyjnością projektów. Także zamiast z miejsca się oburzać o rasizm może warto zastanowić się wpierw nad tematem filmu – może to nie wypaliło. Bo śliskie tematy też nie mają specjalnego powodzenia. Wie o tym chociażby Mira Sorvino – niespodzianka! – której mini-seria Human Trafficking o białych handlarzach białymi dziewczynami z Europy Wschodniej, robiony w całości przez białych, miał spore problemy, by powstać, a koniec końców i tak jest to mocno ugrzecznione dziełko, które ledwie nadgryza temat. A przecież można było…

            Nie należy jeszcze zapominać, że wespół ze wspomnianymi organizacjami istnieją też rynki zbytu i festiwale promujące te mniejszości. Czarni mają w USA bardzo prężny wewnętrzny rynek, więc może na przyszłość warto by było jego ramach stworzyć Exposed. Swoje festiwale i inne eventy mają też inne mniejszości. A tymczasem biali co mają zrobić jak nie walić mainstreamem? Jak stworzą własne kółko wzajemnej adoracji, to gwarantuję ci, że zostaną zwyzywani od KKK. Choć nie wiem, może warto przywrócić swoisty apartheid i niech sobie każdy działa we własnym kółeczku, wtedy nie będzie fochów o to, kto i komu zburzył babkę z piasku i dlaczego.
            EOT

          • Darek Kuźma

            Chwila, chwila, żadne EOT, bo to Ty mnie wywołałeś do tablicy, zarzucając nie tylko ignorancję i durną pobłażliwość, ale teraz także odrealnienie, naiwną głupotę i pretensjonaloność, podczas gdy fakty, o których piszesz, nie są faktami, lecz właśnie interpretacją różnego rodzaju wydarzeń – na dodatek, mógłbym dodać, interpretacją równie modną jak ta, o którą mnie tak emocjonalnie posądasz. Bo ludzi szydzących z ruchów społecznych i walki o różnorodność etniczną w kinie mainstreamowym jest – a przynajmniej ja mam takie wrażenie – zdecydowanie więcej niż tych drugich. Na dodatek nie zawsze głosy tych drugich są słyszane, bo mimo że w mediach społecznościowych trwa rzeczywiście szum, czasami nawet oblężenie, najważniejsze media tradycyjne, te docierające do gigantycznej grupy odbiorców, nie interesują się tak bardzo tym wszystkim, chyba że pojawiają się Oscary albo jakieś kontrowersje w związku z filmem za setki milionów dolarów.

            Ale ja i tak nie jestem po żadnej stronie, nie trzymam tak naprawdę do końca z #OscarsSoWhite, ani też z #BlackLivesMatter (co napisałem w tekście, choć zdajesz się tego nie zauważać), bo widzę pewne nieścisłości w przyjmowanych przez nich metodach. Tyle że zauważam również to, że równości w branży to oni nie uświadczyli. I to mnie boli, i o tym napisałem, a nie o tym, że branża nie jest fair, bo przebijają się w niej czasami tylko ci najwięksi krzykacze i goście od komedii romantycznych czy głupich akcyjniaków. I wiesz, co jest moim zdaniem przykładem odrealnienia? Porównywanie skromnego filmu o Lakotach z filmem Mela Gibsona, który może i był trochę na cenzurowanym jako aktor i celebryta, ale miał na koncie Oscary, wielkie nazwisko i własną firmę produkcyjną. Albo przyrównywanie Bollywood, które jest międzynarodową marką z wielomilionową widownią, uwielbianą przez widzów w każdej w zasadzie części świata, z filmami, które kończą swój żywot na festiwalach.

            Z uporem maniaka próbujesz mi udowodnić, że ja się mylę, a Ty nie, bo Ty widzisz szerszy obrazek, a ja jestem zaślepiony swoją piękną poprawnością polityczną i „white guilt”, podczas gdy praktycznie wszystko, co napisałeś, opisuje jedną stronę medalu. Twoją. Najlepszą. Jedyną. Na dodatek często piszesz o kwestiach, których nawet nie podejmowałem w swoich wypowiedziach – tylko po to, żeby mi udowodnić, że nie wszędzie pojawia się problem dyskryminacji rasowej. Oczywiście, że nie wszędzie, każdy głupi to wie. Ale nie w tym rzecz, nie o tym napisałem w tekście. Wróćmy więc do przyczyny tej dyskusji. Piszesz, że „Exposed” NA PEWNO zainteresowałaby się tylko garstka osób, i NA PEWNO nie chodziło o dyskryminację rasową, i NA PEWNO to i NA PEWNO tamto, podczas gdy nie możesz tego wiedzieć. Naprawdę tak trudno Ci przyznać, że może być inaczej niż myślisz? Wszystkie argumenty, które zebrałem, które wyczytałem na kilku stronach branżowych, zawierających między innymi wypowiedzi producenta filmu oraz osób z nim związanych (a brak oficjalnej wypowiedzi Lionsgate też o czymś świadczy), mówią mi, że to był przypadek „whitewashing”, jeśli już używamy anglojęzycznych słówek, ale Tobie wystarcza napisanie, że tak nie było, bo Ty wiesz lepiej, tak po prostu. Z doświadczenia chyba, jak wynika z Twoich wpisów. Udowadniam, że te filmy miałyby komercyjny sens, że ludzie by je obejrzeli, jeśli im zaufać, jeśli zająłby się promocją tych filmów ktoś z głową i chęciami, ale Tobie wystarcza zauważenie, że nie, nikt nie będzie chciał ich oglądać. Bo to jest takie proste. I komercyjne. I biznesowe.

            „Tak długo jak koleś nie usłyszy „nie dostaniesz kasy, bo jesteś czarny”
            albo „przerabiamy twój projekt, bo jesteś czarny” nie widzę w tym
            problemu rasistowskiego”

            I to jest też problem, jeśli tego nie widzisz i potrzebujesz dosłowności.

            —————————-

            Rozumiem częściowo Twoje podejście, i nawet w kilku aspektach się zgadzam z tym, co napisałeś, ale przy okazji wrzuciłeś w tekst tyle indywidualnych uprzedzeń i niepotrzebnie emocjonalnych reakcji (posługiwanie się Polską w kontekście braku „white guilt” to, wybacz, argument co najmniej chybiony – tak, kibicuję również tym mniejszym projektom, które u nas mają problemy z powstawaniem, ale co to ma wspólnego z tematem, o którym pisałem? Podkreślam, z tym, co ja napisałem, z nie z tym, co mi wmówiłeś?), że nie mogę przejść do porządku dziennego z takimi opiniami. Nie będę się teraz zaczynał przerzucać na epitety, bo to rzeczywiście nie ma sensu. Szkoda mi po prostu, że okopałeś się tak mocno na swojej pozycji, że widzisz wyłącznie to, co znajduje się w Twoim okopie.

            PS. Od kiedy Fellini i Bergman to kino festiwalowe? To, że obecnie modne jest szydzenie z Bergmana jako „tego gościa co to robił filmy dla zapaleńców ze szkół filmowych”, nie oznacza, że to jakaś zakichana nisza. Trochę szacunku, stary. Tylko dlatego, że nie jest o nich tak głośno jak o Hitchcocku czy Wellesie, wcale nie oznacza, że można się po nich tak po prostu przejechać. Podejrzewam, że w całościowym rozrachunku na ich filmy jest większe zapotrzebowanie niż na niektóre blockbustery za 200 milionów dolarów, o których zapomina się zaraz po wyjściu z kina.

            PS2 Tak, jestem jednym z tych, którzy potrafią przyczepić się, że bogaci są bogaci, jeśli nic z tym nie robią. Kiedyś bycie bogatym oznaczało „oddawanie” czegoś społeczeństwu, inwestowanie w kulturę i sztukę, bycie mecenasem, inicjowanie zmian. Teraz większość woli się nachapać i zamknąć w swoich ekskluzywnych światach, z ludźmi do nich podobnymi. Tak, uważam, że to jest złe. I tak, sądzę, że również z takiego podejścia wynika schodzenie współczesnej kultury masowej na psy. I tak, szanuję tych, którzy starają się wykorzystywać własne pieniądze w fajnych celach, nawet jeśli mogą sobie potem wszystko ładnie odpisać od podatków.

            PS3 Nie, nie rozumiem dzięki temu lepiej pretensjonalności swojego tekstu. Przytyk do Camerimage był głupi i sugerujący nie elokwencję czy erudycję, jak Ci się wydaje, ale zaściankowość myślenia. Bo nieważne, co napiszesz i jak bardzo będziesz chełpił się swoją rozległą wiedzą o świecie kina, w każdej chwili zamieniłbym te wszystkie komercyjne bibeloty na rozmowę na żywo z jakimś dokumentalistą czy debiutantem, którzy czasami wiążą koniec z końcem podczas realizacji swoich filmów, ale podchodzą do swojego zawodu z pasją i mają setki fajnych historii do opowiedzenia. Ale być może to przemawia moja pretensjonalność.

          • Mefisto

            Zatem podaj mi jakiegoś linka, w którym te fakty są wykładane kawę na ławę, bo tekstem niestety nic nie udowodniłeś, wszystko zahacza o „ponoć”. Udowodnij mi, że faktycznie przejaw rasizmu miał tu miejsce, to się uderzę w swoją białą pierś i osobiście wystosuję list do reżysera, w którym złożę mu swoje wyrazy niezadowolenia z całej sytuacji (choć, jak pisałem, mnie wkurwia już sama ingerencja w film bez wiedzy autora, bez dopisywania do tego jakichś sloganów rasowych).

            Co ma Polska do tego? – ano bardzo dużo. Oburzasz się bowiem, że ktoś tam, gdzieś tam zmienił film jakiemuś kolesiowi, ponoć dlatego, że miał inny kolor skóry. Ale już zakopywanie filmów z przyczyn politycznych w twoim własnym kraju najwyraźniej cię nie interesuje. Stąd moje przytyki.

            Poza tym widzisz, na tym polega różnica między nami oraz pomiędzy równością narzucaną, a naturalną – Ty widzisz film o czarnej rodzinie, z czarnym reżyserem, którego zrobiono w balona przez kolor skóry. Ja widzę film o rodzinie per se, reżysera jako takiego i dramat, który zamieniono w tanią sensację, bo najwyraźniej nie wiedziano jak to sprzedać. Tyle.

            Dalej, nigdzie nie szydzę ani z ruchów społecznych, ani z Bergmanów – kolejna nadinterpretacja. Ale rozumiem, że przyznawanie, że takowe ruchy istnieją i w pierwszej kolejności powinny wspierać „swoich” lub pisanie, że Bergman to kino wyraźnie artystyczne (ergo festiwalowe) w dzisiejszym świecie równa się szyderstwu. Super. To kiedy te loty na Marsa? Można się już zapisać?

            Przyrównanie Hollywood do Bollywood ma bardzo dużo sensu, bo obie to, jak sam napisałeś „międzynarodowe marki z wielomilionową widownią”. Zatem czepiać można się obu w taki sam sposób, niby dlaczego tylko Holly można posądzać o przejawy rasizmu? Bo komuś film pocięli? Daj spokój.

            A skoro już jesteśmy przy jakimkolwiek odrealnieniu, to „Kiedyś bycie bogatym oznaczało” jest właśnie czymś takim. Bo to właśnie w tym mitycznym kiedyś bogaci wykorzystywali biednych, bogaci szczycyli się niewolnikami, potężnymi fabrykami, w których dzień w dzień gineli biedni i tak dalej. Tymczasem dzisiejszych bogatych czepia się ta biedota dla samej zasady. A tymczasem nikt nie ma obowiązku pomagać komukolwiek, tylko z racji tego, że uśmiechnęło się do niego szczęście (bo na przykład wygrał w totka) albo że jest bardziej obrotny od przeciętnego Kowalskiego. „Oddawanie” czegoś społeczeństwu – zwłaszcza w przypadku, gdy to społeczeństwo nic ci nie dało – to jakieś wyssane z robinhoodowych legend brednie ludzi, którym się w życiu nie powiodło i zamiast zakasać rękawy lub lepiej się postarać, wolą wytykać palcami innych i wymuszać na nich jakąś winę, jakby bycie bogatym było jakąś zbrodnią (i piszę to właśnie z perspektywy zaprzeczenia człowieka sukcesu). Bezsens, który prowadzi dokładnie do pogłębiania się podziałów – podobnie jak wieczne okrzyki blacklivesmatter prowadzą nie do lepszego świata, ale rozbudowują bariery. Zamiast tego może warto po prostu spojrzeć czasem w lustro, zamknąć się i po prostu robić swoje, gdyż, nie oszukujmy się, o to w tym wszystkim chodzi.

            I żeby nie było – tu ma jakichś idiotycznych „moich okopów” i „twoich prawd”, bo taki jest po prostu świat, w którym żyjemy. Świat, w którym złego słowa nie można powiedzieć o uchodźcach i w ogóle innym kolorze skóry, bo to równoznaczne z samobójstwem; świat w którym mediom wręcz nakazuje się milczeć w tych kwestiach, a inne rozdmuchuje do potęgi n-tej; w końcu świat, w którym dochodzi do tak kuriozalnych sytuacji, że nawet ta druga strona barykady, czyli „mniejszości” rasowe lub religijne same czasami nie potrafią uwierzyć w to, co ci biali nie odpierdalają dla nich w imię poprawności politycznej. To są fakty, czarno na białym, z nimi nie można dyskutować. Zatem nie dziw się, że podobne wynurzenia wydają mi się w porównaniu z szerszą perspektywą śmieszne i pretensjonalne.

          • Darek Kuźma

            Nie, Mef, to nie są fakty, nie jest to żadne czarno na białym ani biało na czarnym, lecz Twoja interpretacja rzeczy, które dzieją się na świecie, o których czytasz w gazetach, które oglądasz w telewizji czy widzisz w internetowych playerach, ale których nie przeżywasz – tylko wyciągasz z tego wszystkiego własne wnioski. Tak jak ja. Jeśli
            można mówić w tym wypadku o jakimś fakcie, to właśnie jest ten: siedzimy sobie w relatywnie spokojnej – a przynajmniej z perspektywy, w ramach której toczy się cały spór – Polsce i dyskutujemy o tym, co znamy w teorii. Każdy z nas ma pewnie jakieś
            bliższe doświadczenia w tych kwestiach, choćby przez kontakty z branżą, ale to dalej przede wszystkim teoria. Ty masz swoją wizję świata, ja nie mam zamiaru się w nią wpisywać. To takie proste.

            „Oburzasz się bowiem, że ktoś tam, gdzieś tam zmienił film jakiemuś kolesiowi, ponoć dlatego, że miał inny kolor skóry. Ale już zakopywanie filmów z przyczyn politycznych w twoim własnym kraju najwyraźniej cię nie interesuje. Stąd moje przytyki”.

            Autentycznie zdębiałem, bo nie mam pojęcia, gdzie Ty zauważyłeś, że mnie nie interesuje to, co dzieje się w Polsce i popieram zakopywanie dobrych filmów. Tym
            bardziej, że to Ty zacząłeś ten temat, a ja się tylko ustosunkowałem do podanego przez Ciebie przykładu z Bośnią.

            „Udowodnij mi, że faktycznie przejaw rasizmu miał tu miejsce, to się uderzę w swoją białą pierś i osobiście wystosuję list do reżysera, w którym złożę mu swoje wyrazy niezadowolenia z całej sytuacji”.

            Ehh…

            Widzę, że Ty dalej ciągniesz swoje, wydaje Ci się, że świat jest zero-jedynkowy i tak właśnie wszystko i wszystkich można traktować – dobrze, niech tak będzie, nie będę Ci tego bronił, bo nie mam w sumie prawa, ani tym bardziej takiej potrzeby, ale w takim razie Ty nie broń mi, proszę, mieć własnej opinii na temat tego, co widzę, o czym czytam, jakie wnioski z tego wyciągam. Poniżej podrzucam dwa linki, chyba najbardziej konkretne, do informacji związanych ze sprawą „Daughter of God” – nie tyle faktów (nigdy ich tak nie określiłem), bo prawda pozostanie zapewne ukryta w umysłach kilku zaledwie osób, ile szeregu informacji, które rysują pewną perspektywę. Z mojego punktu widzenia dosyć konkretną, ale nie musisz jej przyjmować. Nic nie musisz. Zakończmy więc tę dyskusję w tym miejscu, bo rzeczywiście nie ma już ona żadnego sensu. Zetrzemy się lub zgodzimy w kolejnej.

            Jeden:
            http://www.theroot.com/articles/culture/2015/12/exposed_how_keanu_reeves_newest_film_got_whitewashed.html

            I drugi:
            http://blogs.indiewire.com/shadowandact/director-gee-malik-linton-removes-name-from-his-upcoming-thriller-exposed-due-to-studio-tampering-20151223

          • Mefisto

            Przeczytałem oba newsy i wiesz, co mi się klaruje z nich – o to: „Reportedly Reeves supervised the re-editing of the film personally” i „Taking away everything because of Keanu Reeves, because he could sell more with his face”. Wybacz, ale to nie jest żadne whitewashing (notabene hasło użyte tylko w jednym z tych artykułów, który napisała… czarna kobieta), a raczej „normalny” zabieg próby zarobienia jeszcze większych pieniędzy na popularności aktora, który przypuszczalnie sam był rozczarowany swoim minimalnym udziałem w fabule (gwiazdy czasem tak mają). Także listu nie będzie, sorry, podtrzymuję swoje zdanie, że nadinterpretujesz, dopatrując się rasizmu tam, gdzie go nie ma (wszak na logikę, to gdyby był, to reżysera powinni już na etapie preprodukcji jakoś nękać o zmiany w historii, a tak nie było). Zamiast tego studio posłusznie czekało na gotowy film, a gdy w końcu go obejrzeli, to nie dostali raka od obecności czarnych, tylko spanikowali, bo myśleli, że film okaże się bardziej nośny. To i próbowali go do swoich potrzeb dopasować. Nieładnie. Skurwysyńsko więc. Ale baaaardzo daleko od jakichkolwiek rasistowskich działań.

            A co do dyskusji, to właśnie kompletnie mnie rozwaliłeś (w negatywny sposób), pisząc „tylko wyciągasz z tego wszystkiego własne wnioski. Tak jak ja”. No kurna, a czyje wnioski mam wyciągać, jak nie własne?! Wybacz, ale żeby mieć własną opinię nie trzeba również wszystkiego przeżywać na żywo. Widzę co się dzieję, potrafię dodać dwa do dwóch, podaję ci fakty z całego świata, które są dość oczywiste. A ty mi na to, że nie, bo nie, to nie są fakty, tylko coś co widzisz. WTF?

            Dębisz się na moje słowa o zakopywaniu, a jednak nie odniosłeś się w dyskusji o wspomnianym Westerplatte, które jest tu, teraz i mocno namacalne. Zamiast tego wolisz dalej drążyć temat domniemanego rasizmu, wmawiając mi przy okazji, że to na pewno rasizm i nic innego i moja perspektywa jest tylko moją perspektywą i mogę się mylić. No mogę, ale musisz mi wpierw udowodnić, że nie mam racji, a jedynie wzdychasz i prawisz mi jakieś komunały. Your father was captain of a Starship for 12 minutes. He saved 800 lives, including your mother’s and yours. I dare you to do better :)

            I kończąc, błagam nie wciskaj mi w klawiaturę rzeczy, których nie napisałem – że świat zero-jedynkowy, że to, śmo i owo, bo nigdzie tak nie twierdzę.

          • Darek Kuźma

            Mef, niczego Ci już nie chcę udowadniać, do niczego przekonywać, tym bardziej w kontekście polskiego kina, którego, jak widać, jestem krypto-hejterem. Naucz się tylko, proszę, czytać ze zrozumieniem to, co do Ciebie inni piszą. Nie, nie będe podawał żadnych przykładów, nic nie będę.

            Interpretuj sobie te newsy jak chcesz, po to są, żeby każdy mógł wyrobić sobie własną opinię. Zupełnie mnie to już nie obchodzi, bo widzę, że nigdzie z tym nie dojdziemy. Na szczęście nie musimy podobnie postrzegać świata. Nawet się cieszę, że tak właśnie jest.

            Z mojej strony jest to ostateczny koniec tej dyskusji.

          • Mefisto

            Co widzę, uciekasz. Wracaj i walcz jak mężczyzna! Odgryzę ci nogi! :)

  • Jakub Piwoński

    Czyżbyś Darku zaczął bawić się w szukanie Drugiego Dna? ;)

    • Darek Kuźma

      W tym wypadku rzeczywiście poszło trochę w tym kierunku ;).






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Batman v Superman. Ocena negatywna

Następny tekst

Batman v Superman. Ocena pozytywna



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE