search
REKLAMA
Recenzje

WOJNA O PRĄD. Rozlana bateria w gwiazdorskiej obsadzie

Radosław Pisula

16 października 2019

REKLAMA

Wielka wojna o prąd, która dosłownie zelektryzowała Stany Zjednoczone pod koniec XIX wieku, to wdzięczny temat na filmową opowieść, który, o dziwo, nie doczekał się jeszcze adaptacji w gwiazdorskiej obsadzie, mającej szansę na oscarowe żniwa. I jeszcze trochę poczeka, bo upchana do lodówki na trzy lata Wojna o prąd Alfonso Gomeza-Rejona zdecydowanie nie jest obrazem mogącym w jakikolwiek sposób namieszać w wyścigu po statuetki. Nawet jeśli po ekranie hasają znakomici aktorzy.

Film Gomeza-Rejona został ukończony jeszcze w 2017 roku i miał mieć wtedy premierę, jednak wszystkie plany studia The Weinstein Company, pod którego obraz był kuratelą, posypały się w momencie, gdy na światło dzienne wyszły (niezbyt umiejętnie) ukrywane zwyrodnialstwa jej szefa, Harveya Weinsteina. Obraz miał wtedy zresztą premierę na festiwalu w Toronto, gdzie został przyjęty niezbyt ciepło, a sam maksymalnie umoczony Weinstein brał udział w przemontowaniu filmu. Na tym jednak przygody obrazu się nie zakończyły. Po prawie dwóch latach trafił on w ręce Lantern Entertainment, gdzie czekały go kolejne cięcia i zmiany. Teraz, po wielu wizytach na stołach operacyjnych i kilku latach leżenia w zapomnieniu, film trafił w końcu na ekrany kin.

I nie było zupełnie sensu na niego czekać, bo to ostatecznie skrojona pod wybłaganie oscarowych nominacji aktorskich historyczna wydmuszka, która przejeżdża się po intrygującym temacie z gracją deklamowania wpisu z Wikipedii. Niby sednem fabuły jest tutaj starcie o dostarczenie prądu Amerykanom przez konkurencyjne firmy Thomasa Edisona i George’a Westinghouse’a, ale niedoświadczony scenarzysta Michael Mitnick próbuje na siłę upchać jeszcze elementy, które odciągają od nadrzędnego konfliktu, co chwila rozwadniając go, przez co widz szybko traci zainteresowanie. Szczególnie pokracznie wygląda wątek Nikoli Tesli – reklamowany w zwiastunach jako istotny, odwołujący się do popkulturowego statusu jego starcia z Edisonem, a ostatecznie sprowadzony do kilku doszytych na siłę scen, gdzie wielki wizjoner zostaje obdarty ze swojego statusu, sprowadzony do roli zapychacza. I gdyby tutaj jeszcze było co zapychać, ale Gomez-Rejon na ma konkretnego pomysłu na ciekawe przedstawienie walki między elektrycznymi potentatami, przez co wszystko sprowadza się głównie do tego, że Westinghouse (Michael Shannon) przejmuje swoim prądem przemiennym kolejne miasta, a zgorzkniały Edison (zupełnie niewiarygodny w swojej roli Benedict Cumberbatch) podkłada mu świnię za świnią, przez co momentami wygląda to raczej jak przedłużony skecz z SNL połączony z pretensjonalnym zarzucaniem oscarowej zanęty niż składna opowieść o dwóch wielkich inżynierach.

Bo niby dzieje się tu dużo, ale co ciekawsze wątki są zbywane szybkimi cięciami montażowymi (dawno nie widziałem tak sztucznych prób zwiększenia dynamiki filmu), a sekwencje zbyteczne są rozbuchane ponad stan – brakuje tutaj umiejętnego wyważenia wątków, skupienia się na rzeczach istotnych i intrygujących, przez co cały film przypomina listę z odhaczaniem kolejnych „ważnych sytuacji” z historii wojny o prąd, tak bez większego komentarza, żeby tylko je wykreślić i lecieć dalej. Zresztą na tym poziomie widać, jak bardzo pochlastany został ten obraz, bo brakuje tutaj spójnej wizji. Zamiast utonąć w świecie takiego tematycznego samograja, dowiadujemy się jedynie kilku technicznych ciekawostek, a gdzieś nikną w tym wszystkim ludzie oraz emocje. Reżyser i scenarzysta po prostu nie udźwignęli ten diabelnie istotnej dla Ameryki historii i szkoda, że przez to pewnie znowu na parę lat zniknie ona gdzieś na ostatnich stronach kajetów producentów (chyba że nasz Tomasz Kot coś tam jednak zwojuje jako Tesla).

Ta wyraźnie nużąca męczybuła broni się jednak zdjęciami, za które odpowiada etatowy współpracownik Chan-wooka Parka, Chung-hoon Chung. Nie ma tu zbytnio miejsca na szaleństwa, ale próbuje kleić rzeczy z tego, co ma, i wykorzystuje dosyć pustawe przestrzenie z zaskakującą gracją, podkreślającą jego wielki talent – potrafi zaskoczyć nieprzewidzianym nachyleniem kamery, przemyślanym zbliżeniem, ciekawie komponuje postacie na tle scenografii. To solidna robota, ale też wpadająca zbyt często w bylejakość, jakby Chung przysypiał w czasie wizualizowania fabuły.

Aktorzy też walczą z tą materią, ale nie mają za bardzo w czym rzeźbić – wszystkie postacie to kartonowe archetypy, które jedynie momentami iskrzą jakimiś emocjami, ale to za mało, żeby utrzymać intensywność prawdziwego konfliktu. Ani przez moment nie wierzyłem, że Cumberbatch (wyglądający jak typowy Cumberbatch) to Edison, Tesli Houlta jest tu zwyczajnie za mało, żeby coś konkretnego o nim powiedzieć, a Tom Holland to jeszcze dosyć zagubiony chłopaczek i właściwie aż do finału nie wiedziałem, jaką dokładnie odgrywa tutaj rolę. Michael Shannon wydaje się być najciekawszy, ale jego postać najbardziej definiuje pokaźny wąs, a on sam jedzie na autopilocie. Jak na historyczną oscarową wydmuszkę zdecydowanie brakuje tutaj jakiejś wybitnej kreacji, będącej wodą na młyn tego typu kina – najwyraźniej sami aktorzy szybko stracili impet widząc, jak to się wlecze, i ostatecznie dostaliśmy taki Czas mroku, tylko bez trzymającego projekt za gardło Gary’ego Oldmana. W starciu wielkich umysłów brakuje iskier.

Cały ten film wygląda jak taki trzeci sezon serialu z History Channel, gdzie widz dostaje na start zbitą kluchę ekspozycyjną i multum postaci, a potem to wszystko toczy się w ślimaczym tempie do finału, po drodze gubiąc ciekawe wątki i kurczowo trzymając się tych niezbyt interesujących („panie Morgan, daj pan pieniążki po raz sześćsetny”). Ta historia nie zasługuje na traktowanie po macoszemu i marnowanie aktorskiego potencjału – a wyraźnie widać, że nikomu za bardzo nie chciało się tutaj pracować ponad normę, bo gwiazdy grają na tyle, na ile wypada, techniczni (z nielicznymi przebłyskami) zlepiają wszystko śliną, żeby nie rozpadało się w oczach, a reżyser ze scenarzystą nikną pod ciężarem tematu. Zapowiadana wersja reżyserska wydaje się czymś zupełnie zbytecznym, bo nie widzę tutaj materiału do ratowania. Ani sensu w tego typu działaniu.

Mogło to wyjść spokojnie na jakiejś platformie streamingowej, ale widać, że studio chciało coś jeszcze ugrać na znanych nazwiskach. A nie warto wpadać w tę pułapkę, bo tak uśniecie na seansie, że i prąd wymagany do oświetlenia Wystawy Światowej w Chicago was nie rozbudzi.

Avatar

Radosław Pisula

REKLAMA