TY – SEZON 3. Wesołe jest życie morderców

Czekacie na premierę czwartego sezonu serialu TY? Nastąpi w przyszłym roku, a na początku tego tygodnia na platformie Netflix pojawił się kompletny sezon trzeci. Fani i fanki szalonego w sensie jak najbardziej dosłownym duetu Quinn–Goldberg z wypiekami na twarzach zasiedli przed ekranami. Moja ekscytacja była nieco mniejsza. Po słabszym od jedynki sezonie drugim nie spodziewałam się wielkich zwrotów akcji w relacji nietypowego małżeństwa. Trudno było przecież oczekiwać, że niewygodnych dla rodzinki natrętów zacznie eliminować ich urocze niemowlę. Tym większa i przyjemniejsza była niespodzianka, kiedy okazało się, że sezon trzeci przeniósł Love i Joego na kolejny poziom. Wyszliśmy od sytuacji potencjalnie krańcowo nudnej – młode małżeństwo z potomkiem w drodze, domek na przedmieściach, za płotem urokliwa sąsiadka. Mogło się to skończyć stereotypowo. A jednak nie. Piękna Natalie znika ze sceny dość szybko i przewidywalnie i dopiero potem zaczyna się cała zabawa.
Serial utrzymuje zapoczątkowaną w sezonie pierwszym konwencję – po ekranie nadal migają okienka komunikatorów, a widzów przez losy nowożeńców prowadzi z offu głos Joego Goldberga. O ile jednak w sezonie drugim było to powtarzalne i przewidywalne, o tyle w części trzeciej nastąpiła odczuwalna zmiana. Komunikatory i Internet schodzą na plan dalszy – Joe nie przekopuje całymi dniami sieci w poszukiwaniu informacji, jako młody ojciec ma inne zajęcia. O wiele bardziej intrygujący jest jego głos z offu – jego komentarze na temat żony i ich skomplikowanej relacji często są zabawne, a zawsze zaskakująco wnikliwe. Stała wiwisekcja ich zachowań i motywów jest równie zajmująca jak akcja serialu, jeśli nie bardziej.
Zmieniła się też strona wizualna serii. Co mnie uderzyło to fakt, że pomieszczenia, w których czai się mrok, są rzeczywiście mroczne. Dom Quinn-Goldbergów, piekarnia Love, smocza jama Matthew, w której ten całymi godzinami przegląda zapisy z miejskich kamer – stale toną w półcieniu, przypominając widzowi, że ma do czynienia z osobami zaburzonymi. W kontraście sceny na ulicy, w bibliotece czy w winnicy matki Love, a także przebitki na uroczą miejscowość, gdzie zamieszkała główna para bohaterów, zalane są słońcem.
Nowe postacie także nie zawodzą. W miasteczku niepodzielnie rządzi Sherry, gwiazda bloga o nazwie Błędy w kształcie serca – matka bliźniąt, z którą próbuje zaprzyjaźnić się Love. Tym razem twórcy serii (z autorką powieści, Caroline Kepnes, która współpracuje przy produkcji serialu) wzięli pod lupę internetowych influencerów i osoby robiące karierę na poradnikach o niczym, bezlitośnie obnażając ich sztuczność i powierzchowność. Sherry i jej mąż Cary absolutnie nie dają się lubić, a kontrast pomiędzy tym, co kobieta pokazuje w sieci, a tym, jak zachowuje się w realu, powinien pozostawić widza z pewnymi przemyśleniami.
Joe dla odmiany rozpoczyna pracę w bibliotece, pod czujnym okiem Marienne, wymagającej szefowej, która ma spore problemy natury prywatnej. Ten wątek na tle kłopotów Love wypada zdecydowanie słabiej, ponieważ powiela znany z poprzednich sezonów schemat. Buduje jednak wiarygodność postaci Goldberga, gwarantując, że pewne rzeczy nie zmieniają się mimo okoliczności, jest więc do przełknięcia.
Kilka słów należy wspomnieć o aktorach. Penn Badgley i Victoria Pedretti w rolach głównych są bezkonkurencyjni. Badgley jako nieco zagubiony i umęczony nową sytuacją Joe jednocześnie bawi i budzi współczucie, co biorąc pod uwagę jego historię, jest sporym osiągnieciem. Mniej sympatii budzi Love w wykonaniu Pedretti, ta jednak z takim przekonaniem gra rolę eterycznej psychopatki, że nie można jej nie podziwiać. Świetnym uzupełnieniem tego składu jest nadal zjawiskowa Saffron Burrows w roli matki Love na życiowym zakręcie, a także Shalita Grant jako irytująca Sherry czy Tati Gabrielle jako Marienne. Męski skład zapewniają Travis van Winkle w absurdalnej roli męża Sherry, Scott Speedman jako sąsiad Goldbergów i Dylan Arnold jako jego nastoletni syn. Przy czym na szczególną uwagę zasługuje moim zdaniem właśnie ten ostatni.
Po trzecim sezonie z widzem pozostają wrażenia znacznie lepsze niż po drugim. Jasne, można się zżymać na zadziwiającą i mocno nierealną łatwość, z jaką parce Quinn–Goldberg pewne rzeczy uchodzą na sucho. Można narzekać na skłonność Joego do zakochiwania się z częstotliwością i egzaltacją właściwą bardziej gimnazjalistkom niż dojrzałym mężczyznom – są to jednak detale, które nie psują przyjemności z seansu. Po raz kolejny nie wiemy, czego się spodziewać w następnym sezonie. Tym razem jednak – przynajmniej tak będzie w moim przypadku – oczekiwać go będziemy z dużo większą niecierpliwością.