Mastermind. O kinie George’a Millera | FILM.ORG.PL

Mastermind. O kinie George’a Millera








Krzysztof Walecki
22.05.2015


Zwiastuny do Mad Max: Na drodze gniewu zapowiadają wielkie widowisko, wskrzeszając kultową postać, w którą dawno temu wcielił się Mel Gibson, a obecnie Tom Hardy. Jednak w każdej zapowiedzi filmu pojawia się napis, z pewnością dla wielu współczesnych widzów zagadkowy: „From Mastermind George Miller” (w tłumaczeniu dystrybutora – „film wizjonera George’a Millera”). Interesująca reklama, jeśli wziąć pod lupę twórczość australijskiego reżysera, obchodzącego w tym roku swoje 70. urodziny.

Nie dlatego, że Miller nie zasługuje na pochwały. Wszakże seria o szalonym Maksie to jego dziecko, choć ostatni raz widzieliśmy tytułowego bohatera aż 30 lat temu. Od tego czasu sam Miller dał się poznać jako twórca starający się odejść jak najdalej od początków swojej kariery, nacechowanych wizualnym wariactwem oraz komiksową brutalnością. Jednak fakt, że ten mastermind jest tak nachalnie powtarzany w każdej zajawce nowej produkcji każe zastanowić się, czy reżyser rzeczywiście na ów tytuł zasługuje. Jego niezbyt liczne dokonania, jakże przecież różne na pierwszy rzut oka, pozwalają to ocenić.

Miller, urodzony w Australii syn greckich emigrantów, początkowo nie planował zostać reżyserem. Studiował i ukończył medycynę, lecz już podczas rezydentury załapał bakcyla filmowego kręcąc ze swoim bratem eksperymentalne krótkie metraże. Podczas warsztatów filmowych na Uniwersytecie w Melbourne poznał Byrona Kennedy’ego, swojego przyszłego przyjaciela i wspólnika, z którym wkrótce założyli firmę produkcyjną Miller Kennedy. Był rok 1972 i należy zauważyć, że kino australijskie dopiero raczkowało – nikt nie znał Petera Weira, Bruce’a Beresforda, Phillipa Noyce’a, Gillian Armstrong, Freda Schepisi, czy właśnie George’a Millera. Nic więc dziwnego, że na swój debiut musiał jeszcze kilka lat poczekać. W międzyczasie pracował w szpitalu na ostrym dyżurze, gdzie widział wiele ofiar wypadków drogowych, co przydało się na planie oryginalnego Mad Maxa. Również ówczesny kryzys naftowy (1973) stał się podstawą późniejszego scenariusza, wyolbrzymiającego konsekwencje recesji do tego stopnia, że reżyser w kontynuacji uczynił z benzyny najcenniejszy towar na ziemi.

five-things-you-might-not-know-about-mad-max-on-the-33rd-anniversary-of-its-release

Na pierwszego Mad Maxa udało się Millerowi i Kennedy’emu zebrać 350 tysięcy dolarów. Zatrudnili mało znanych aktorów, obsadzając w tytułowej roli praktycznie debiutującego Mela Gibsona.

Powstały w 1979 roku film opowiadający historię policjanta, za kółkiem równie niebezpiecznego, co ścigani przez niego psychopaci, podbił cały świat, choć nie obyło się bez słów krytyki. Zarzucono twórcom epatowanie przemocą, nie podobała się również pesymistyczna wizja świata, w którym zwyciężyć może tylko silniejszy (i bardziej szalony). Chwalono jednak sceny akcji i Gibsona potrafiącego przekonująco ukazać swojego bohatera zarówno jako sympatycznego romantyka, jak i niezrównoważonego anioła zemsty. Ostatnia scena filmu wyraźnie pokazywała, w którą stronę zmierza Max.

Niewiele osób odgadłoby jednak, jaką rzeczywistość zastanie w powstałej dwa lata później kontynuacji. Pierwowzór rozgrywał się w świecie stojącym na skraju katastrofy, lecz nadal rozpoznawalnym. W sequelu o wszelkich przejawach normalności oraz cywilizacji możemy zapomnieć. Są tylko pustynia i szosy, po których jeździ Max w nadziei na znalezienie benzyny na dalszą podróż. Staje się jednak mimowolnym uczestnikiem konfliktu między barbarzyńskimi hordami potwornego lorda Humungusa, a pokojowo nastawioną osadą mającą dostęp do złóż ropy.

road-warrior

Aby nie zrażać nie zaznajomionych z oryginałem (zwłaszcza w USA pierwsza część nie była wydarzeniem) Mad Max 2 został przemianowany na Wojownika szos. Ale różnic między dwoma filmami było więcej. Fabuła stała się jeszcze bardziej pretekstowa, przemoc nabrała odcieni komiksu, sceny akcji porażały swoją energią oraz nastawieniem na demolkę, zaś Max – dzięki sprytnej narracji z offu – został ukazany jako mityczny bohater zanim jeszcze film się zaczął. Miller uczynił wszystko, co mógł, aby jego film stał się popisem brawurowej, dzikiej fantazji, lecz tym razem idącej w parze z rozrywką i zabawą. Być może dlatego widzom udziela się radość w obserwowaniu rozbijających się pojazdów, obcinanych bumerangiem palców, a nawet samej postaci Maxa, który przypomina bardziej bohatera jakiegoś westernu, tajemniczego przybysza z mroczną przeszłością i złotym sercem niż cierpiętnika, jak to miało miejsce w finale poprzedniej części. Nic więc dziwnego, że tym razem Ameryka przyjęła australijskiego szaleńca z otwartymi ramionami, zaś Millera zaproszono do Hollywood.

Powstała w 1983 roku Strefa mroku była filmem nowelowym, bezpośrednio nawiązującym do kultowego serialu fantastycznego z lat 60. pod tym samym tytułem. Cztery segmenty nakręcone przez czterech reżyserów (John Landis, Steven Spielberg, Joe Dante i właśnie Miller) odznaczały się nierównym poziomem, ale najbardziej chwaloną historią okazała się właśnie ta zrealizowana przez reżysera Mad Maxa. Trwająca zaledwie dwadzieścia parę minut opowieść o znerwicowanym pasażerze, który dostrzega na skrzydle samolotu majstrującego przy silniku potwora pozwoliła reżyserowi zabawić się w dużo skromniejszych warunkach. Powstała nowelka pełna grozy i humoru, z niepotrafiącym usiedzieć w fotelu Johnem Lithgowem, któremu klaustrofobia i paranoja dają się we znaki. Cały film pozostał jednak w cieniu tragedii, jaka miała miejsce na planie części Landisa, kiedy z powodu braku odpowiednich zabezpieczeń zginęła dwójka dzieci i grający główną rolę Vic Morrow.

john1

Zanim Miller raz jeszcze rzucił Gibsona w sam środek pustynnej wojny, zdążył nakręcić w Australii dwa miniseriale: The Dismissal (1983) oraz The Last Bastion (1984). Współreżyserem tego pierwszego był George Ogilvie, z którym podzielił się obowiązkami reżyserskimi również przy kręceniu Mad Max pod Kopułą Gromu (1985). Miller postanowił tym razem poświęcić się wyłącznie konstruowaniu scen akcji, „oddając” swojemu koledze pracę z aktorami. Powodem tego była śmierć Byrona Kennedy’ego, tragicznie zmarłego w katastrofie helikoptera, którą jego przyjaciel i wspólnik wyjątkowo mocno przeżył. Choć stracił zapał do projektu, nie chciał z niego rezygnować.

Trzecia, planowo ostatnia część cyklu, dzieje się kilkanaście lat po wydarzeniach z Wojownika szos. Max zostaje wynajęty przez prowadzącą miasto-śmietnik Entity (Tina Turner) do zabicia osiłka w masce, Blastera. Aby nie budzić podejrzeń, musi tego dokonać pod tytułową Kopułą Gromu – areną, na której w ruch idą piły mechaniczne, maczugi i inna śmiercionośna broń.

Z jednej strony jest to najbardziej wystawny film z serii, z drugiej najmocniej krytykowany.

Niepozbawiona ambicji opowieść skręca w pewnym momencie na terytorium znane z Piotrusia Pana i Władcy much, gdy Max staje się liderem grupy złożonej z samych dzieci. Nie podobało się również to, że aby zapewnić większą publiczność w USA (był to pierwszy Mad Max współfinansowany przez Amerykanów), obniżono kategorię wiekową do PG-13. Stąd mniej tym razem brutalności, mniej też samochodów i widowiskowych kraks – jedyny pościg mamy dopiero w finale. Obraz okazał się jednak przebojem, promując Mela Gibsona do rangi gwiazdy – następnym jego filmem była już Zabójcza broń. Miller natomiast zakończywszy swoją przygodę z pustynnym bohaterem mógł się oddać innym projektom.

MAD-MAX-BEYOND-THUNDERDOME-DI-09

Czarownice z Eastwick (1987), ekranizacja powieści Johna Updike’a, dała reżyserowi możliwość współpracy z Jackiem Nicholsonem, Susan Sarandon, Cher oraz Michelle Pfeiffer. Aktorki wcieliły się w role znużonych spokojnym życiem na prowincji przyjaciółek, które pewnej nocy przywołują mężczyznę ich marzeń. Figlarny Daryl Van Horne zaczyna romansować z każdą z nich, a tytułowe Eastwick ogarnia prawdziwy szał. Czy trzy panie to rzeczywiście czarownice, a tajemniczy przybysz jest diabłem pod ludzką postacią?

Udała się Millerowi ta krzyżówka erotycznej komedii i horroru. Nakręcił baśń dla dorosłych, pełną nie zawsze subtelnych podtekstów, ukazując idealne miasteczko pozostające „idealnym” miasteczkiem, nawet w obliczu ataku sił nieczystych. Nicholson jest złowieszczo czarujący, natomiast Cher, Pfeiffer i (zwłaszcza) Sarandon uwodzą widza w każdej scenie. Fantastyczna makabreska była oczywiście niemałym przebojem, lecz na następny film Australijczyka przyszło poczekać jego fanom pięć lat.

532934-the_witches_of_eastwick_poster

W tym czasie Miller pomógł swojej rudowłosej rodaczce odbić się na tyle wysoko, aby wkrótce wylądowała w Fabryce Snów i została tam do dziś. W latach 1987-91 Nicole Kidman, bo o niej mowa, zagrała w dwóch wyprodukowanych przez reżysera miniserialach (Wietnam, Bangkok Hilton) oraz dwóch filmach kinowych, z których jeden przysporzył jej niemałej popularności.

Wyreżyserowany przez Phillipa Noyce’a thriller Martwa cisza (1989) opowiadał o małżeństwie, które po stracie dziecka wyrusza w rejs jachtem. Na pełnym morzu napotykają jednak rozbitka (Billy Zane), jak się wkrótce okazuje, niebezpiecznego psychopatę. Podczas gdy mąż (Sam Neill) stara się wydostać z tonącego wraku, to od żony (Kidman) zależy, czy przechytrzy szaleńca.

Miller film nie tylko wyprodukował, ale również całkiem nieoczekiwanie został reżyserem drugiego planu, kręcąc podwodne ujęcia. Scenariusz napisał Terry Hayes, współautor dwóch kontynuacji Mad Maxa oraz wspomnianych seriali z Kidman. Dzięki trzymającej za gardło reżyserii Noyce’a, pełnej niespodzianek historii oraz rolom trójki aktorów powstał pierwszorzędny dreszczowiec, który australijskiej aktorce przyniósł bezpośredni bilet do Hollywood, a Millerowi satysfakcję, że mógł się do tego przyczynić. Wspólnie zrealizowali jeszcze młodzieżowy romans Randka na przerwie (1991) w reżyserii Johna Duigana, film znany przede wszystkim z faktu, że wraz z rudowłosą aktorką zagrała debiutująca Thandie Newton.

fhd989DCM_Nicole_Kidman_012

Na planie Oleju Lorenza (1992) Miller ponownie pracował z Susan Sarandon, co zaowocowało nominacjami do Oscara dla obojga. Po raz pierwszy w karierze reżyser postanowił porzucić fantastykę na rzecz autentycznej historii małżeństwa, które odkrywa, że ich kilkuletni syn zapadł na niezwykle rzadką i nieuleczalną chorobę. Zamiast poddać się i zawierzyć lekarzom, państwo Odone’ów wzięło sprawy w swoje ręce i zaczęło uczyć się medycyny, szukając w książkach oraz artykułach sposobu – początkowo na zahamowanie, a później powstrzymanie ADL. Stopniowo zdobywana wiedza oraz nieustająca nadzieja na poprawę okupiona została licznymi wyrzeczeniami ze strony rodziców oraz niezrozumieniem otoczenia.

Miller nie bał pokazać się swoich bohaterów jako ludzi dzielnych i ambitnych, ale po czasie też zmęczonych, zgorzkniałych, nie liczących się ze zdaniem innych. Zwłaszcza matka (wspaniała Sarandon) wydaje się wrogo nastawiona do tych, którzy nie wierzą, że chłopiec może cokolwiek jeszcze rozumieć czy czuć. Ojciec (bardzo dobry Nick Nolte z włoskim akcentem) jest nawet w swojej desperacji żywiołowy, ale zawsze szukający wyjścia w logice, trzeźwym myśleniu nie podyktowanym emocjami.

lorenzos_oil

Nigdy wcześniej ani później Miller nie podjął się realizacji projektu tak ambitnego pod względem opowiadanej historii.

Jego medyczne wykształcenie przydało się, aby uwiarygodnić scenariusz, za który otrzymał nominację do Nagrody Akademii, lecz to reżyseria wydaje się odróżniać Olej Lorenza od innych filmów medycznych. Australijczyk nie jest typem sentymentalisty, choć na pewno niejedna osoba mogła się wzruszyć oglądając ten dramat. Kręci swój film korzystając ze środków wyrazu charakterystycznych dla poprzednich jego produkcji, jakże odległych gatunkowo.

Na przykładzie właśnie tego obrazu można najwyraźniej zaobserwować wyznaczniki stylu Millera. Dynamiczna praca kamery, znajdująca się często bardzo blisko bohaterów, a jednocześnie zamiłowanie reżysera do dalekich planów, liczne zbliżenia, nienaturalne kadrowanie, położenie dużego nacisku na warstwę dźwiękową, która w połączeniu z obrazem daje intrygujące efekty.

W przypadku poprzednich jego filmów mogło to umknąć uwadze, gdyż tamte światy już na pierwszy rzut oka były skrzywione, a styl Millera tylko to uwypuklał. Trudno wyobrazić sobie, aby w dramacie obyczajowym na podstawie autentycznej historii te sztuczki mogły pomóc, a jednak udało się to. Być może dlatego, że dla samego reżyser sytuacja, w której znaleźli się bohaterowie uzmysławia im, że żyją w świecie nie mniej szalonym niż ten z fantastycznych dystopii o Maxie. I aby przeżyć w takiej rzeczywistości, należy porzucić normalność oraz szablonowe myślenie i zacząć działać na opak, szukając wyjścia w rozwiązaniach przez wielu uważanych za szalone.

wnhnofa2vxgffxndvxm7uzzwj5o

W 1995 roku powstał film, który zaskoczył wszystkich, choć rzadko kiedy jest utożsamiany z samym Millerem.

Babe – świnka z klasą była projektem, o którym twórca ten marzył od lat, lecz w momencie powstania postanowił zadowolić się tylko rolami producenta i współscenarzysty.

Nakręcona przez Chrisa Noonana opowieść o małej śwince z zadatkami na psa pasterskiego doczekała się siedmiu nominacji do Oscara, również w najważniejszych kategoriach (najlepszy film, reżyseria, scenariusz). Ostatecznie skończyło się na jednej statuetce, za efekty specjalne, oraz zachwycie widzów i krytyków nad szlachetną historią, udanie łączącą humor z dramatem.

Twórcy postanowili iść za ciosem i w trzy lata później powstała kontynuacja, Babe – świnka w mieście, wyreżyserowana już przez samego Millera. Niestety tym razem instynkt zawiódł Australijczyka. O ile historia podróży prosiaczka do wielkiego miasta niepozbawiona była atrakcji i mądrego przekazu, o tyle zabrakło lekkości charakteryzującej oryginał. Tym razem styl Millera okazał się kompletnie nie pasujący do opowieści dla dzieci, czyniąc z kontynuacji miejscami groteskową i straszną bajkę. Miasto raziło sztucznością, ludzie byli nieludzcy, a nowi zwierzęcy bohaterowie nie zawsze dali się lubić. I choć intencje były czyste, wykonanie godne podziwu, a kilka scen rzeczywiście mogło wzruszyć, trudno nie traktować Świnki w mieście jako niepowodzenia na koncie reżysera. Film okazał się finansową klapą, każąc Millerowi zastanowić się nad powrotem do swojego kultowego bohatera.

MSDBABE EC051

Zdjęcia do czwartego Mad Maxa rozpocząć się miały już w 2001 roku, z Melem Gibsonem ponownie w roli tytułowej. Lecz po ataku na World Trade Center kurs dolara australijskiego względem amerykańskiego poszybował tak wysoko, że i budżet filmu urósł do niebotycznej kwoty. Trzeba było poczekać, aż sytuacja się ustabilizuje. W międzyczasie Gibson stracił ochotę na jeszcze jedną szaloną jazdę przez pustynię (sam miał wtedy kilka swoich „szalonych jazd”), co sprawiło, że studio odłożyło projekt na bok. Miller zatem mógł poświęcić się pracy nad filmem, który w końcu przyniósł mu upragnionego Oscara.

Happy Feet: tupot małych stóp (2006) mógł być ryzykowny dla kariery australijskiego twórcy. Nie dość, że po raz pierwszy mierzył się z animacją, to jeszcze był to znów film dla najmłodszych, co przecież w przypadku sequela Babe skończyło się porażką. Tymczasem nie dość, że powstała bajka urocza, bezbłędnie zrealizowana, pełna fantastycznej muzyki i z zaskakującą wymową ekologiczną, to jeszcze Miller dostał za nią najważniejszą nagrodę w świecie filmowym. Historia młodego pingwina Mambo, który woli stepować zamiast śpiewać jak każdy inny jego pobratymiec, jest skonstruowana wokół elementów znanych z poprzednich filmów reżysera. Ponownie głównym bohaterem jest jednostka, która odznacza się pewną innością wśród otoczenia, uważana przez innych za niespełna rozumu, a jednak czyniąca ze swojego „szaleństwa” atut. I podobnie jak to miało miejsce w przypadku kontynuacji Mad Maxa reżyser mitologizuje postać Mambo, wkładając w usta innego nielota, Lowelasa, historię jego wędrówki. Jedną pustynię natomiast zamienił na drugą, lodową.

Mumble-Penguin

Pięć lat później Miller zrealizował Happy Feet: tupot małych stóp 2, lecz podobnie jak to było w przypadku Świnki w mieście rezultat był daleki od sukcesu. Tym razem treścią filmu była międzygatunkowa akcja ratunkowa w celu wydostania uwięzionych nielotów. Wszystkie elementy składowe oryginału pojawiły się również w kontynuacji, lecz najwyraźniej widzowie niespecjalnie chcieli oglądać powtórkę z rozrywki. Pingwiny są przesympatyczne, również gdy śpiewają i tańczą, co powiedział już pierwszy film. Drugi był zwyczajnie niepotrzebny.

I tak docieramy do Mad Maxa: Na drodze gniewu, sam Miller zatacza zaś niejako koło. Śledząc jego karierę wyraźnie widać, że z każdym kolejnym projektem odchodził on coraz dalej od swojego najsłynniejszego dzieła. Mniej było w nich brutalności, a widownia z filmu na film była coraz młodsza. Krwawe rządy Hummungusa zastąpił bajkami o dzielnej śwince i tańczących pingwinach, choć nawet kręcąc światy dla dzieci nie zapomniał, że trochę szaleństwa nie zaszkodzi. Ciekawym będzie zobaczenie twórcy Happy Feet znów w gatunku, od którego zaczynał i któremu wielce się przysłużył. Mad Max wypromował nowe kino australijskie, ale miał także znaczący wkład w postapokaliptyczny odłam kina fantastycznego, w którym wojownicza jednostka walczy nie tylko z antagonistą (często przeważającym liczebnie), ale i z wrogim środowiskiem, światem zniszczonym i niejako cofniętym do wieków średnich. Mając w głowie taki obraz aż trudno się nadziwić późniejszym dziełom Millera.

DSC_3888.JPG

Wracając do postawionego na początku pytania:

czy George Miller zasługuje na miano wizjonera? Czy nazwanie go mastermindem nie jest przesadzone?

Nigdy o nim nie myślałem w ten sposób. Być może dlatego, że cała jego kariera pozostała w cieniu filmów, które nakręcił na samym początku. Filmów niekoniecznie wybitnych, lecz z pewnością kultowych i ważnych dla gatunku. Nawet jego najbardziej dojrzałe, przemyślane i zwyczajne najlepsze dzieło, jakim jest Olej Lorenza, pozostaje przemilczane, gdy mowa o reżyserze. Szkoda, że owo „wizjonerstwo” jest sprowadzane tylko do futurystycznego cyklu o Maksie Rockatanskym, choć przyznam, że nie mogę się doczekać kolejnego spotkania z wojownikiem szos. Na drodze gniewu zbiera ochy i achy zarówno od widzów, jak i krytyków, jednomyślnie twierdzących, że lepszego filmu akcji nie było od lat. Nieźle jak na 70-letniego miłośnika pingwinów.

Miller może być uważany za reżysera rozrywkowego, lecz to kino jakoś dziwnie oddziałuje na widzów. Dzika energia, którą da się zaobserwować we wszystkich jego filmach, czyni z nich coś wyjątkowego. Tak jakby opowiadane historie chciały się wyrwać z ekranu kinowego i żyć własnym życiem. Niczym uwięziony w telewizorze Daryl Van Horne w finale Czarownic – uśmiecha się, wie, że wszyscy go oglądają, pragnie tego. Wariaci rządzą kinem Millera, a nam się to podoba. Najwyraźniej wszyscy jesteśmy trochę szaleni.

korekta: Kornelia Farynowska

Mel Gibson, George Miller, Tom Hardy

Krzysztof Walecki

Krzysztof Walecki

Lubi horrory.
Krzysztof Walecki

Latest posts by Krzysztof Walecki (see all)







  • Szymon

    „Wizjoner” bierze się chyba raczej z określenia Millera jako człowieka z wizją – wizją, czyli warstwą wizualną, najważniejszą z punktu widzenia filmowej opowieści. Miller jest jednym z mistrzów kadru, planu i montażu, którego historie opowiadają się za pomocą obrazów, a nie słów. Dialogi w Mad Maxie 2 ograniczone są do niezbędnego minimum, większość historii opowiedziana jest (i dopowiedziana) obrazem. Pierwsze pięć minut filmu w kilkunastu kadrach opowiada niemal całą historię o tle wydarzeń: zbliżenia na Maksa próbującego ocalić benzynę, szerokie plany pustkowia, średnie plany pokazujące reakcje Maxa na zachodzące wokół wydarzenie, np. pojawienie się wrogów, dynamiczny montaż odsłaniający po kolei kolejne fragmenty akcji, wizualne znaczenie elementów samochodu (np. dramatyczne zbliżenie na czerwone pole wskażnika ilości paliwa z napisem Fuel sugerujące ważną rolę benzyny w opowieści), znakomita inscenizacja kadrów i dramatyzm scen – można wymieniać bez końca. To za taką rzemieślniczą sprawność i znakomite rozumienie języka filmu i genialne go wykorzystywanie Miller dorobił się miana Wizjonera. Opowiedział jedyną w swoim rodzaju historię za pomocą wizjonerskich metod, w dodatku zapoczątkował tym samym pewien nowy rodzaj myślenia o kinie (w tym przypadku: kinie akcji).

    • Mefisto

      Ale w oryginale masz „mastermind’, co generalnie nie oznacza wizjonera, a bardziej geniusza. A z tym już można się kłócić – nawet biorać pod uwagę genialność najnowszego Maxa.

  • gambit

    Moja mina gdy zobaczyłem, że Miller odpowiada za Babe, Olej Lorenza i Happy Feet – bezcenne. Bardzo dobry, mało znany reżyser, który jest znany ze swoich filmów. Mastermind? Nie, ale na pewno dobry rzemieślnik i wizjoner.

  • al_jarid

    Narażę się, jak powiem, że nie lubię George’a Millera? Pewnie tak. Ale nie lubię go. Nic na to nie poradzę. To znaczy nie jego konkretnie, bo osobiście go nie znam, ale nie lubię jego twórczości. Z całej jego filmografii podoba mi się właściwie tylko „Mad Max II” i to też nie rzuca mnie jakoś na kolana – po prostu ma dobry postapokaliptyczny klimat i finałowy pościg, który mogę oglądać w nieskończoność.
    Ale reszta jego filmów? Pierwszy „Mad Max” ma dobre sceny kaskaderskie, ale sprawia wrażenie filmu nakręconego dość niezdarnie (wybaczcie) i w paru miejscach przynudza. „Pod kopułą Gromu” z początku nawet ujdzie, jest kilka fajnych pomysłów, ale od momentu wprowadzenia dzieciaków robi się nieznośnie familijnie. A pościg, podczas którego jeden z dzieciaków okłada bad guyów patelnią po pyskach, to… no po prostu… coś we mnie umarło. Niby większy budżet, a wszystko to przy „Mad Maksie II” wygląda biednie.
    „Czarownic z Eastwick” nie trawię w ogóle. Ledwo dobrnąłem do końca. Jakieś to takie… kuriozalne. Ani ciekawe, ani zabawne, wieje tandetą od tego, aż strach.
    „Martwa cisza” – myślałem, że nawet jest oglądalna, aż do końcówki, która jest tak niebotycznie tandetna, że nie sposób się nie roześmiać, i psuje odbiór tego filmu jako całości.
    „Babe” – może być, nawet sympatyczne, ale nic porywającego. Jak się raz zobaczy, nie ma potrzeby do tego wracać.
    „Happy Feet” – nie znoszę. Nudy, ciągnie się to w nieskończoność, przeładowane wątkami i nie ma w ogóle lekkości, której by się człowiek spodziewał po filmie o stepującym pingwinie. W dodatku sposób, w jaki próbuje uderzać w konserwatystów… No poważnie, pingwinia starszyzna (oczywiście same stare, złośliwe łajdaki, patrzące nienawistnie na wszystko co nowe) modląca się do Wielkiego Pingwina? Nawet jakbym był antyklerykałem (a nie jestem) to toporność tego konceptu by mnie zniesmaczyła.
    Na nowego „Mad Maksa” się wybieram, ale nie z powodu nazwiska Millera. Większość jego filmów to dla mnie – powiem bezceremonialnie – chłam. Po prostu.
    Ale idę na „Fury Road”, bo zwiastuny wyglądają tak, że szczęka opada. Świetne zdjęcia, cudne sceny kaskaderskie… Do tego ta R-ka (nic nie mam do filmów w PG-13, naprawdę, ale wkurza mnie przykrawanie na siłę dorosłych tematów, by mieściły się w tej kategorii wiekowej). Wygląda to na coś dla fanów kina akcji w starym, dobrym stylu. Liczę, że się nie zawiodę. I wtedy może spojrzę na pana Millera łaskawszym okiem :)

    • Patryk Głażewski

      Zapewne narażę się na niepochlebne opinie, ale mam wrażenie, że za te elementy Happy Feet dostało Oskara ;P. Moja opinia jest podobna, choć ewentualnie kilka drobnych elementów mi się podobało. Babe lubię bardzo, reszty filmów jakoś nigdy nie udało mi się obejrzeć (Mad Maxa wypada zaliczyć całego, a nie tylko trzecią część).

    • steppenwolf1982

      Tak się składa, że „Fury road” to rzeczywiście najlepszy film Millera.

      • al_jarid

        Byłem na tym przedwczoraj. Owszem, jest najlepszy pod względem realizatorskim, ale jeśli chodzi o scenariusz, to jednak wolę „Wojownika szos”. „Fury road” to jeden wielki pościg – oglądanie go to sama przyjemność, ale liczyłem na więcej, bo początek w Cytadeli był intrygujący i spodziewałem się dokładniejszego przedstawienia tej społeczności, no i ogólnie jakiejś bogatszej fabuły, do której pościgi będą dodatkiem. Tymczasem po kilku minutach zaczyna się pościg i trwa do końca. Może to dziwne skojarzenie, ale odebrałem to trochę podobnie jak „Apocalypto” – tam moja reakcja tez była taka: „O, fajne miasto! Ciekawa społeczność! To teraz dopiero fabuła się rozkręci! Co? Po paru minutach już opuszczamy miasto? I co teraz, ten gostek będzie uciekał do końca filmu, a tamci będą go gonić? I… i to wszystko?”
        No i w nowym „Mad Maksie” jest to samo. Fajne jako film akcji, ale niedosyt pozostaje, bo to najdłuższy film z tej serii, a ma najuboższą fabułę z nich wszystkich.
        I co to za nowa moda? Kręcą „Hobbity”, w których hobbit stoi na uboczu, przyćmiony przez inne postacie, kręcą „Godzillę”, w której prawie nie ma „Godzilli”, a teraz jeszcze „Mad Maksa”, w którym Max jest właściwie trzecią w hierarchii ważności postacią (po Furiosie i Nuksie). Oszukaństwo! Nie chodzi mi o to, że ma mało czasu ekranowego, bo to nie tak. Cały czas gdzieś tam się plącze. Problem w tym, że wszystkie najważniejsze rzeczy w tej historii robi ktoś inny.
        Tak że ogólnie oglądało się całkiem fajnie, ale z „Mad Maców” wolę dwójkę.

        • steppenwolf1982

          Moim zdaniem to właśnie „Fury road” posiada najlepszy scenariusz spośród wszystkich „Maksów”. Jest prosty (nie zawiera ani jednej zbędnej sceny), a jednocześnie bardzo złożony, bogaty w detale i poszczególne warstwy (charakterystyka przedstawionego świata, bardzo spójny konceptualny design opisujący poszczególne „plemiona” oraz filmową logikę ich funkcjonowania – podłoże religijne, społeczne itp.). Podoba mi się przejrzysta, 3-aktowa struktura, w której doskonale wyważone są momenty ekstremalnego napięcia, jak i krótkie chwile oddechu. Bardzo dobrze scharakteryzowane są postaci, jak i relacje między nimi – o każdej z nich bardzo wiele się dowiedziałem, każda wydała mi się na swój sposób ciekawa (zwróć uwagę, że nawet postaci pięciu matek bardzo się od siebie różnią). W przeciwieństwie do „Road Warrior” nie nudzi ani przez chwilę i nie jest to kwestia realizacji, ale dobrego scenariusza, który zawiera co w filmie powinno się znaleźć a co nie.

          • al_jarid

            Z tym światem przedstawionym to mam ten problem, że pokazano wiele intrygujących szczegółów, ale film się po nich w zasadzie prześlizguje, zamiast zagłębić się w temat, bo najważniejszy jest pościg i tyle.
            Pewnie, że film nie nudzi, ale trwając dwie godziny mógłby poświęcić trochę czasu na wstęp, bo tak to mamy tylko rozwinięcie i zakończenie. Może jestem filmowym tradycjonalistą, ale chciałbym, żeby pokazano mi najpierw trochę jak wyglądało życie tych dziewczyn w Cytadeli, wprowadzono jakoś postać Furiosy, co ją popchnęło do tej ucieczki itp., tymczasem już na początku akcja rusza pełną parą, co jest z jednej strony zaletą dla miłośników kina akcji, ale z drugiej… no, widza (przynajmniej takiego jak ja) mniej obchodzi los postaci, których nie zdążył poznać. A film nie zadaje sobie trudu, by mu te postacie przybliżyć.
            I chyba po prostu dlatego wolę „Wojownika szos”, który stopniowo i bez pośpiechu wprowadza widza w świat i panującą w nim sytuację, co jakiś czas oszczędnie serwując scenę akcji, by zakończyć się epickim pościgiem. Taka konstrukcja filmu bardziej mi odpowiada.
            Co oczywiście nie znaczy, żeby mi się nie podobała najnowsza część, bo „Fury road” bez wątpienia zjada na śniadanie zarówno pierwszego „Mad Maxa” jak i „Pod kopułą Gromu”.

          • steppenwolf1982

            Pominięcie tradycyjnej ekspozycji na początku filmu to dla mnie jedna z największych zalet „Fury road”. Porównałbym to do „Evil dead 2”, gdzie podobnie szybko wchodzimy w sam środek akcji, która z każdą kolejną sceną nabiera rozpędu, racząc nas czysto wizualnymi pomysłami.

          • al_jarid

            Czy nie jest jednak tak, że pewne tradycyjne schematy opowiadania historii przyjęły się dlatego, że dobrze się sprawdzają?
            Ekspozycja to dobra rzecz, jeśli jest dobrze zrobiona i pomaga budować klimat (niestety w wielu filmach musimy przebrnąć przez nudy do kwadratu w początkowej części). „Obcy” byłby słabszym filmem, gdyby zaczynał się od momentu, w którym pojawia się tytułowy stworek.
            Akurat wprowadzanie w świat przedstawiony Millerowi całkiem nieźle wychodziło w poprzednich „Mad Maksach”, a tym razem od razu „BUM! Macie pościg!”.
            Takie mamy czasy, sztuka opowiadania historii coraz bardziej ustępuje miejsca niekończącej się, rozbuchanej akcji. Więc… cóż, szanuję Twoją opinię, dla mnie jednak niestety to nie jest jedna z największych zalet „Fury road”.
            Ale gitarzysta był szałowy :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

LOVE - artystyczne porno od Gaspara Noe

Następny tekst

CHRONIC - Tim Roth opiekuje się chorymi



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE