search
REKLAMA
Szybka piątka

Filmy, które okazały się największym ROZCZAROWANIEM

REDAKCJA

25 listopada 2020

REKLAMA

Szybka piątka #159

Są filmy dobre, są filmy złe. Są też takie, z którymi wiązaliśmy wielkie nadzieje, a które ostatecznie nas rozczarowały. Dopisalibyście coś do listy stworzonej przez naszych redaktorów?

Tomasz Raczkowski

  1. Suspiria (2018) – remake klasycznego filmu Argento, pomimo że karkołomny, mógł się udać. Zmieniona sceneria, dodanie rysu politycznego i wprowadzenie perspektywy feministycznej do filmu, który obraca się wokół tańca i czarownic – wszystko to brzmiało naprawdę obiecująco. Jednak Luca Guadagnino nie do końca chyba uniósł zadanie, nie wykorzystując subwersywnego potencjału Suspirii. Zamienił zamierzone przerysowanie banalizującym uproszczeniem i ostatecznie nie potrafił nic ciekawego z tego ulepić, a długi seans jego remake’u trudno uznać za inny niż rozczarowujący.
  2. Sin City: Damulka warta grzechu – zupełnie niepotrzebny sequel, który nie dodaje nic ciekawego do oryginału. Właściwie wygląda wręcz jak imitacja, a nie kontynuacja. Rodriguez i Miller nie potrafią już wycisnąć nic z odkrywczej dziewięć lat wcześniej estetyki, nie ma punktu zaczepienia dla historii i mam wrażenie, że jednym celem Damulki… jest zarobienie paru dolarów na fali popularności Miasta grzechu.
  3. Mroczne cienie – sygnały, że Tim Burton traci mistrzowską formę, były już wyraźne od kilku projektów, jednak to Mroczne cienie były chyba tym filmem, który dosadnie i boleśnie uzmysłowił wszystkim jakościowe załamanie tego reżysera, a także i jego współpracy z Johnnym Deppem. Adaptacja gotyckiej telewizyjnej opery mydlanej wypadła tak generycznie, jak tylko mogła, nie umiejąc nawet imitować sławetnej Burtonowskiej groteski, pomimo znakomitej obsady.
  4. Złota rękawiczka szedłem na ten film z wielkimi oczekiwaniami, spodziewając się brawurowej, brutalnej i intrygującej wiwisekcji zła na przykładzie jednego z najbardziej niesławnych niemieckich seryjnych morderców. Reżyserował Fatih Akin, a więc z pewnością solidy filmowy rzemieślnik, co mogło więc pójść nie tak? Ano wszystko, od kuriozalnie sztucznej charakteryzacji (odpychającego Fritza Honkę zrobiono z żurnalowego modela) i scenografii, przez nijaki komentarz społeczny, aż po paskudną eksploatację obsceniczności. Okropny film i jeszcze większe rozczarowanie.
  5. Król (2019) – podchodziłem do seansu zachęcony peanami na cześć fascynującej wizji historycznej Denisa Michoda oraz fenomenalnej, dojrzałej roli Timotheego Chalameta. A dostałem… kolejną filmową adaptację Szekspira. Bardzo fajną, dobrze nakręconą i zagraną, ale w żaden sposób niezaskakującą, momentami do poziomu ekranizacji lektury szkolnej. Ani w tym unikalnej wizji historii, ani wywrotowej interpretacji, ani niczego zaskakującego od głównego aktora. Niby w porządku, ale jednak rozczarowanie.

Odys Korczyński

  1. Magia w blasku księżyca – Allenowski taśmociąg rwie się mocno w ostatnich 10 latach, a Magia… jest tej czkawki produkcyjnej przykładem. Spodziewałem się filmu naprawdę magicznego, z metafizyczną narracją przypominającą tę z O północy w Paryżu, a dostałem ubogą w pazurzaste argumenty krytykę spirytyzmu.
  2. Liga sprawiedliwości – dla Gal Gadot robi się wiele, nawet ogląda Ligę sprawiedliwości. Wciąż nie mogę uwierzyć, że to, co zobaczyłem, mogło kosztować 300 milionów.
  3. Rebeka – dość już upłynęło lat od wersji z 1940 roku w reżyserii Hitchcocka. Zmieniło się i kino, i dosłownie cały świat. Zmiany okazały się tak dogłębne, że wyobraziłem sobie remake wykorzystujący je w pełni, a nie tylko odtwórczo podchodzący do historii. Mało tego, z nieznośnym, ślimaczym niezdecydowaniem, czy kręcą romans, czy kryminał.
  4. Ryś – po raz kolejny przekonałem się, że osobliwy czas PRL był złotym okresem polskiej komedii. Jakakolwiek próba powrotu do tamtej stylistyki i sposobu myślenia dzisiaj na ekranie wygląda pokracznie, nawet w wykonaniu tych samych aktorów. Najwidoczniej muszą udawać motywację, a wtedy naprawdę walczyli z systemem.
  5. Gra Endera – na nieszczęście przeczytałem książkę i złapałem się za głowę, jak dalece można rozwalić świetną historię. Mam wątpliwości, czy twórcy w ogóle czytali powieść Orsona Scotta Carda. Wolę więc zapomnieć o filmie, chociaż grał tam Harrison Ford.

REKLAMA