search
REKLAMA
Archiwum

WRÓG PUBLICZNY NR 1 (2008)

Bogusz Dawidowicz

1 stycznia 2012

REKLAMA

Pierwsze skojarzenia, jakie nasuwają się na wspomnienie kina gangsterskiego, to twórczość amerykańskich tuzów gatunku; Coppoli, Scorsese, czy De Palmy. Niewielu z nas podąża wtedy myślami w stronę Francji. Wielka szkoda, gdyż szczególnie w latach 70. miała w tej materii wiele do powiedzenia. Wybitny reżyser Jean-Pierre Melville w swoim „Kręgu zła”, czy dylogia „Borsalino” Jacquesa Dearaya (wszystkie trzy z Alainem Delonem w roli głównej) raczyły nas odmienną stylistyką i charakterem, będąc ciekawą alternatywą dla Hollywood.

Jean-Franoçois Richet, reżyserując dyptyk „Wróg publiczny nr 1” udowodnił, że jest godnym spadkobiercą mistrzów znad Sekwany. Dodatkowo czerpiąc pełnymi garściami z twórczości klasyków zza Wielkiej Wody, stworzył mieszankę doprawdy znakomitą.

Film rozgrywający się na przestrzeni prawie dwóch dekad lat 60. i 70., opowiada historię jednego z najsłynniejszych francuskich gangsterów w dziejach tego kraju. Jacques Mesrine (Znakomity Vincent Cassel), bo o nim mowa, był socjopatą, wielokrotnym mordercą, zajmował się głównie napadami na banki i kasyna. Chełpił się zainteresowaniem mediów; życie w błysku fleszy było jednym z motorów napędowych jego działań. Zadufanie w sobie i megalomania nie opuszczały go do ostatnich jego dni.

Część pierwsza rozpoczyna się emocjonującą sceną zasadzki, jaką zrobiono na Mesrina 2 listopada 1979 r., po czym akcja cofa się do 1959 r. Obserwujemy wtenczas epizod z jego służby wojskowej w Algierii. Wykonując rozkazy przełożonych pod trójkolorowym sztandarem, dopuszczał się rzeczy strasznych. Stwierdzenie, że przez wojsko stał się tym, kim poznał go cały świat, jest zbyt daleko posunięte, niewątpliwie jednak, był to stygmat, który zaciążył na jego dalszej egzystencji. Bohater raz zakosztowawszy przemocy, po powrocie do kraju, nie potrafi wyzbyć się dawki adrenaliny, którą mu ona dawała. Pragnie kolorytu, którego nie dostarczy zwykłe mieszczańskie życie i praca. Pieniądze, wpływy, splendor, nie on pierwszy zaczyna tego pożądać. Świat przestępczy jawi mu się jako ten, który może to zapewnić. Odstawia na bok rodzinę, szczególnie ojca, którego uważa za człowieka słabego charakteru i kolaboranta za czasów II Wojny Światowej, wreszcie wnika w środowisko bezwzględnych kryminalistów.

Za przewodnika z początku obiera sobie starego przyjaciela. Ten poznaje go ze swoim pryncypałem Guido (Gérard Depardieu), legendą podziemnego świata. Guido wkrótce staje się jego mentorem. Mesrine sukcesywnie przeistacza się w pozbawionego skrupułów bandytę. Co prawda z początku, po pierwszej odsiadce przez moment stara się żyć uczciwie u boku żony i dzieci, ale jego prawdziwa natura nie daje o sobie zapomnieć. Później są już kolejne kochanki i kolejni wspólnicy (czasem jedna osoba pełni obie te funkcje), ale przede wszystkim coraz bardziej spektakularne akcje w jego wykonaniu, nie tylko we Francji, ale również i w Kanadzie, gdzie rozgrywa się część Dylogii. Mesrine jest cały czas w ruchu, podróżuje po Europie i Ameryce, nawet pojmanie nie jest mu straszne. Co i rusz ośmiesza wymiar sprawiedliwości, uciekając z kolejnych więzień. Zaczyna szokować opinię publiczną niezwykła butą i odwagą swoich poczynań, stając się tytułowym wrogiem publicznym nr 1.

Jaques Mesrine jest typem postaci, jakie kochamy najbardziej. Charyzmatyczny, niespokojny duch i inteligentny indywidualista. Mimo iż jest potworem, ma swój prywatny kodeks honorowy wg którego postępuje. Miewa przebłyski autentycznych, głębokich ludzkich uczuć. Na przemian odpycha nas i fascynuje, wymyka się wszelkim schematom. Ukazanie złożoności Mesrina, byłoby niemożliwe, gdyby nie brawurowa kreacja Vincenta Cassela, zasłużenie nagrodzona Cezarem. Można się pokusić o stwierdzenie, że momentami obserwujemy spektakl jednego aktora, ale za to jakiego! Często można spotkać się z wyświechtanym sloganem, że „trudno sobie wyobrazić innego aktora w danej roli”, a w tym wypadku to stwierdzenie jest jak najbardziej trafne. Bez wątpienia jest to największe dokonanie w dotychczasowej karierze Cassela.

Sposób narracji, umiejętne dawkowanie napięcia, pełnokrwiste osobowości, strzelaniny, egzekucje, wszystkie te elementy składają się na wspaniałe widowisko i powinny ukontentować każdego konesera gatunku. Dyptyk zachowuje doskonałe proporcje między emocjonującym thrillerem, a studium psychologicznym głównych bohaterów. Przywiązanie twórców do oddania realiów epoki świata przedstawionego wydaje się być imponujące. Scenografia, rekwizyty, wszystko to jest najwyższej próby. Reżyser przygotowywał się do tego projektu przez kilka lat, nie dziwi więc fakt, że jest on dopracowany w każdym aspekcie.

Dylogię „Wroga Publicznego nr 1” należy traktować jako jedno dzieło podzielone na dwa akty ze względu na czas projekcji. Jednakże można wychwycić pewne różnice pomiędzy obiema częściami. Sposób sfilmowania pierwszej, z jej długimi ujęciami, eleganckimi najazdami kamery przywodzi na myśl klasyczne dzieła gangsterskie z lat 70 – zarówno francuskie jak i amerykańskie. Druga ma bardziej dynamiczny montaż, operator sięga po kamerę „z ręki”, bardziej tożsamą ze współczesnym kinem opowiadającym o przestępczym półświatku. Oglądamy wówczas kontrolowany chaos, kojarzący się nieco z najlepszymi czasami Guya Ritche. Różnice te świetnie odzwierciedlają stan emocjonalny głównego bohatera. W pierwszej odsłonie, mimo iż cały czas żyje na krawędzi, jest pewny swego. W drugiej, jego już i tak spaczona psychika wydaje się coraz bardziej niestabilna. Mesrine miota się wiedząc, że pętla na jego szyi zaciska się coraz bardziej, ale mimo to podąża drogą autodestrukcji.

Brzmi to wszystko jak pean na rzecz tego filmu. Nie może być jednak inaczej. „Wróg publiczny nr 1”, to jedno z najlepszych o ile nie najlepsze kino gangsterskie ostatniej dekady. Obraz kompletny, w którym braki dostrzegą jedynie malkontenci. Jest to film dla tych, którzy zmęczeni amerykańskimi produkcjami, pragną zasmakować kina europejskiego. Jest to dzieło, które ma siłę wyrazu i uniwersalność historii hollywoodzkich, ale też, co tu ukrywać, klasę i wspaniały klimat starych francuskich filmów. Rok później powstali „Wrogowie publiczni” Michaela Manna, ale jawią się przy „dziecku” Richeta jak słaby żart. „Wróg publiczny nr 1” to po prostu świetny wytwór kinematografii, tym bardziej wart rekomendacji, że w Polsce jest praktycznie nieznany. Warto docenić ciężką pracę, jaką włożono w to nietuzinkowe przedsięwzięcie.

Artykuł z archiwum film.org.pl

Avatar

Bogusz Dawidowicz

REKLAMA