Connect with us

Recenzje

WĘŻE W SAMOLOCIE. Samuel L. Jackson kontra zabójcze gady

WĘŻE W SAMOLOCIE to film, który łączy absurd z emocjami. Samuel L. Jackson staje w obliczu węży, a widzowie nie przestają się śmiać!

Published

on

WĘŻE W SAMOLOCIE. Samuel L. Jackson kontra zabójcze gady

„Sit back. Relax. Enjoy the fright.”

Gazety pisały, że będzie to „film klasy B, który na zawsze zmieni oblicze kina”, telewizje natomiast fundowały mu darmową promocję emitując reportaże opisujące niesamowitą wrzawę jaki tytuł ten wywołał w Internecie. Już na wiele miesięcy przed planowaną premierą, Węże w samolocie zostały przez niektórych okrzyknięte „dziełem kultowym”, przez innych „najlepszym filmem jaki jeszcze nie został nakręcony”. Fani prześcigali się w tworzeniu własnoręcznie zmontowanych zwiastunów, nagrywaniu skomponowanych przez siebie piosenek, sprzedawaniu samodzielnie wyprodukowanych koszulek promujących obraz, o którym, z jednym małym wyjątkiem, nie mieli absolutnie żadnego pojęcia.

Advertisement

Jedno było oczywiste – że scenariusz przewiduje samolot, w którym oprócz standardowej liczby pasażerów znajdzie się też niestandardowa ilość węży. Rozpętana w sieci histeria w żaden sposób nie była kontrolowana przez przedstawicieli wytwórni New Line Cinema, a jej włodarze tylko zacierali z zadowoleniem ręce. Bo jak tu nie być zadowolonym z faktu, że rozrośnięta do ekstremalnie gigantycznych rozmiarów kampania promocyjna, która w normalnych warunkach pochłonęłaby kwoty liczone w dziesiątkach milionów dolarów, w tym wypadku w najmniejszym nawet stopniu nie obciążyła żadnego z kont wytwórni? Bo jak tu się nie cieszyć z faktu, że wcielający się w głównego bohatera Samuel L.

Jackson nie tylko zgodził się, ale i wręcz zażądał angażu przy tej produkcji kończąc czytanie scenariusza na okładce, dokładnie po czterech słowach składających się na jej tytuł? Bo jak taki projekt może nie wypalić, skoro blisko połowa zawartości filmu to dokładnie to czego zażyczyli sobie fani?

Advertisement

„Enough is enough! I have had it with these motherfucking snakes on this motherfucking plane!”

Fenomen Węży w samolocie z jednej strony wyjaśnić jest bardzo łatwo, z drugiej natomiast dokonanie tego wydaje się niemożliwością. Łatwo oczywiście powtórzyć za innymi – że film ten to w zasadzie tylko tytuł. Tytuł tak durny, że aż zabawny. Tytuł tak prosty i tak wiele mówiący o zawartości, a jednocześnie tak świeży i niepodobny do niczego co widzieliśmy w przeciągu ostatniej dekady, że automatycznie przykuwający uwagę.

Advertisement

Tytuł tak chwytliwy, że kiedy Samuel L. Jackson dowiedział się, że planowana jest jego zmiana, zagroził odejściem z projektu oficjalnie przyznając, że to tytuł właśnie jest jedynym powodem, dla którego w ogóle zgodził się zagrać. Usłyszawszy o tym dziwnym kaprysie fani Jacksona, doszli do wniosku, że w filmie, w którym chce pojawić się za wszelką cenę nie może przecież zabraknąć charakterystycznych dla niego bluzg, wypowiadanych charakterystycznym dla niego tonem. Nakręcili więc własny amatorski zwiastun, gdzie padają słowa wytłuszczone na początku tego akapitu – zwiastun, który stał się tak popularny, że ta najbardziej oddająca osobowość Samuela L.

Jacksona linijka, dostała się do ostatecznej wersji filmu. A kiedy usłyszeli o tym kinomani-internauci, w sieci zapanowała wspomniana moda na węże, samoloty i wulgarnego agenta FBI ratującego pasażerów lotu 121 linii South Pacific Airlines. A kiedy New Line Cinema zorientowało się, że jest szansa zbicia niezłych kokosów na tej produkcji, postanowiono z nieciekawego filmu przygodowego zrobić ociekające krwią i jadem komediowe gore. Do gotowego już filmu dokręcono kilka hardkorowych scen, dorzucono scenę erotyczną, napakowano go wulgaryzmami i powstał obraz, który… zawodzi.

Advertisement

„Well, that’s good news – snakes on crack.”

Scenariusz Węży w samolocie jest jednocześnie prosty jak konstrukcja cepa oraz głupi niczym but z lewej nogi. Otóż pewien młody Amerykanin imieniem Sean, wybiera się na przejażdżkę po jednej z hawajskich wysp swoim motocrossem marki Kawasaki (delikatna dygresja – opisywany film jest po brzegi napakowany różnego rodzaju product placementem, z chyba najbardziej chamską reklamą od czasu Warki Strong w Demonach Wojny wg Goyi – w chwilę po punkcie kulminacyjnym filmu główny bohater wykrzykuje gromkie „All praise to the PlayStation!”, fabularnie uzasadnione, ale wywołujące uśmiech wręcz politowania).

Główny bohater pierwszych minut filmu przypadkiem staje się świadkiem zamordowania lokalnego prokuratora przez gangstera, zgadliście, lokalnego. Na swoje nieszczęście, zabójcą okazuje się człowiek litości nie znający, gotowy zrobić wszystko, byle tylko nie dopuścić kogokolwiek do zeznawania w sądzie przeciw niemu. A kiedy piszę „wszystko„, mam na myśli „wszystko”, łącznie z wcieleniem w życie planu zbrodni wręcz nazistowsko doskonałej – wypuszczenia setki niebezpiecznych, w większości jadowitych węży na pokład samolotu pasażerskiego, którym eskortowany przez agentów FBI Neville’a Flynna (Jackson) i Johna Sandersa (Mark Houghton) jest wspomniany amerykański młodzian.

Advertisement

Mało tego – na życzenie podejrzanego o morderstwo gady poddane zostają wcześniej specjalnej feromonowej kuracji, która czyni je bardziej zabójczymi niż Śmierć w dowolnej inkarnacji. Dzielni agenci FBI muszą stanąć więc ramię w ramię ze zwykłymi pasażerami by stawić czoła pełzającemu wszędzie niebezpieczeństwu, jednocześnie chroniąc świadka koronnego. Czy im się uda? Nietrudno się domyślić…

„Everybody listen up! We have to put a barrier between us and the snakes!”

camper

Większość pojawiających się w filmie gadów jest albo wygenerowana komputerowo albo sterowana animatronicznie. Jednak aż 450 [!] prawdziwych węży, przedstawicieli 25 różnych gatunków (wliczając w to kobry królewskie, grzechotniki oraz blisko 8-metrowego pytona) także miało swój udział przy realizacji.

Advertisement

Jak nietrudno zgadnąć, ciężko było zapanować nad takim zwierzyńcem – pojedynczym okazom udało się wymknąć z klatek mimo czujnego nadzoru ze strony treserów. Przeklęte gady przez jakiś czas straszyły poruszającą się po planie ekipę – niektórych z nich (węży, nie statystów) nie udało się odnaleźć po dzień dzisiejszy. Jeśli już o ekipie mowa – stronie technicznej filmu nie da się wiele zarzucić: nawet komputerowo wygenerowane pełzające kręgowce wyglądają realistycznie i przerażająco, są ponadto doskonale sfilmowane (twórcy kilkukrotnie przedstawili wydarzenia na ekranie z perspektywy tytułowych bohaterów, co dodatkowo wzmogło napięcie), a raz po raz pokazywane sceny z ich samolotowego życia, czyli uśmiercania załogi i pasażerów, z kilkoma małymi wyjątkami zostały świetnie zmontowane.

Filmowi dodatkowo towarzyszy doskonała ścieżka dźwiękowa, którą popełnił znany m.in. ze Skarbu narodów, Lotu skazańców czy Armageddonu Trevor Rabin. Jego kompozycje świetnie ilustrują wydarzenia prezentowane na ekranie, choć są częstokroć zagłuszane przez przeraźliwe krzyki mordowanych na naszych oczach i ku naszej uciesze pasażerów. Niemniej jednak udźwiękowienie stanowi jeden z najjaśniejszych elementów filmu, który jak już wspomniałem, niestety nie zachwyca.

Advertisement

„Someone get this fuckin’ snake off my ass!”

camper

Węże w samolocie miały co prawda najlepszy wynik w weekendzie swojego otwarcia w Stanach Zjednoczonych, zyskał nadspodziewaną liczbę pozytywnych opinii (w serwisie Rotten Tomatoes w chwili pisania tego tekstu, Węże legitymują się wynikiem 69% pozytywnych recenzji), lecz ku zaskoczeniu wytwórni, przy budżecie szacowanym na 33 miliony dolarów, zwrócił się tylko minimalnie.

Mimo międzynarodowego rozgłosu, za którym stali głównie internauci, film nie zrobił na razie furory na świecie i nic niestety nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić. To druga ze stron fenomenu Węży…, ta, której wyjaśnienie jest trudniejsze niż ujście z życiem ze skąpanego w jadzie samolotu. Obraz Davida R. Ellisa ma strasznie kulawy, kiczowaty scenariusz, ale wszyscy się tego spodziewali. Wszyscy też wiedzieli, że ten film nie będzie aspirował do miana produkcji lepszej, niż taka jaką rzeczywiście reprezentuje. Co więc nie wypaliło? Dlaczego pomimo takiego rozgłosu, wsparcia fanów, jednej z największych i najdziwniejszych (bo niemal zupełnie darmowej) promocji w historii kina Węże w samolocie okazały się lekkim bo lekkim, ale niewypałem? Zgadując (bo o racjonalnej argumentacji w przypadku tej produkcji nie może być mowy) możemy dojść w końcu do wniosku, że tak ogromna dawka kiczu jest za duża nawet dla hardkorowych kinomaniaków.

Advertisement

Z drugiej jednak strony, część pierwsza Kill Bill była równie wielką, fabularną tandetą, a jednak się przyjęła. Może więc sam Samuel L. Jackson to za mało, by udźwignąć tak przeogromną chałę na własnych barkach? A może po prostu tak wielkie oczekiwania musiały doprowadzić do rozczarowania. Skąd jednak tak przychylne opinie krytyków? Pytań jest wiele, odpowiedzi jeszcze więcej, ale tylko jedno jest pewne – Węże w samolocie to film średni. Jednak na stałe zapisze się w historii kina jako jedna z pierwszych, w miarę wysokobudżetowych produkcji, w której tak wiele palców mogło umoczyć tak wielu fanów. I dla nich właśnie jest ten film, bowiem reszta widzów po wyjściu z kina będzie niestety żałować wydanych na seans pieniędzy.

Tekst z archiwum Film.org.pl (20.09.2006)

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *