search
REKLAMA
Recenzje

WEST SIDE STORY. Zagraj to jeszcze raz, Steven

Najmocniejszą stroną nowego „West Side Story” pozostają jednak piosenki – nieśmiertelne, ponadczasowe (arcy)dzieła, napisane przez Stevena Sodenheima i opatrzone anturażem muzycznym przez...

Jan Brzozowski

15 grudnia 2021

REKLAMA

Od premiery oryginalnego West Side Story minęło właśnie 60 lat. Czy to dobry powód, aby opowiedzieć tę historię raz jeszcze, zrealizować remake jednego z najpopularniejszych musicali w historii kina? Steven Spielberg uznał, że tak; to specyficzne zadanie okazało się dla niego na tyle ważne, że zrezygnował z pracy nad piątą odsłoną przygód Indiany Jonesa, przekazując pałeczkę reżyserską Jamesowi Mangoldowi. Poświęcił odświeżeniu klasycznego amerykańskiego musicalu całą swoją energię oraz uwagę – i takie podejście zwróciło mu się z nawiązką.

Historia jest dosyć dobrze znana, ale dla tych, którzy oryginalne West Side Story widzieli dawno (albo jeszcze nie mieli tej przyjemności), a Romea i Julię czytali w świętej pamięci gimnazjum (jak ja), warto przypomnieć kilka podstawowych informacji. Kluczowym konfliktem filmu jest rywalizacja dwóch nowojorskich młodocianych gangów: Jetsów (zasymilowani potomkowie imigrantów z Europy, w tym i z Polski) i Sharksów (niezasymilowani, trzymający się na uboczu Portorykańczycy). Pierwsi dowodzeni są przez niejakiego Riffa (Mike Faist), drudzy zaś przez Bernarda (David Alvarez). Kierowany ręką sięgającą aż do Szekspira los chce, że jeden z przedstawicieli Jetsów, Tony (Ansel Elgort), zakochuje się w siostrze Bernarda, Marii (Rachel Zegler). Uczucie, które rodzi się pomiędzy bohaterami, zamiast scalić dwa zwaśnione gangi, w bezpośredni sposób doprowadza do eskalacji konfliktu – dochodzi do bójki, która kończy się nieplanowanym rozlewem krwi.

Spielberg, jak nietrudno się domyślić, podchodzi do oryginału z wielkim szacunkiem. Ponad 70-letniemu reżyserowi (kiedy pierwsze filmowe West Side Story trafiło na duże ekrany, miał on już 15 lat!) daleko do kinowego buntownika, który burzyłby hollywoodzkie pomniki, stawiając na ich miejscach własne, rewolucyjne konstrukcje, oryginalniejsze i bardziej adekwatne względem czasów współczesnych. Zmiany fabularne, których dokonują Spielberg i Kushner, scenarzysta filmu, są kosmetyczne. Czasem przestawiają miejscami piosenki, czasem zmieniają płeć i przynależność etniczną postaci (zanim ktokolwiek się oburzy – w uzasadniony, inteligentny sposób: zamiast Doca z ekranowego pierwowzoru pojawia się jego żona, Portorykanka Valentina, grana przez Ritę Moreno, która w oryginalnym West Side Story wcieliła się w Anitę i zdobyła za tę rolę zasłużonego Oscara), czasem inscenizują sekwencje taneczne w inny, raz lepszy, a raz gorszy sposób. Przykładem ciekawego, wartościowego przekształcenia jest chociażby przeniesienie piosenki „Cool” przed starcie gangów – w filmie Roberta Wise’a i Jerome’a Robbinsa intonujący ją bohater starał się uspokoić swoich kolegów już po walce, zewrzeć szyki i przygotować zdruzgotanych Jetsów na to, co ma nastąpić później. U Spielberga natomiast wykonujący ją Tony próbuje w ten sposób nie dopuścić do tragicznego zwarcia, zapobiec temu, co wydaje się (i słusznie) nieuniknione.

Istotną zaletą nowej wersji West Side Story jest z całą pewnością obsada. Spielberg pozwala sobie na to, na co twórcy oryginału mogli pozwolić sobie jedynie w ograniczonym stopniu, a zatem na obsadzenie w rolach Portorykańczyków rzeczywistych Latynosów. Jedną z dwóch głównych ról gra Amerykanka kolumbijskiego pochodzenia – Rachel Zegler, która rozpoczynała swoją karierę od nagrywania coverów piosenek na YouTube (występ w filmie Spielberga wywalczyła sobie spośród 30 tysięcy kandydatek, tworząc na potrzeby castingu własne wersje „Tonight” oraz „I Feel Pretty”). Czego by nie mówić o Natalie Wood, oryginalnej odtwórczyni Marii – wypadała ona zdecydowanie gorzej nie tylko jako wokalistka (koniec końców została potajemnie zdubbingowana przez Marni Nixon), ale przede wszystkim jako Portorykanka, samej będąc córką Ukraińca i Rosjanki. Kroku Zegler dotrzymuje Ansel Elgort, który już od lat łączy karierę aktorską z muzyczną – być może nawet na korzyść tej drugiej, choć daleko mi do opinii ludzi, twierdzących, że Amerykaninowi zupełnie brak charyzmy i scenicznego warsztatu. Umiejętnie poprowadzony, jak chociażby w Baby Driver, Elgort potrafi stworzyć na ekranie interesującą, pełnowartościową postać. W filmie Spielberga wypada przyzwoicie, a wszystkie nieprzekonujące momenty rekompensuje świetnymi partiami wokalnymi i tanecznymi. Inną sprawą jest, czy aktor w ogóle powinien pojawić się w obsadzie West Side Story w związku z oskarżeniami, które padły pod jego adresem w czerwcu zeszłego roku. Tę kwestię pozostawiam otwartą.

Najmocniejszą stroną nowego West Side Story pozostają jednak piosenki – nieśmiertelne, ponadczasowe (arcy)dzieła, napisane przez Stephena Sondheima i opatrzone anturażem muzycznym przez Leonarda Bernsteina. Inteligentne, wpadające w ucho, igrające z językiem angielskim i hiszpańskim, zabawne, przenikliwie, a kiedy trzeba – poruszające. Film Spielberga udanie odświeżył te cudowne klasyki, otwierając pole do popisu nowym, niezwykle utalentowanym wykonawcom. Jeżeli miałbym wymienić jeden powód, dla którego warto wybrać się do kina na nowe West Side Story, to bez wahania wskazałbym właśnie na warstwę muzyczną.

Janek Brzozowski

Jan Brzozowski

Absolwent poznańskiego filmoznawstwa. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska (w szczególności proza Huntera S. Thompsona i Philipa Rotha) oraz francuska (zwłaszcza dzieła Marcela Prousta i Alberta Camus), a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym. E-mail kontaktowy: jan.brzozowski@protonmail.com

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA