search
REKLAMA
Recenzje

TWOJA KOBIETA. Słaba płeć?

Krzysztof Nowak

4 stycznia 2021

REKLAMA

„Eddie i Jean poznali się i zakochali w sobie. Eddie i Jean pobrali się i kupili dom. Eddie i Jean mieli mieć dziecko, ale nie mają. Więc Eddie co rano całuje Jean i wychodzi z domu, a Jean zostaje sama”. Takimi słowami wita nas ubrana w purpurowy szlafrok, trzymająca w jednej dłoni papierosa, a w drugiej kieliszek z winem Jean. Choć taki obrazek może sugerować przejście w komedię małżeńską w kilku następnych cięciach, nic takiego nie będzie miało miejsca. Zamiast tego pewnego dnia Eddie wróci do domu z niemowlakiem w ręku, oznajmiając jak gdyby nigdy nic: „To nasze dziecko”. A żeby tego było mało, chwilę później do domu wpadnie współpracownik Eddiego, wyraźnie zdenerwowany zacznie pakować rzeczy Jean i każe jej uciekać z małomównym Calem, ochroniarzem i – jak twierdzi – dawnym znajomym Eddiego. Czy to więc punkt wyjścia do sensacyjnego kryminału? Też nie.

Twoja kobieta to film wyraźnie stojący w opozycji do typowego kina gangsterskiego. Protagonistą nie jest tutaj przestępca, lecz – jak zauważa tytuł – jego partnerka życiowa. Motyw rodziny, tak często podkreślany w tego typu utworach, zawiązuje się jakby od niechcenia, a już na pewno bez konsultacji z drugą stroną małżeństwa. Związane z życiem poza prawem zajęcia Eddiego (Bill Heck) nigdy nie rozgrywają się na naszych oczach, co więcej – nawet o nich nie słyszymy, musimy dosłownie wyłuskiwać ziarnka informacji rzucane przez resztę postaci. Wciągnięcie Jean (Rachel Brosnahan) w konflikt przez większość czasu skutkuje wyłącznie odbijaniem się od ścian w kolejnych pokojach i domach, w których ląduje kobieta. Nawet gdy już dochodzi do strzelanin czy rozbojów, kamera pozostaje przy bohaterce, ograniczając percepcję widza do jej własnej. Brzmi frustrująco? Zdecydowanie.

Jest to oczywiście zabieg celowy. Żyjąca przy partnerze Jean – niby świadoma jego przestępczego życia, a tak naprawdę nieświadoma jego szczegółów – nigdy nie była wtajemniczana w plany i działania męża. Film mógłby pokazać nam szerszy obrazek, ale umyślnie tego nie robi, jednocześnie kodując się jako dramat psychologiczny z elementami thrillera. Tym samym pojawiające się na jej drodze postacie stanowią zarówno dla nas, jak i dla niej prawdziwą zagadkę. Czy ta uprzejma starsza pani to informatorka przeciwnika Eddiego, czy naprawdę była znajomą dawnych mieszkańców domu? Co właściwie zrobił Eddie? Gdzie się ukrywa? Kiedy wróci? Jaka jest motywacja Cala (Arinzé Kene)? Pytania piętrzą się jedno na drugim, jednak nie spodziewajmy się szybko udzielanych odpowiedzi. Na te będziemy musieli poczekać aż do ostatniego aktu, a do tego czasu zdążymy sobie wyrobić parę kolejnych wątpliwości. Włącznie z tym, czy na pewno to wszystko jest warte wyczekiwania. Rozwiązanie z ograniczeniem wiedzy widza do wiedzy bohaterki jest bowiem – nawet jeśli rozmyślne – niezwykle zniechęcające, zwłaszcza w połączeniu ze ślamazarnym tempem rozwoju wydarzeń. Wcale nie przejaskrawiałem, pisząc, że Jean głównie będzie odbijać się od ścian. Tych długich, pozwalających na własnej skórze odczuć niecierpliwość bohaterki przestojów mogą nam nie wynagrodzić skądinąd bardzo zręcznie nakręcone sceny, w których w ruch idzie broń palna.

Nie są to zresztą jedyne bardzo dobrze nakręcone sceny. Reżyserka Julia Hart ma oko do kolorów, więc podziwianie przygotowanych przez nią i grupę scenografów kompozycji może stanowić osobną rozrywkę. Nie bez powodu dom małżeństwa z zewnątrz jest niebieski, tak jak samochód, którym Jean podróżuje z Calem, czy płaszcz tego drugiego (wpadający w granat). Nie bez powodu też Jean ubiera się w odcienie beżu i żółtego, a w końcowej sekwencji prowadzi auto odcieniem pasującym do tych barw. Symbolika kolorów jest w tym filmie niezwykle istotna i zaznacza kolejne etapy przemiany bohaterki. Naturalnie jej droga prowadzi od uwięzienia do wyzwolenia – dosłownego oraz przenośnego – z patriarchalnego związku, w którym decyzyjność stała po stronie męża, a rola kobiety ograniczała się do wystroju wnętrz. W związku z tym bierność Jean wobec kolejnych wydarzeń jest usprawiedliwiona charakterologicznie i gdy po raz pierwszy weźmie sprawy w swoje ręce, to będzie to tyleż zaskakujące, ile satysfakcjonujące.

Do tego czasu możemy jednak zmęczyć się niespiesznie postępującą fabułą i wiecznym niedoinformowaniem. To film dla cierpliwych, bardzo cierpliwych, skłonnych poznać emancypacyjną opowieść Jean, nawet jeśli pod wieloma względami daleką od efektowności. Gdybym miał porównać, najbliżej jej do hitu festiwalu Nowe Horyzonty, Holiday. W obu przypadkach mamy do czynienia z bohaterkami, które próbują udowodnić, że w tytule recenzowanego filmu zaimek dzierżawczy jest zdecydowanie niepotrzebny.

Avatar

Krzysztof Nowak

Kocha kino azjatyckie, szczególnie koreańskie, ale filmami zainteresował się dzięki amerykańskim blockbusterom i ma dla nich specjalne miejsce w swoim sercu. Wierzy, że kicz to najtrudniejsze reżyserskie narzędzie, więc ceni sobie pracę każdego, kto potrafi się nim posługiwać.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA