search
REKLAMA
Artykuły o filmach, publicystyka filmowa

TRZY DNI KONDORA

Jacek Lubiński

2 listopada 2016

REKLAMA

Są takie filmy, które z czasem jedynie zyskują na wartości. Nie chodzi nawet o to, że starzeją się jak dobre wino, a więc są smaczniejsze. Po prostu upływający bezlitośnie czas nie tylko nie jest w stanie obnażyć ich słabości, co wręcz dodaje ich treści sensu, sprawiając, że wydają się jeszcze lepsze, jak w dniu premiery. Doskonałym przykładem takiej produkcji jest dzieło Sydneya Pollacka obchodzące niedawno czterdziestolecie powstania. O ile już w chwili wejścia na ekrany był to tytuł zwyczajnie bardzo dobry, wręcz genialny w swojej klasie, bo i nakręcony w najwybitniejszym okresie dla amerykańskiego kina, o tyle kolejne odznaczane w kalendarzu dni szybko dały do zrozumienia, iż Trzy dni Kondora przemyciły pod płaszczykiem taniej rozrywki o wiele więcej, niż można było przypuszczać. Dziś to nie tylko klasyka gatunku, ale też swoisty prekursor całej fali jemu podobnych – film, który poniekąd wyprzedził swoje czasy.

condor1

Ekranizacja powieści Jamesa Grady’ego była oczywistym pokłosiem afery Watergate, która pociągnęła za sobą morze innych kinowych przebojów, gdzie piętnowano rządowe konspiracje różnego sortu i zarazem zrywano z mitem pięknego amerykańskiego snu, ułudą wiary w system i zarządzających nim instytucji (bo nawet nie polityków per se). Protagonistami stawały się zatem pozbawione zaufania do własnego kraju jednostki – zmęczone, dręczone bezustannymi podejrzeniami, często zaszczute i postawione w sytuacji beznadziejnej, a więc niepewne jutra, wręcz nie mające przed sobą nie tyle świetlanego jutra, co przyszłości w ogóle. Postaci o heroicznym zacięciu, wciąż prawe i na swój sposób niewinne – dokładnie tak, jak zmuszony nagle dorosnąć Joseph Turner w bezbłędnej interpretacji złotego chłopca Hollywood, Roberta Redforda – ale dalekie od typowych, nieskazitelnych bohaterów „pasów i gwiazd”. To zwykli, zagubieni w nowych okolicznościach ludzie, którzy po prostu muszą przeżyć i niejako przy okazji, chcą zrobić coś dobrego w imię ideałów, w duchu których zostali wychowani.

Pracujący dla CIA w jednej z jej potencjalnie nieistotnych placówek, niepoważny, niezdyscyplinowany i zaczytujący się w komiksach o Dicku Tracym młodzieniec, którego głównym zadaniem jest analiza treści i wyszukiwanie ukrytych znaczeń w książkach oraz prasie z całego świata, dwoi się więc i troi po tym, jak jego koledzy zostają nieoczekiwanie zamordowani pod jego nieobecność. Nie chce podzielić ich losu, choć jednocześnie nie ma pojęcia, dlaczego w ogóle do tego czynu doszło. I to niemalże w samym centrum amerykańskich wartości – Nowym Jorku, mieście-symbolu, domu Statui Wolności czy bliźniaczych wież górującego nad wszystkim (do czasu) World Trade Center – w biały dzień, tuż pod nosem niczego nieświadomych obywateli.

Pod wpływem impulsu oraz zwykłego przypadku Turner uprowadza na mieście bogu ducha winną dziewczynę (jak zawsze uroczo delikatna, nominowana za swój występ do Złotego Globu, Faye Dunaway), u której następnie ukrywa się. Po czym korzystając ze swoich umiejętności, wiedzy, sprytu i doświadczenia stara się złożyć do kupy wydarzenia ostatnich godzin, próbując nadać im jakiś sens. A że nie jest w ciemię bity, toteż radzi sobie całkiem nieźle, jak na mola książkowego. Tymczasem firma, która do niedawna mu płaciła – reprezentowana przez niezawodnego Cliffa Robertsona jako wyrachowanego Higginsa – bierze Turnera na celownik, widząc w nim potencjalne zagrożenie dla interesów państwa, być może nawet szpiega. Wysyłają za nim profesjonalistów od uciszania (w tym gronie znakomity Max von Sydow w przewidzianej pierwotnie dla Lino Ventury roli kulturalnego zabójcy z własnymi zasadami, tak dobrze rozumiejącego Turnera i jego sytuację). Nie biorą jednak pod uwagę nieprzewidywalności i uporu swojego podwładnego…

condor2

Intryguje – bo na pewno nie dziwi – fakt, jak bardzo film różni się w tym wypadku od swojego literackiego pierwowzoru.

Pollack wespół z Redfordem oraz scenarzystami Lorenzem Semplem Juniorem (Papillon, ale i późniejsze… Flash Gordon czy Sheena – królowa dżungli) i Davidem Rayfielem (Jeremiah Johnson, Firma) dali światu jedną z najlepszych adaptacji słowa pisanego, śmiało mogącą konkurować z innymi majstersztykami lat siedemdziesiątych, jak Ojciec chrzestny czy Szczęki (z którymi przegrała swe jedyne oscarowe laury, za montaż). W przeciągu roku od jej ukazania się na rynku, zmienili tandetną, rozbuchaną i pachnącą Bondem literaturę w pełnoprawną, kameralną i inteligentną historię szpiegowską. Tak sześć dni stało się zaledwie siedemdziesięcioma dwiema godzinami, w których przesadzoną, efektowną akcję (m.in. lądowanie na spadochronie w centrum Waszyngtonu) zastępuje suspens i podbudowa napięcia/postaci. A narkotykowa, naciągana intryga oraz równie nierealny romans ustępują kolejno rozgrywce o ropę i wynikającej z samotności, powiązanej smutnymi, czarno-białymi zdjęciami wyludnionych, wyniszczonych przestrzeni przygodnej miłostce bez szans na prawdziwy związek, o jaki dwójka zbłąkanych w życiu kochanków i tak nie zabiega – nawet jeśli skrycie o nim marzą.

Brak happy endu, jak i jednoznacznych odpowiedzi na pojawiające się w trakcie seansu wątpliwości, idealnie wpisują się zatem w zimny, szorstki, pozbawiony złudzeń i bezlitośnie rozliczający się z mitem Ameryki styl danej dekady. Spokojne, wręcz statyczne, ale ciasne i pełne odcieni szarości zdjęcia Owena Roizmana dobrze podkreślają atmosferę beznadziei. Podobnie jak zabarwiona jazzem, pozornie skoczna, ale podszyta melancholią (i nominowana do Grammy) muzyka Dave’a Grusina – stałego współpracownika Pollacka. Gęstego klimatu dopełnia jeszcze ponury czas akcji. Trochę oszukany, bo jesień udawała dla twórców zimę (na ulicach gdzie kręcono, z drzew pozdejmowano więc liście – dziś rzecz nie do pomyślenia!), ale w zgodzie z nastrojem projektu, tak dobrze podsumowanym przez Redforda w jednej ze scen jako „przejściowy”.

condor3

I zaprawdę był to dla USA okres „pomiędzy” – niedługo po premierze filmu do opinii publicznej przedostały się wszak kolejne rządowe rewelacje i skandale. A wspomniana już ropa stała się przyczyną autentycznych konfliktów w następnych dziesięcioleciach – obecnie to nadal bardzo palący problem, z pewnością o wiele poważniejszy, niż wtedy, gdy miał jedynie za zadanie nadać filmowi znamion większej autentyczności, dodać dramaturgii. Tradycyjnie jednak rzeczywistość przerosła film we wszystkich aspektach. Abstrahując od postępu technologicznego, który zapewne umożliwiłby w tej chwili szybkie i łatwe pozbycie się różnej maści Józefów Turnerów bez wychodzenia z biura, faktem stała się jeszcze chociażby kontrola mediów i prasy – u Pollacka pojawiająca się jedynie domyślnie w ostatnich scenach. Przez Redforda poruszana natomiast jeszcze wielokrotnie, czy to w równie absorbujących Wszystkich ludziach prezydenta, czy też inspirowanym Kondorem występie w jednej z części superbohaterskiego Kapitana Ameryki.

Produkcja ta jest zatem dość przewrotnym przykładem ruchomego obrazu, który jednocześnie zestarzał się, jak i dojrzał.

Z jednej strony wzbudza respekt swoim niespiesznym tempem i pozbawioną widowiskowych scen (w całym filmie mamy tylko jeden pojedynek wręcz i skromną wymianę ognia), a mimo to mocno trzymającą w napięciu narracją oraz niesamowicie realistycznym, jakże rzetelnym podejściem do tematu. Z drugiej strony świat za oknem zdołał już dawno ośmieszyć tę wizję, uczynić z niej opowiastkę nie tyle może naiwną, co wyjątkowo grzeczną, a nawet – choć słowo to nie do końca tu pasuje – bezpieczną w swym przekazie. To ptak z wyraźnie podciętymi skrzydłami, lecz zarazem równie dużą wolą życia. Nadal potrafi bez problemu wznieść się w powietrze i zachwycić swoim dostojnym lotem.

Niemniej był taki okres, w którym Trzy dni Kondora zniknęły na moment z radaru kinomaniaków, powracając na języki dopiero tuż pod koniec poprzedniego stulecia i w atmosferze skandalu (słynna sprawa sądowa z 1997 roku, kiedy reżyser oskarżył jedną ze stacji telewizyjnych o wyświetlanie filmu w nieprawidłowych proporcjach obrazu, zabijających zamierzoną formę wyrazu). Pomimo dużego sukcesu komercyjnego – ponad sześćdziesiąt milionów wpływów z dystrybucji w samym tylko USA – i przychylności prasy, w niektórych krajach przez długi czas w ogóle nie był dostępny na rynku domowym (przykładowo w Wielkiej Brytanii dopiero w roku ubiegłym pokuszono się o edycję na Blu-ray, z nową klasyfikacją wiekową – BBFC 15).

condor4

Nie nakręcono także spodziewanego sequela, którego powstaniu sprzyjało zarówno otwarte zakończenie filmu, jak i liczne zawirowania polityczne, tylko czekające na komentarz kogoś takiego jak Pollack – twórcy często udzielającego się z powodzeniem także przed kamerą, tutaj dwukrotnie użyczającego własnego… głosu. A i Grady wyszedł filmowcom naprzeciw, w 1978 roku wypuszczając książkę o tytule Cień Kondora – do dziś nieprzeniesioną na jakikolwiek ekran. Czy ona bądź napisane przez autora całkiem niedawno kolejne części – Ostatnie dni Kondora i Następny dzień Kondora (sic!) – byłyby dobrym materiałem na wprowadzenie Kondora w kino XXI wieku? Coraz częściej słychać bowiem plotki o wdrożeniu w życie telewizyjnego remake’u, jaki z pewnością mógłby być ciekawym głosem w post-Snowdenowskiej rzeczywistości i tym samym okazją do odpowiedniego rozwinięcia postaci sympatycznego chłopaka z Sekcji 9, Oddziału 17, z biegiem lat zapewne coraz bardziej zgorzkniałego, oraz pobudek nim kierujących, rozterek nim targających, sztuczek mu pomagających.

Pytanie tylko, czy na takiego bohatera nie jest już za późno?

Czy przy tych wszystkich technicznych możliwościach i wysokim poziomie obecnych seriali nie uleciałaby z jego przygody niepodrabialna magia? Nie zanikłby jedyny w swoim rodzaju nastrój filmu Pollacka, który chociaż nie był pierwszym wyborem producentów (pierwotnie to Peter Yates miał reżyserować Warrena Beatty w głównej roli), to ostatecznie potrafił rozpalić w tym ptasim spisku odrobinę ciepła – nie tylko za pomocą subtelnych scen miłosnych, pozwalających na odrobinę wytchnienia. Nadał historii rysów czysto humanistycznych i dzięki temu z łatwością potrafił kupić widza, ale też przede wszystkim przejąć go treścią i zmusić do myślenia, a może nawet także odpowiedniego działania. Takie kino zawsze w cenie. Takie filmy zawsze cenię. I zawsze polecam. Kondor to bezcenny okaz, powinien znaleźć się pod ochroną każdego widza.

korekta: Kornelia Farynowska

condor6

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA